Herb miasta Wolsztyn


 

.


Strona główna

Najdawniejsze dzieje

Na ziemi Obrów

Miasto mojej młodości
Czasy przedwojenne
(1929 – 1938)

Przed burzą
(1938 –1939)

Wróg u bram

Niemiecki porządek
(1939-1945)

Obrazki z życia w okupowanym mieście

Okres powojenny

Wyzwolenie Wolsztyna
(26.I 1945)

Powrót do normalności
(1945-1949)

Potomnym ku przestrodze


Artykuły

Legendy i baśnie

Informacje o autorze


 


 


.


 


W o l s z t y n  -  m i a s t o   m o j e j   m ł o d o ś c i

 

               1. Wyzwolenie Wolsztyna (26 I 1945)

              
              
Koniec okupacji hitlerowskiej
               ╬ Wolność
              
Tak było
              
Chwila grozy
              
To nie nasi...
              
Żołnierska swawola
              
Znowu razem

               2. Powrót do normalność(1945-1949)

               Pierwsze dni w wolnym Wolsztynie
              
Nadrabianie edukacyjnych zaległości
              
Organizacja życia społeczno-kulturalnego
              
Przemarsz 2 Armii WP przez Wolsztyn
              
Hasłomania
               ╬
Koniec wojny

               3. Potomnym ku przestrodze.





W Y Z W O L E N I E   W O L S Z T Y N A

 

Koniec okupacji hitlerowskiej

 

            W styczniu 1945 roku rozpoczęła się zimowa ofensywa wojsk radzieckich. Przeciw siłom hitlerowskim ruszył gigantyczny front od Bałtyku do Dunaju., którego zadaniem było: rozgromienie wojsk hitlerowskich w Polsce i na Zakarpaciu, dotarcie do Niemiec, zdobycie Berlina  i zakończenie drugiej wojny  światowej. Zadania te postanowiono osiągnąć w ramach  trzech faz operacyjnych.

            Faza pierwsza dotyczyła działań  na terytorium Polski i miała ściśle określony zasięg. Z tej racji nadano jej kryptonim ,,Warszawa-Poznań”.

            Działania bojowe   w ramach pierwszej  fazy  rozpoczęły w dniach od 12 do 15 stycznia  wojska czterech Frontów : 1 i 2 Frontu Białoruskiego oraz 1 i 4 Frontu Ukraińskiego.  Ziemia Wolsztyńska  znalazła się w zasięgu działań strategiczno – zaczepnych 1 Frontu Białoruskiego, którego dowódcą był marszałek Georgij Żukow. W składzie tego Frontu znajdowało się 12 armii. Zgrupowanie tak ogromnych sił  w składzie jednej formacji bojowej i pod jednym dowództwem wskazywało, że cały wysiłek podczas operacji  zimowej - 45 postanowiono skupić na kierunku warszawsko-berlińskim, czyli w pasie działań 1 Frontu Białoruskiego. Front ten zajmował pozycje wyjściowe po wschodniej stronie Wisły od Warszawy do Puław. Na tym  niedługim  odcinku  posiadał dwa  wysunięte na zachód przyczółki: pod Magnuszewem  i Puławami. 

            Wojska 1 Frontu Białoruskiego operację zaczepną rozpoczęły 14 stycznia  atakiem bezpośrednim. Po przełamaniu głównej linii obrony wroga i rozbiciu jego wyborowych sił w rejonie  Warszawy, Łodzi i  Gór Świętokrzyskich, wojska te rozwinęły natarcie frontalne na kierunku  Poznań, Gniezno i po linii  Radom, Piotrków Trybunalski, Gostyń.

            Natarcie frontalne prowadziły dywizje pancerne i oddziały szybkiego reagowania. Nie napotykając na poważniejsze przeszkody czy punkty oporu wroga, siły te odrywały się od czoła frontu, wysuwały do przodu, gdzie zabezpieczały przeprawy rzeczne i stwarzały dogodne warunki do sprawnego przemieszczania się armiom ogólnowojskowym.

            Tempo i niebywały rozmach wojska 1 Frontu Białoruskiego osiągały na kierunku zachodnim. 19 stycznia 1 armia pancerna wyzwoliła Łódź i rozpoczęła natarcie na linii Turek,  Września. Rankiem 22 stycznia siły przednie tej armii  dotarły do Poznania i rozpoczęły walkę o sforsowanie Warty. Wkrótce do walk o Poznań włączyły się główne siły uderzeniowe 69 armii gen. Kołpakcziego i 8 armii gen. Czujkowa. Równocześnie wojska lewego skrzydła (33 i 39 armia) dotarły do linii Poznań-Wrocław i w rejonie Gostynia spotkały się z wojskami 1 Frontu Ukraińskiego. Zakończona została 1 faza operacji ,,Warszawa- Poznań”.

            Ponieważ na kierunkach działania  1 Frontu Białoruskiego nieprzyjaciel nie stawiał większego oporu, postanowiono przejść bezpośrednio do II fazy strategiczno - operacyjnej, której nadano kryptonim ,,Wisła- Odra”.

            Dowództwu radzieckiemu  zależało,  aby armie 1 Frontu Białoruskiego  znalazły się jak najprędzej  nad Odrą  i na jej lewym brzegu  utworzyły przyczółki niezbędne do operacji zaczepnej w kierunku Berlina. Z tej racji  do prowadzenia działań bojowych  w Poznaniu pozostawiono armię gen. Czujkowa. Pozostałymi  zaś siłami: 1 armią pancerną i 69 armią ogólnowojskową oraz 5 armią uderzeniową rozpoczęto bezpośrednie natarcie w kierunku Międzyrzecz,  Gorzów Wielkopolski.

            26 stycznia oddział rozpoznawczy 1 armii pancernej osiągnął międzyrzecki system obronny. Ponieważ linia ta nie została jeszcze w pełni obsadzona niemieckim wojskiem,        więc po dotarciu 5 armii uderzeniowej  opanowano tę linię obrony wroga z marszu. Dla wojsk marszałka Żukowa została otwarta bezpośrednia droga ku Odrze.

            Jednocześnie z rozpoczęciem  operacji zaczepnej w kierunku Odry działanie wznowiły wojska  zgrupowane na linii Luboń, Śrem, Gostyń.  Wojska  te,  rozwijając natarcie na zachód,  podążały równolegle do grupy centralnej. Po prawej stronie tych sił nacierała 39 armia, której drogę torował  11 korpus pancerny. Kierunek natarcia tym wojskom wyznaczał odcinek Odry na przestrzeni Słubice, Krosno Odrzańskie. Wspomagając natarcie 5 armii uderzeniowej w kierunku Międzyrzecza, oddziały  11 korpusu pancernego i 39 armii ogólnowojskowej zdobyły Opalenicę  i   Nowy Tomyśl. Po wyzwoleniu Nowego Tomyśla natarcie prowadzono  na kierunkach: Zbąszyń,  Słubice  i Babimost , Krosno Odrzańskie. Z tej racji północne ziemie wolsztyńskiego powiatu  znalazły się w zasięgu działania lewego skrzydła 39 armii. Zatem zostały wyzwolone o jeden dzień wcześniej niż  reszta powiatu.

            Na lewo od  tych wojsk nacierały: 9 korpus pancerny i  33 armia ogólnowojskowa. To ugrupowanie bojowe wspierał 7 korpus kawalerii, którego oddziały prowadziły rozpoznanie zwiadowcze.  Celem działań  zaczepnych tej grupy wojsk był pas Odry od Krosna do Nowej Soli. Zatem zasięg operacyjny tej grupy bojowej zamykał się w polu, którego granice wyznaczały linie: Poznań, Krosno Odrzańskie i Gostyń, Nowa Sól.

            Wieczorem 25 stycznia oddział rozpoznawczy 33 armii dotarł do rejonu Wolsztyna.

 

Wolność

 

            Na początku stycznia 1945 roku do pewnej polskiej rodziny zamieszkałej w Wolsztynie przy ulicy Poznańskiej zapukał niemiecki oficer i poprosił o odstąpienie mu na pewien czas pokoju. Wynajmowanie kwater w domach Polaków przez niemieckich żołnierzy nie było w owych czasach czymś nadzwyczajnym ani wyjątkowym. Przecież sam komendant niemieckiego oddziału stacjonującego w Wolsztynie przez cały okres okupacji mieszkał w willi u państwa Piotrowskich. Nikogo więc nie dziwiło, że niemiecki oficer wynajął dla siebie pokój przy polskiej rodzinie. Jako współlokator nie był uciążliwy. Na całe dnie gdzieś znikał, po czym zjawiał się niespodziewanie, by po paru dniach ponownie wyjechać. Wiadomo, obowiązki żołnierskie.

            Wyjazdy oficera powtarzały się  coraz częściej, a nasiliły się  w dniach, gdy  do Wolsztyna zaczęły docierać wieści o zwycięskich działaniach wojsk radzieckich w rejonie Radomia, Warszawy i Łodzi. Wtedy pospiesznie ewakuowano obóz jeniecki w Komorowie,  przenosząc jeńców radzieckich do ośrodków położonych w głębi Niemiec.

            Wraz z likwidacją obozu miasto opuściła jednostka wojskowa skoszarowana w budynku szkoły nr 2. W ślad za wojskiem  Wolsztyn zaczęły opuszczać rodziny niemieckich urzędników sprowadzonych do tego miasta z Rzeszy w latach 1939 - 1940.  Rodziny te mieszkały  na  specjalnie dla nich wzniesionym osiedlu nazwanym ,,Neue Heimat.” Również technicy i inżynierowie  hoyerowskich zakładów  wysłali swoich najbliższych do rodzin mieszkających w głębi Niemiec.

            20 stycznia rozpoczął się exodus ludności niemieckiej, która w obawie przed represjami żołnierzy radzieckich jak i pokrzywdzonych Polaków uciekała panicznie do Niemiec. Uciekali  wszyscy, i ci, którzy na te ziemie przybyli za czasów ,,bismarckowskiego  kulturkampfu”, jak  i ci, których władze niemieckie sprowadziły z głębi Rzeszy lub obszarów podbitych i osiedliły w gospodarstwach czy domach oddanych im  na własność po wywłaszczonych Polakach.

            Niemal do wkroczenia wojsk  radzieckich na terenie wolsztyńskich zakładów drzewnych pracowały oddziały wydzielone , które produkowały części zamienne do niemieckich czołgów i samolotów. Również instytucje państwowe i urzędy lokalne oraz policja funkcjonowały do końca. Niektórym z tych urzędników nie udało się już przekroczyć Odry i wpadli w ręce radzieckich żołnierzy.

            W tym ogólnym zamieszaniu  opuścił również miasto, zakwaterowany przy polskiej

rodzinie, niemiecki kapitan . Było mu spieszno. Przecież dochodziły już odgłosy zbliżającego się frontu,  a przez miasto w panice wycofywały się ostatnie grupy rozbitych niemieckich oddziałów. Uciekając porzucały po drodze broń, amunicję i  wszystko, co mogło utrudniać im przemieszczanie się.

            Jeden ze zmotoryzowanych oddziałów , który na noc zatrzymał się w parku,  pozostawił po sobie  wiele różnorakiej broni - ciężkie karabiny maszynowe i działka lotnicze.

Dowodzi to, że uciekający żołnierze czuli już za sobą podmuch radzieckich oddziałów rozpoznawczych.

            Wieczorem 25 stycznia Wolsztyn ogarnęła jakaś tajemnicza cisza. Wydawało się, że miasto zamarło. Czasem tylko jeszcze wyludnionymi ulicami przemknęło jakieś auto, które pospiesznie zmierzało szosą w kierunku Kargowej.

            Było to jednak tylko odczucie pozorne. Wystarczyło spojrzeć w niebo, aby zauważyć jak na wschodzie jaśnieje  krwawą łuną pożarów wyznaczającą nieomylnie linię zbliżającego się frontu. 

            W sąsiedztwie  cmentarza, podążający w kierunku Adamowa  spóźnieni przechodnie,  mogli  napotkać  grupę niezidentyfikowanych jeźdźców konnych odzianych w białe, maskujące peleryny, spod których wystawały żołnierskie mundury. Żołnierze ci, po spenetrowaniu najbliższej okolicy, zawrócili swe konie i odjechali w kierunku Tłoków. Również zamaskowanych żołnierzy zauważono w sąsiedztwie parku. Prawdopodobnie do tego rejonu miasta  przybyli oni od strony Karpicka lub Rostarzewa.

            Dzisiaj wiadomo, że byli to zwiadowcy 7 korpusu kawalerii, którzy poprzedzając natarcie 33 armii podążali  ku Odrze. Na ich drodze  znajdował się Wolsztyn.

            Wolsztyn pod względem strategicznym posiada specyficzne usytuowanie. Położony w przesmyku pomiędzy jeziorami Wolsztyńskim i Berzyńskim stanowi ważny węzeł komunikacji drogowej i kolejowej. W mieście tym zbiegają się drogi kołowe o trwałej nawierzchni z kierunków Poznania, Nowego Tomyśla, Kościana i Wschowy. Rozchodzą się zaś do Nowej Soli, Kargowej, Babimostu i Zbąszynia. Jedynym łącznikiem pomiędzy tymi arteriami jest most na rzece Dojcy, poprzez który wiedzie najkrótsza droga ku Odrze. Takie uwarunkowania są niezmiernie ważnym czynnikiem uwzględnianym w planach operacyjno – wojskowych.

            Zniszczenie takiej przeprawy rzecznej jak most na  Dojcy zmusiłoby dywizje 33 armii do zmiany kierunku natarcia i zastosowania bardzo niekorzystnych obejść. Dlatego zachowanie tej przeprawy rzecznej było konieczne dla kontynuowania nieprzerwanej operacji strategiczno - zaczepnej w kierunku Odry.

            Dywizje zmotoryzowane i piesze przemieszczały się naprzód na z góry wyznaczonych trasach i w określonych kierunkach. Formacje te były poprzedzane przez oddziały rozpoznawcze  składające się z kolumny pancernej czołgów i aut z żołnierzami pierwszego uderzenia.

            Taka kolumna rozpoznawcza wjechała do Wolsztyna 26 stycznia. Przemknęła przez miasto i pognała w kierunku Kargowej. Dopiero następne kolumny regularnego wojska zatrzymały się w tym mieście, ale też nie na długo. Było im również spieszno.

            Zawarte w dyrektywie Kwatery Głównej  zadanie zostało radzieckim wojskom  postawione jednoznacznie i zdecydowanie. Dotrzeć jak najprędzej  ku Odrze i na lewym  brzegu rzeki uchwycić  przyczółki  niezbędne do dalszych operacji zaczepnych.

            Oddziały radzieckie, które zaplanowały swój postój w Wolsztynie rozlokowały się w miejscowym pałacu i pobliskim sierocińcu. Nie rozumiem, dlaczego zaraz po opuszczeniu przez nich tych obiektów spłonął doszczętnie zabytkowy pałac, a na sierocińcu uległ spaleniu mansardowy dach. Czyżby obiekty te podpalono celowo ?

            Wkrótce po wkroczeniu do Wolsztyna pierwszych oddziałów radzieckich do mieszkania przy ulicy Poznańskiej , które jeszcze przed paroma dniami zajmował  niemiecki oficer, zawitał radziecki żołnierz. Jakie było zdumienie gospodarzy,  gdy w żołnierzu tym rozpoznali niedawnego współlokatora,  niemieckiego kapitana, ale już w mundurze radzieckie majora.

*  *  *

            Przed planowaniem zadań taktyczno-strategicznych najważniejszą czynnością jest dokonanie głębokiej analizy planów obronnych przeciwnika, rozmieszczenia jego sił  i uzbrojenia. Na terytorium na wschód od Wisły zadanie to wykonywały oddziały partyzanckie. Działając na dalekim zapleczu wroga, posiadały najlepsze możliwości wykonania tegoż zadania.

            Na terytorium na zachód od Wisły partyzantka nie działała wcale albo w bardzo zawężonym zakresie. W takich okolicznościach wiadomości o siłach nieprzyjaciela i jego zamiarach taktycznych zdobywano przy pomocy lotnictwa zwiadowczego lub za pośrednictwem rozpoznania agenturalnego Takie właśnie zadanie , z polecenia Dowództwa 1 Frontu Białoruskiego, spełniał  na dalekich tyłach wroga ów rzekomy niemiecki oficer.

 

 

 

 

 




Tak  było
 

            Dzień 25 stycznia 1945 roku zastał mnie w Mariankowie,  niewielkiej wsi położonej na północnym krańcu wolsztyńskiego powiatu, gdzie byłem zatrudniony w charakterze parobka u niemieckiego rolnika Wilhelma Fischera.

            Pierwsza informacja o zbliżających się radzieckich wojskach dotarła do mnie 19 stycznia. W dniu tym usłyszałem rozmowę, podczas której  córka mojego gospodarza, Irena, przekazywała  ojcu wiadomość, jaką uzyskała od uciekających  Niemców. Twierdzili oni,    że poprzedniego dnia, w okolicy  Nowego Tomyśla, widzieli rosyjskie czołgi i samochody, które przed zapadnięciem zmroku wycofały się w kierunku Opalenicy.

            Był to najwidoczniej  oddział  rozpoznawczy, wydzielony z 11 korpusu pancernego, który po obejściu Poznania, nie napotykając większych przeszkód, kontynuował penetrację terenu, znacząc dywizjom 39 armii drogi natarcia ku rzece Odrze.

            Wiadomość o tak niespodziewanym pojawieniu się radzieckich wojsk w rejonie oddalonym zaledwie 15 km od Mariankowa zszokowała Fischerów. Bezzwłocznie spakowali najniezbędniejsze rzeczy na wóz, by w stosownym czasie móc wyruszyć w drogę wiodącą do Vaterlandu.

            Nie było dla mnie zaskoczeniem,  że chwila taka kiedyś nastąpi i będę świadkiem panicznej ucieczki Niemców przed Rosjanami . Z sytuacją na froncie wschodnim byłem wyjątkowo dobrze zaznajomiony. Duża w tym zasługa mojego gospodarza, który posiadał mapę, na której za pomocą chorągiewek zaznaczał pozycje niemieckich wojsk. Pomagała mu w tym bardzo skwapliwie córka Irena. Czynili to każdorazowo z rana po wysłuchaniu najnowszego komunikatu radiowego. Bawiło ich to , a jednocześnie napawało dumą, gdy,, dzielne wojska niemieckie” odnosiły sukcesy militarne, a linia ułożona z chorągiewek coraz bardziej przesuwała się na wschód.

            Mniej zabawne było już , gdy przyszło im zmieniać położenie chorągiewek w kierunku przeciwnym. A powtarzało się to coraz częściej stosownie do komunikatów radiowych, w których tłumaczono, że to armie niemieckie w celach taktycznych skracały linię frontu, wycofując się  ,,na z góry wyznaczone pozycje”. Kiedy już te ,,z góry wyznaczone pozycje” przybliżały się do brzegów Wisły, nasi ,,fischerowi stratedzy”zaniechali dalszych chorągiewkowo - frontowych operacji. Odtąd, niegdyś dumnie sterczące na mapie chorągiewki bezwładnie obwisły i zaczęły stopniowo odpadać. Na nic się zdało to, że usiłowałem je na powrót powkładać w brakujące miejsca, gdyż one znowu odpadały. Kres tej bezsensownej zabawie położyła Irena, wrzucając mapę do pieca.
 

*  *  *
 

            Nagły wyjazd Fischerów i zatłoczone uciekinierami drogi nie były jedynymi dowodami na to, że front nieubłaganie się przybliża. Potwierdzały to również odgłosy artyleryjskich wystrzałów, które z każdym dniem stawały się  bliższe. Aż nadszedł ten wyczekiwany dzień.

            Rankiem 25 stycznia na posesji Fischerów, której teraz byłem jedynym gospodarzem, odwiedził mnie sąsiad. Mój gość, mimo pokaźnego kalectwa, był człowiekiem zacnym i szanowanym. Prawdziwa ,,złota rączka”, bo zegarek przeczyścił, zużyte  szprychy w kole rowerowym wymienił i parasolkę naprawił.  Przybył do mnie ,by posłuchać radia. Chciał się dowiedzieć, jak przedstawia się sytuacja na froncie, gdyż według jego przewidywań to ,, ruski ” powinni do naszej wsi dotrzeć jeszcze dzisiaj, a najpóźniej jutro z rana.

            Zbliżało się południe,  pora nadawania komunikatów. Nie zwlekając włączyłem radio. Był to aparat marki ,,Telefunken ”zasilany baterią anodową i ogniwem akumulatorowym. Uruchomienie tego ,,cudu techniki” wymagało nie lada kunsztu, bo i baterie były na wyczerpaniu, a i zasięg w tym rejonie był nie najlepszy.

            Kiedy wreszcie udało mi się z trudem nawiązać jaką taką łączność ze światem, z głośnika zaczęły wydobywać się jakieś trzaski, zgrzyty i chrobotania. Mimo tak nieprzyjemnych odgłosów udało się nam wychwycić treść nadawanego  przez ,, Radio Berlin” komunikatu .Był on  mniej więcej takiej  treści: ,,...Feind  zieht mit den starken kraften durch das Obra bruch nach der Oder...“( wróg naciera ogromnymi siłami przez przełom Obry ku Odrze ). W tym przypadku mój gość nie pomylił się, co do terminu wkroczenia wojsk radzieckich do naszego rejonu.

            Gdy tak rozprawialiśmy o tym co ma się niebawem wydarzyć, nagle nasze rozważania zagłuszył wybuch artyleryjskiego pocisku. Zaniepokojeni tym wybuchem wybiegliśmy na zewnątrz budynku  . Oto doszedł nas dziwny odgłos przypominający chrzęst żelastwa i warkot motorów, dźwięków, jakie wydają ciężko poruszające się pojazdy. To chyba czołgi- stwierdził mój rozmówca   i nie zwlekając podążył pospiesznie ku głównej drodze  wiodącej z Borui do Bęlęcina.

            Zabezpieczywszy  dom i obejście gospodarskie, udałem się  bezzwłocznie w jego ślady. Faktycznie, z oddalonej o trzy kilometry wsi Borui  docierały z każdą chwilą wyraźniejsze odgłosy wskazujące ,że przez tę  miejscowość przejeżdżają jakieś mechaniczne pojazdy. I w tej chwili ogarnął mnie niepokój. A może to  wycofują się oddziały niemieckiego wojska?  W takim wypadku należy zachować daleko idącą ostrożność .

            Tymczasem warkot się natężał i na drodze do naszej wsi, na tle ciemnego lasu,  ukazał się ogromny, szary pojazd, który niespodziewanie zionął ogniem . Świst , a następnie huk przeszył powietrze. To skłoniło nas, abyśmy bezzwłocznie zajęli bardziej bezpieczne stanowisko. Przesunęliśmy się zatem głębiej, za zabudowania najbliższego gospodarstwa. 

            Przyglądając się zza węgła stodoły ujrzeliśmy, że za tym groźnym pojazdem podąża wiele jemu podobnych. To ich gąsienice wydawały te niemiłe dźwięki   i dudnienie, które do nas docierały i tak nas zaniepokoiły. Prawie równocześnie stwierdziliśmy, że są to z pewnością radzieckie czołgi. Pierwszy z nich podjechał do skrzyżowania dróg i zatrzymał się. Na jego  pancerzu siedziała lub leżała grupa żołnierzy z przewieszonymi na piersiach ,,pepeszami”. Zastanowiło mnie ich odzienie. Zamiast powszechnie stosowanych żołnierskich mundurów posiadali kożuchy, na głowach baranice , a na nogach filcowe buty .Czuli się bardzo swobodnie. Kilku z nich zeskoczyło z tego,, kolosa” i z kimś głośno rozprawiało. To nas ośmieliło, więc powoli, ostrożnie zbliżaliśmy się ku tej rozbawionej grupie .To  miejscowy gospodarz  p. Kozieł coś im z zapałem objaśniał,  posługując się polsko- rosyjskim językiem wspomaganym gestykulacją rąk. W taki sposób starał się im wytłumaczyć jak najprościej dojechać do Belęcina, by w lesie nie zboczyć z właściwej drogi. Taka informacja interesowała jedynie dowódcę oddziału rozpoznawczego. Była ona dla niego cenna, ale nie najważniejsza. Moim zdaniem, oficera tego interesowała miejscowość Chobienice, za którą przebiegała granica państwa. Celem oddziału było, aby jak najprędzej znaleźć  się na terytorium wroga. W tym przypadku się nie myliłem, gdyż następnych żołnierzy interesowało tylko to, jak daleko jest do niemieckiej granicy.

            Zaledwie ruszyli, natrafili na pierwszą przeszkodę. Drewniany most,  na przepływającej przez Mariankowo rzeczce, nie wytrzymał  tak dużego obciążenia i załamał się. Dla czołgów nie miało to większego znaczenia. One bez trudu pokonywały tę nieznaczną przeszkodę, ale dla aut to ,, zapadlisko” stanowiło utrudnienie nie do przebycia. Przekonał się o tym kierowca pierwszego samochodu, który nie zauważył w porę braku mostu i  znalazł się na dnie tej rzeczki. Od tej chwili droga na tym odcinku stała się nieprzejezdna.  Odtąd  wszelkie oddziały zmotoryzowane i tabory konne były zmuszone korzystać z objazdu, drogą okrężną przez wieś.

            Wóz techniczny nadjechał dopiero po południu. Wydobył niefortunny pojazd z koryta rzeki i podciągnął na pobocze drogi pod przydrożne drzewo. Auto to spadając  w przepaść uszkodziło przednie zawieszenie, więc na dłuższy czas zostało wyłączone z ruchu.

            Pech chciał, że to niesprawne auto zauważył lotnik niemieckiego samolotu, który ostrzeliwał przemieszczającą się przez wieś zmotoryzowaną kolumnę pojazdów.  Wykorzystał zatem nadarzającą się okazję , aby zniszczyć unieruchomiony pojazd.  Najpierw ostrzelał go z broni maszynowej, przez co uszkodził kanistry z paliwem, a na rozlaną  benzynę skierował serię  pocisków i bomb zapalających.  W rezultacie auto stanęło w płomieniach. Sytuacja stała się niebezpieczna, gdyż w aucie znajdowały się , oprócz żywności ,także skrzynki z amunicją. 

            Dla nas mieszkających zaledwie 15 metrów od tego miejsca, płonące auto stanowiło szczególne zagrożenie, gdyż dom przez nas zajmowany był drewniany i pokryty słomianą strzechą.

            Miejscowi gospodarze,  widząc palący się samochód i grożące pobliskim zabudowaniom niebezpieczeństwo, przybyli gromadnie z pomocą. Używając śniegu , wnet uporali się z pożarem auta i uchronili je od całkowitego zniszczenia. Udało się również zabezpieczyć znajdujący się w aucie ładunek. Skrzynki z amunicją przeładowano na podstawiony samochód. Pozostałą zaś żywność, w tym palące się bochenki chleba, zrzucono do przydrożnego rowu.

            Nadpalonym chlebem zainteresował się mój brat Czesio. Przeniósł on te zwęglone bochenki  w pobliże naszego domu i okrył śniegiem. Jak to bywa w takich szczególnych sytuacjach całkowicie o tym zapomniał.

            Tymczasem sytuacja z każdą chwilą ulegała zmianie. Po południu do wsi przybył oddział radzieckiego wojska . Żołnierze ci pozajmowali poniemieckie domy, urządzając w nich swoje kwatery. Nie wiem czym kierował się ich dowódca, że na swoją kwaterę obrał nasz dom. Mieliśmy więc u siebie na stancji  radzieckich oficerów, majora i kapitana. Major pochodził z okolic Lwowa, znał zatem dobrze język polski .Wiele ciekawych,  a  przy tym smutnych wiadomości, od niego  się dowiedziałem. Opowiadał, jakich okrucieństw dopuszczali się hitlerowscy żołnierze na ludności rosyjskiej. Jego całą rodzinę wymordowali ,gdy odkryli, że on jest radzieckim oficerem. Kiedy to opowiadał , posmutniał, a w oczach jego pojawiły się łzy. Ból po stracie najbliższych tkwił w nim bardzo głęboko i był tak dotkliwy, że od tej pory obsesyjnie nienawidził Niemców.

            Obecność tych oficerów w naszym domu nie była dla nas uciążliwa. Mieli własnego kucharza, który przyrządzał dla nich posiłki, dbał o zaopatrzenie kuchni i troszczył się o ich umundurowanie. Zajęciem zaś oficerów było studiowanie map, nasłuch radiowy, zbieranie korespondencji i przygotowywanie raportów przesyłanych co pewien czas do sztabu armii.

            Do naszego domu doprowadzono sieć kabli telefonicznych, a w izbie obok urządzono centralę telefoniczną. W dzień i noc  dyżurujący tam na zmianę telegrafiści bez przerwy wykrzykiwali do mikrofonu jakieś hasła, nadawali lub odbierali komunikaty. Te ostatnie były dostarczane majorowi, który je  porównywał z wojskowymi mapami , nanosił na nie jakieś umowne symbole i  znaki.

            Przypuszczam ,że mapy, które tak skwapliwie studiował radziecki major  były poprzednio używane przez oficerów Wehrmachtu. Wskazywały na to zapiski, naniesione w języku niemieckim na skraju jednej z tych map. Teraz mapy te służyły do rozpracowywania zamiarów wroga i dostarczały cennych informacji przy planowaniu kierunków natarcia oddziałów radzieckich

            Rankiem 26 stycznia,  z rozkazu majora ,  grupa żołnierzy i kilku miejscowych gospodarzy udała się końmi do pobliskiego lasu , skąd ściągnięto kilka długich drzew, które posłużyły  do odbudowy zniszczonego mostu. Przy ofiarnym zaangażowaniu wojska, sprzętu i miejscowej ludności  stanął nowy silny most , po którym już w następnym dniu przejeżdżały znowu auta i tabory konne z frontowym zaopatrzeniem.

▲   do góry


Chwila  grozy
 

            Pierwsza noc w wolnym od hitlerowskiego okupanta Mariankowie upłynęła  na pozór spokojnie, nie licząc przejeżdżającej kolumny czołgów, kilku wybuchów i wypuszczanej co pewien czas serii z broni maszynowej. Natomiast noc z 26 na 27 stycznia okazała się prawdziwym koszmarem.

            Jeszcze przed zapadnięciem zmroku przyjechał niespodziewanie na motocyklu łącznik  ze sztabu dywizji. Co łącznik przekazał majorowi, pozostało  tajemnicą. Wiadomość ta musiała być niepokojąca,  bo major tej nocy nie zmrużył już oka. Kapitan zaś drzemał na łóżku w mundurze  z pistoletem  pod poduszką.

            Nie zaznaliśmy również  tej nocy  i my spokoju, bo co chwila wbiegał któryś z telefonistów, przynosząc coraz bardzie niepokojące wieści.

            Niepokój odczuwało się również we wsi. Żołnierze jacyś podnieceni ładowali pospiesznie swoje podręczne wyposażenie na samochody i opuszczali wieś, wycofując się  w kierunku Nowego Tomyśla.

            Jeszcze nie świtało, gdy przed nasz dom  zajechał samochód, na który telegrafiści pospiesznie załadowali   swój roboczy  sprzęt i odjechali. W tym czasie kucharz zdążył już spakować podręczny oficerski bagaż i wynieść go na zewnątrz. Oficerowie zaś  zabezpieczywszy mapy i ważniejsze dokumenty w podręcznych walizkach wyszli na podwórko, gdzie na nich już czekał wojskowy samochód . Przed odjazdem major przywołał mnie i doradził, abym zdjął bezzwłocznie powiewającą nad domem biało- czerwoną flagę, którą poprzedniego dnia tam  wywiesiłem. Mamie zaś przykazał , abyśmy w tym dniu nie wychodzili  bez potrzeby z domu. Rady te przekazywał nam w taki tajemniczy  i przekonywujący sposób, że nie można było mu nie ufać. Zaznaczył również, że jak tylko niebezpieczeństwo przeminie, to natychmiast tutaj powrócą.

            Mimo tak stanowczego ostrzeżenia nie posłuchałem rad majora.. Jeszcze widać było oddalający się w tumanach śniegu samochód, a ja już udałem się na teren fischerowego gospodarstwa. Przecież nie mogłem zlekceważyć spoczywających na mnie obowiązków.  Tam w oborze pozostawały krowy, które należało nakarmić , napoić i wydoić. W chlewni zaś  trzoda, a wśród niej maciora z małymi prosiętami i drób, którego jeszcze nie zdążyli wyłapać i spożyć radzieccy żołnierze.Podobnie jak ja sprawy te pojmowała, mieszkająca w sąsiedztwie  p. Nowakowa, która przybyła punktualnie o  wyznaczonym czasie z wiadrami, aby wydoić krowy.

            Jeszcze byłem zajęty przygotowywaniem karmy dla trzody, kiedy powietrze przeszyła seria z broni maszynowej i zawtórowały jej wybuchy granatów. W dodatku nad wsią pojawiły się nisko lecące niemieckie samoloty, w kierunku których prowadzono zmasowany ostrzał.

            Zaniepokojony tymi bojowymi odgłosami wybiegłem na drogę. Patrzę i oczom nie wierzę. Z lasu położonego po wschodniej stronie wsi,  wynurza się niezmierzona ilość  ludzi odzianych w białe maskujące peleryny. W pierwszej chwili uważałem, że są to radzieckie wojska piesze, które w ślad za kolumnami zmotoryzowanymi podążają na zachód.  Jakie było moje przerażenie, kiedy odkryłem, że ci zamaskowani żołnierze to  Niemcy, którym z pewnością  udało się uniknąć okrążenia. Teraz pod osłoną lasów, wykorzystując przestrzeń i czas, jaki rozdzielał radzieckie grupy rozpoznawcze i oddziały specjalne od wojsk głównych, zamierzali najkrótszą drogą przedostać się za Odrę.

            Wykorzystując wolną, odsłoniętą między lasami przestrzeń ,usiłowali przebyć ją jak najprędzej. Może by im się to udało, gdyby we wsi nie natknęli się na radzieckich żołnierzy.

            Co się stało, że w Mariankowie znaleźli się  radzieccy żołnierze. Przecież stacjonujący tu oddział został z tej wsi ewakuowany. Otóż nad ranem zatrzymała się w Mariankowie kolumna samochodów, która z przedniej linii frontu podążała na zaplecze po kolejne zaopatrzenie. Aby nie narażać życia i sprzętu na ataki niemieckiego lotnictwa, tak odległą drogę po zaopatrzenie dla frontu pokonywali głównie nocą. Dzień zatem służył kierowcom do odpoczynku i dokonywania drobnych napraw przy samochodach. Widocznie tym razem nie było danym im wypoczywać.

            Jeszcze nie zdążyli się na dobre rozlokować, gdy doszedł ich odgłos nadlatujących samolotów i gwar ludzkich nawoływań. Zerwali się czym prędzej ku swoim pojazdom, a widząc co się dzieje, w porę się zorganizowali i na skraju wsi zajęli stanowiska obronne. W takich okolicznościach przemarsz Niemców drogą przez wieś okazał się niemożliwy. Zatem zastosowali obejście, na prawo od wsi, przez pola. Jednak i ta droga okazała się nie bardzo bezpieczna. Wycofujące się  niemieckie wojsko było bez przerwy nękane seriami z broni maszynowej przez zabarykadowanych w przydrożnych zabudowaniach radzieckich żołnierzy.

            Na ostrzał  żołnierzy radzieckich, ogniem odpowiadali żołnierze niemieccy. Wywiązała się regularna bitwa. W sąsiedztwie fischerowego  gospodarstwa, za budynkiem obory i w pobliskim lesie rozmieszczono karabiny maszynowe, które ciągłym ostrzałem zabezpieczały drogę wycofującym się niemieckim oddziałom.

            W niektórych zabudowaniach  na obrzeżu wsi  dochodziło do walki wręcz. W jednym z domów zabarykadowało się kilku żołnierzy radzieckich. Prowadzili oni z tej posesji nękający  ostrzał w kierunku wycofujących się Niemców. Ci postanowili zlikwidować to dotkliwe dla nich ogniowe stanowisko. Jeden z hitlerowców przedostał się na zaplecze domu i do pomieszczenia, z którego prowadzono ostrzał, wrzucił granat. Na szczęście zanim nastąpiła eksplozja,  znajdujący  się w pokoju żołnierze  zdołali  się ukryć. To dziwne, że nikomu nic się nie stało, chociaż wybuch granatu zdemolował cały pokój i rozniósł na strzępy piec kaflowy.

            Sprawca tego spustoszenia nie zdążył ujść w porę. Zginął przeszyty serią z pepeszy przez przyczajonego w sąsiednim pokoju żołnierza.

            Wycofujące się oddziały niemieckie  były wspierane przez samoloty, które zrzucały im na spadochronach skrzynki z pancerfaustami i amunicją. Jednak niektórym lotnikom trudno było rozróżnić  wojska własne od obcych .Doszło do tego, że jedna z eskadr niemieckich myśliwców ostrzelała z broni pokładowej własnych żołnierzy. W wyniku tej niewybaczalnej pomyłki, wielu hitlerowskich żołnierzy pozostało na polach  Mariankowa już na zawsze.

            Kiedy kolejne lasy pochłonęły uciekające w panice niemieckie oddziały, po polach, oprócz zabitych Niemców,  pozostało wiele porzuconej broni , amunicji i wojskowego sprzętu. Liczba poległych żołnierzy niemieckich  wzrosła, kiedy po oddaleniu się wrogich oddziałów, z lasu wyszli dezerterzy  i maruderzy, którzy już dosyć mieli tej wojny i zamierzali się poddać. Jakże srodze się zawiedli. Żołnierze radzieccy, pomni okrucieństw, jakich hitlerowcy  dopuszczali się na żołnierzach  i ludności cywilnej, nie brali do niewoli tak małej ilości jeńców. Kiedy  czasem przyprowadzano do majora takich ,,zagubionych” niemieckich żołnierzy, ten nawet nie spojrzał w ich stronę, tylko kazał rozstrzelać.

            Porzucona po polach i lasach broń niemiecka nie leżała  zbyt długo,  została skrzętnie pozbierana przez miejscowych gospodarzy i starannie zabezpieczona.

            Nam po tych smutnych czasach pozostały sanki, które wraz z zamontowanym na nich ciężkim karabinem maszynowym. przyciągnął w nasze obejście mój brat Czesio. Karabinem zainteresowali się  radzieccy żołnierze, sanki zaś służyły nam jeszcze  parę długich lat i były jedynym łupem wojennym, jaki znalazł się w naszym posiadaniu, a który każdej zimy na nowo przywoływał w naszej pamięci obraz tamtych koszmarnych dni.

▲   do góry

 

To nie nasi
 

            28 stycznia, to jest w czwartym dniu od wjechania do Mariankowa kolumny zwiadowczej, kiedy ucichła już wrzawa i poszły częściowo w niepamięć wydarzenia dnia poprzedniego, drogą przez wieś zaczęły przemieszczać się główne siły 39 armii ogólnowojskowej. Siły te wyprzedzała kolumna pancerna czołgów i dział samobieżnych. Za nią w niewielkich odstępach  jechały samochody z wojskiem . W ślad za nimi podążały auta i tabory konne z zaopatrzeniem frontowym.

            Jedno z takich aut, z doczepioną kuchnią polową, rozlokowało się na naszym podwórzu. Inne podobne  zespoły aprowizacyjne rozmieszczono w sąsiednich gospodarstwach.

            Dziwną mi się wydała ta polowa kuchnia i to całe zaplecze żywieniowe w naszym obejściu. Przecież zakwaterowani u nas oficerowie posiadali własnego kucharza, który przyrządzał dla nich posiłki. Również stacjonujący we wsi żołnierze przyrządzali sobie posiłki we własnym zakresie.

            Moje wątpliwości wyjaśniły się około południa,  gdy do wsi dotarła kolumna wojska pieszego. Jedna z kompanii została skierowana na nasze podwórze. To dla nich przygotowywana była strawa w tej polowej stołówce.

            Żołnierze, znać zmęczeni zbyt forsownym i długim marszem, obojętni na rozchodzącą się woń  z polowego kotła, kładli się na śniegu i zasypiali. Dowódca kopaniem i szturchaniem zmuszał ich do odbioru gorącej strawy, którą wojskowy kucharz  ogromną chochlą nalewał do podstawianych misek.

            Wyznaczoną rację zupy wypijali bezpośrednio z miski, po czym naczynie czyścili  śniegiem i przyczepiali do  worka, którego nie zdejmowali z pleców nawet podczas snu.

            Kiedy już wszyscy żołnierze zostali obsłużeni, uformowano  z nich na powrót zwartą kolumnę, która pod dowództwem podoficera odmaszerowała na zachód, w kierunku, skąd dochodziły odgłosy toczącej się bitwy.

            Jakieś zagadkowe  było to wojsko i jacyś dziwni to byli żołnierze. Bez  broni, nędznie odziani w przydługie, znoszone szynele. Na  głowach mieli szpiczaste  czapki ze zwisającymi nausznikami, takie, jakie możemy jeszcze czasem zobaczyć na obrazach lub filmach przedstawiających żołnierzy - rewolucjonistów szturmujących w 1917 roku Pałac Zimowy carów. Skromny dobytek własny taszczyli w  worku. Tylko nieliczni posiadali jakie takie obuwie. Większość miała stopy pozawijane szmatami, na które nakładano rodzaj trepów, splecionych z jakichś pasków czy rzemieni.

            Szli w kolumnach podzielonych na kompanie, na  których czele kroczył podoficer i uzbrojony w pepeszę radziecki żołnierz. Również po bokach kolumny, w pewnych odstępach podążali uzbrojeni żołnierze. Oddziały te były najwyraźniej konwojowane.

            Za tym  zagadkowym wojskiem jechały tabory konne, które wiozły broń i skrzynki z amunicją. Wiele zastrzeżeń  można było mieć do  konwojujących te oddziały żołnierzy, którzy odnosili się  do podporządkowanych sobie ludzi jak do wroga. Natomiast stacjonujący u nas oficerowie odnosili się do nich z całkowitą pogardą. Na moje zapytanie skierowane do majora, co to za wojsko, takie jakieś odmienne od normalnego, otrzymałem bardzo zdawkową odpowiedź: ,,To nie nasi”.

            Pomyślałem sobie wtedy, że widocznie są to oddziały nierosyjskie, sformowane z ludów Zakaukazia lub Syberii. I takie tłumaczenie mi wystarczyło.

            Dopiero później dotarło do mojej świadomości, że były to bataliony karne utworzone z więźniów  ,,łagrów” . Stąd taki wrogi i pogardliwy stosunek oraz brak całkowitego zaufania dowództwa i szeregowych żołnierzy radzieckich do tych ludzi.

            Chociaż nieco odmienni,  jednak byli to żołnierze, których wykorzystywano w walce i to na pozycjach najbardziej niebezpiecznych. Złośliwi powiadali, że słyszeli, iż żołnierzom tym, przed przystąpieniem do ataku na wroga najpierw podawano gorzałkę ,następnie wręczano  broń  i z okrzykiem ,,hurra”  włączano do walki.

            Nie wydawały mi się tego rodzaju opowiadania  prawdopodobne, a jednak znajdowały potwierdzenie. Dowodem na to może być relacja mieszkańca Cigacic, autochtona, który był świadkiem, jak podczas  forsowania Odry tego rodzaju wojsko wpędzano siłą na obszary zaminowane i na ziejące ogniem karabinów maszynowych  niemieckie bunkry.

            Ilu wówczas tych żołnierzy - skazańców zginęło, a ilu przepadło bez wieści? Na to pytanie nie jest wstanie już nikt odpowiedzieć.

▲   do góry
 

Żołnierska swawola
 

            Wojna wyzwala zawsze najgorsze instynkty. Dotyczy to także wojska, które przecież jest zbiorowiskiem różnych indywidualności cechujących się odmiennością charakterów  i specyfiką zachowań. Szczególnie uzewnętrzniają się te negatywne cechy wśród frontowych żołnierzy. Zdawało sobie z tego sprawę Najwyższe Dowództwo Armii Czerwonej, skoro w wojsku podjęło na szeroką skalę akcję szkoleniową odnośnie zachowania się żołnierzy na wyzwalanych terenach.  Dowództwu i Rządowi Radzieckiemu zależało, aby od pierwszych chwil pobytu ich wojsk na terytorium państw sprzymierzonych, nie było żadnych karygodnych ekscesów czy zachowań ze strony oficerów i szeregowych żołnierzy.  A jednak nie dało się tego uniknąć.

            Żołnierze nie są sobie równi. Są żołnierze karni, zdyscyplinowani, szanujący honor żołnierskiego munduru. Ale są i tacy, którzy wszelkie wartości mają za nic. Mało im zależy na tym, co się o nich pomyśli czy powie.

            Do kategorii żołnierzy nie przestrzegających zaleceń Dowództwa Armii  odnośnie właściwego zachowania należeli wojskowi kierowcy, którzy podczas długich kursów  na tyły po frontowe zaopatrzenie zatrzymywali się na odpoczynek w jakiejś wyznaczonej miejscowości. Biada mieszkańcom takiego ,, wyróżnionego” osiedla,  miasteczka lub wsi.

Żołnierze ci zamiast odpoczywać popijali, a rozochoceni alkoholem buszowali po domach i bezkarnie plądrowali mieszkania ( nie tylko poniemieckie), grabiąc cenniejsze przedmioty takie jak złota biżuteria, zegarki czy rowery. Te ostatnie zazwyczaj  już  w następnej miejscowości wymieniali na alkohol.

            Inni znowu żołnierze, pozbawieni jakiegokolwiek nadzoru ze strony ,, starszyny”, dawali upust swoim namiętnościom. To co oni wyczyniali z kobietami, wykraczało poza granice jakiejkolwiek przyzwoitości i odbiegało od wszelkich norm etycznych czy kulturalnych.

            Nie przepuszczono żadnej napotkanej dziewczynie. Nie  gardzono także bardziej wiekowo zaawansowanymi kobietami. Rozumie się, że grabież czy odosobnione przypadki gwałtu w czasie wojny się zdarzają, ale masowość tego zjawiska i wręcz zezwierzęcenie niektórych żołnierzy nie zasługują na żadne usprawiedliwienie. Przeciwnie. Budzą odrazę i obrzydzenie do tego rodzaju ludzi.

            Dzięki temu, że u nas  zostali zakwaterowani radzieccy oficerowie, nasza rodzina uniknęła tego rodzaju poniżających i  skandalicznych ekscesów,  na jakie pozwalała sobie część zdeprawowanego żołdactwa.

            Kiedy podzieliłem się swoimi spostrzeżeniami o niegodnym postępowaniu niektórych żołnierzy z naszym sąsiadem , to przyjął on takie zachowanie na wojnie za rzecz normalną. Bez żenady oświadczył, że on i  jego koledzy, żołnierze uczestniczący w pierwszej wojnie światowej na froncie wschodnim, zachowywali się podobnie. Może jestem pod tym względem nazbyt surowym.  Sam nie wiem, co o tym myśleć.

            Osąd pozostawiam czytelnikom.

▲   do góry

  

Znowu razem
 

            Do 1 lutego dywizje 33 i 39 armii oraz wspierające tę  operację korpusy dotarły do Odry   i na jej lewym  brzegu utworzyły  ważne dla dalszych działań bojowych przyczółki. Z tą chwilą wszystkie wojska odwodowe  i oddziały specjalne zostały podciągnięte w rejon tej rzeki. Opuścili nas również radzieccy oficerowie. Pusto i nudno  bez nich się zrobiło. Przy ich zaopatrzeniu i zapobiegliwości kucharza niczego nam nie brakowało. Teraz, kiedy wszelkie zapasy się wyczerpały ,nad naszą rodziną zawisło widmo głodu.

            Głównie odczuwaliśmy brak chleba. Kiedy  wieczorem rozmyślaliśmy, jak temu problemowi zaradzić, nagle Czesio, mój młodszy  brat, przypomniał sobie, że w ogrodzie za domem , pod grubą warstwą śniegu ukrył bochenki chleba, które zrzucano z palącego się auta. Bezzwłocznie udałem się z nim na wskazane miejsce i niebawem do domu przynieśliśmy kilka osmalonych przez ogień bochenków. Okazało się, że chleb nie był wcale tak bardzo spalony, jak nam się pierwotnie wydawało. Wystarczyło jedynie zeskrobać zwęgloną, zewnętrzną  warstwę, by odsłoniła się biel smacznego miąższu. Byliśmy więc pod tym względem uratowani, gdyż  ilość zgromadzonego pod śniegiem pieczywa okazała się znaczna.

            Początek lutego był na froncie odrzańskim bardzo niespokojny. Przez trzy dni  docierały do nas odgłosy walk, jakie toczyły przednie siły 33 armii o utrzymanie i rozszerzenie zdobytych przyczółków.

            Kiedy sytuacja na froncie nieco się ustabilizowała, mama zadecydowała, abym w najbliższych dniach udał się z wizytą do naszego wujostwa zamieszkałego w Siedlcu. Od nich miałem udać się do Wolsztyna ,aby  sprawdzić, co dzieje się w tym mieście i w jakim stanie jest nasz dom. Tak też uczyniłem. Nazajutrz, skoro tylko się rozwidniło, udałem się rowerem w podróż. U naszego wujostwa nie zabawiłem zbyt długo. Spieszno mi było do Wolsztyna, gdyż jeszcze tego  samego dnia chciałem powrócić do Mariankowa. Kiedy zamierzałem udać się w dalszą drogę, w drzwiach natknąłem się  na mojego tatę, który po pięciu latach rozłąki powracał z Niemiec do rodzinnego miasta. Ucieszyłem się z tego  niespodziewanego spotkania ogromnie, gdyż od dłuższego czasu nie mieliśmy od niego żadnych wiadomości.

            Dalej wszystko  odbywało się w telegraficznym skrócie. Tatę głównie interesowało to, czy u nas wszystko jest w porządku, czy mama i dzieci są zdrowe i jak sobie w tym trudnym okresie dajemy radę. Po czym zadecydował, że on uda się bezzwłocznie do Wolsztyna, ja zaś powrócę do Mariankowa. Tam przygotuję podwodę i jak najprędzej przywiozę mamę z dziećmi do Wolsztyna.

            Tak się stało. Po trzech latach wypędzenia, znaleźliśmy się na powrót, wprawdzie w zdewastowanym i wyszabrowanym, ale własnym domu.

▲   do góry

 

 

P O W R Ó T   D O   N O R M A L N O Ś C I



 

Pierwsze dni w wolnym Wolsztynie
 

            Na mocy rozkazu wydanego przez Radę Wojenną 1 Frontu Białoruskiego cała władza na terytoriach zajętych przez  siły radzieckie, do chwili powołania tymczasowych organów władzy cywilnej, była sprawowana przez  Wojskowych Komendantów. Na tej podstawie, już w pierwszych dniach  po wkroczeniu regularnych wojsk armii radzieckiej do Wolsztyna, został mianowany Wojskowy Komendant Miasta. Ten ,natychmiast  po objęciu wyznaczonej funkcji, polecił powołać  w mieście i terenie, spośród cywilnej ludności, tymczasowe organa  władzy wykonawczej. Stworzyło to podstawy do powstania nowych instytucji o charakterze ludowo- demokratycznym.

            Przy czynnym zaangażowaniu powstałej jeszcze w czasach hitlerowskiej okupacji Polskiej Partii Robotniczej ( PPR ) utworzono w Wolsztynie  następujące tymczasowe  instytucje administracyjne: Powiatową i Miejską Radę Narodową, Gminne Rady Narodowe, Zarząd Miejski i Zarządy Gminne. Dokonano wyboru burmistrza miasta, a w terenie wójtów i sołtysów. Powołano Związek Samopomocy Chłopskiej, Związki Zawodowe i organizację młodzieżową pod nazwą: Związek Walki Młodych (ZWM).

            Na mocy oddzielnego rozporządzenia  w mieście zaczęły także funkcjonować  ludowe służby porządkowe jak: Milicja Obywatelska (MO) i Państwowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP).

            Powołani przedstawiciele cywilnej władzy wykonawczej i służby im podległe, w zakresie wykonywanych obowiązków administracyjnych, były bezpośrednio odpowiedzialne przed Wojskowym Komendantem Miasta. Dzięki wzajemnej współpracy tymczasowej władzy cywilnej z Komendanturą miasta udało się okiełznać niesfornych żołnierzy, zapobiec grabieży poniemieckiego mienia, utrzymać ład i porządek w mieście.

            Było to niezbędne, gdyż pierwsze tygodnie życia w wyzwolonym Wolsztynie nie były łatwe. Odczuwało się brak wszystkiego, a szczególnie żywności. Dzięki zapobiegliwości  burmistrza i Wojskowego Komendanta Miasta dostarczono mąkę, cukier i sól oraz jeszcze parę innych niezbędnych produktów. Dzięki temu  na sklepowych półkach pojawił się chleb.  Ilość pieczywa była ograniczona i bardzo prędko się wyczerpała. Nieraz bardzo długo trzeba było wyczekiwać w kolejce, aby zdobyć bochenek chleba. Mimo tych  trudności aprowizacyjnych odczuwało się jakieś zadowolenie i ulgę , że już mamy za sobą  koszmarne, okupacyjne czasy.

            Do przyjemności należało pójście wieczorem na spacer, gdzie na ulicach miasta, pod głośnikami gromadziły się grupki młodzieży, która z rozkoszą wsłuchiwała się w odtwarzane przez miejscowy radiowęzeł przedwojenne melodie taneczne. Jakoś radośniej wtedy śpiewały  ptaki i  przyjemniej pachniały kwiaty, a ludzie byli sobie bardziej życzliwi. Miasto powracało do życia.

            Kolejno uruchamiano pozostałe instytucje  jak pocztę, bank, PCK oraz Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR). Za sklepikarzami podwoje swoich warsztatów otwierali wolsztyńscy  rzemieślnicy i właściciele zakładów remontowo- budowlanych.

            Najpóźniej działalność, w zakresie obsługi pociągów pasażerskich, wznowił wolsztyński węzeł kolejowy. Miasto nie posiadało dworca, gdyż ten został w pierwszym dniu wojny 1939 roku spalony. Na jego miejscu władze niemieckie postawiły drewniany barak, który funkcję dworca kolejowego spełniał podczas hitlerowskiej okupacji i zachował ją przez parę lat  po wojnie.

            Brak komunikacji pasażerskiej nie znaczy , że przez wolsztyński węzeł kolejowy nie przeprawiano pociągów. Już od pierwszych chwil po wyzwoleniu  węzeł ten spełniał rolę  stacji tranzytowej przez którą przechodziły transporty wojskowe z żołnierzami, uzbrojeniem i sprzętem  frontowego zaopatrzenia. Częstotliwość transportów  nasiliła się w  marcu i kwietniu, od kiedy  dowództwo radzieckie rozpoczęło intensywne przygotowania do trzeciej fazy operacji zaczepnej na froncie berlińskim. Wtedy to przez Wolsztyn przebiegała linia frontowego zaopatrzenia  łącząca dalekie zaplecze przez: Ostrów Wlkp, Leszno, Czerwieńsk, Krosno O. z Gubinem. Na stacji Wolsztyn wagony przechodziły rutynowy przegląd techniczny, a obsługujące je parowozy były szlakowane ,wyposażane w węgiel oraz wodę i odprawiane w dalszą drogę

            W węźle wolsztyńskim komunikację pasażerską wprowadzono dopiero w maju, po zakończeniu działań  wojennych i podpisaniu, przez przedstawicieli hitlerowskich Niemiec, bezwarunkowej kapitulacji

            Najpierw przywrócono połączenia kolejowe i wprowadzano planowe kursowanie pociągów pasażerskich na liniach: Leszno- Zbąszynek i Wolsztyn- Konotop, a na końcu na linii : Poznań- Zielona Góra. Chociaż na tej linii kolejowej ruch pociągów pasażerskich został wprowadzony najpóźniej, to trasa ta  była przez dłuższy czas najbardziej obciążona , zarówno pod względem przewozu ilości  pasażerów  jak i wielkości przewożonego bagażu. A dlaczego? O tym będzie mowa w jednym z kolejnych rozdziałów.

▲   do góry

 

Nadrabianie edukacyjnych zaległości

 

W miesiącu marcu reaktywowano również wolsztyńskie szkoły i rozpoczęto normalne nauczanie.  Pamiętano  także   o  kształceniu  tej  grupy  młodzieży,  która na  skutek  wojny i okupacji została pozbawiona nauki szkolnej w języku ojczystym. Z myślą o niej zorganizowano naukę w systemie semestralnym, obejmując nią tylko przedmioty podstawowe, kładąc główny nacisk na język polski, matematykę geografię, historię i przyrodę. Zgłosiłem się do tego typu szkoły. Nauka odbywała się w godzinach popołudniowych w Szkole Powszechnej nr 1.

            Spośród nauczycieli, którzy mimo ograniczonego czasu i skróconego materiału programowego nie szczędzili  wysiłku, aby nam przekazać jak najszerszy zasób wiedzy, należy wspomnieć panie: H. Janiszewską i M. Muńkównę, a z panów: Z. Kutznera  i S. Skowrońskiego.

            Również Dyrekcja Państwowego Liceum i Gimnazjum postanowiła  przyjść z pomocą  młodzieży wiekowo przerośniętej, organizując dla niej naukę w trybie skróconym - semestralnym, na poziomie gimnazjalnym.  Ponieważ pełnego naboru nie było,  kierownictwo gimnazjum zwróciło się do nas,  uzupełniających swoje wykształcenie w zakresie programu klasy szóstej, o podjęcie  nauki na szczeblu gimnazjalnym.

            W grupie osób zdecydowanych przenieść się do tego typu szkoły  znalazłem się również i  ja. Było to dla mnie nie lada wyzwanie, zatem podjęcie ostatecznej decyzji nie przyszło mi łatwo. Zdawałem sobie sprawę z  braków,  jakie  posiadałem i trudności,  jakie  mnie  czekają. Poza tym zależało mi na tym,  aby nie przerywać nauki na  szczeblu podstawowym i  ukończyć szkołę powszechną, skoro ją już zacząłem. Postanowiłem spróbować. Z tej racji w godzinach przedpołudniowych kontynuowałem naukę w gimnazjum, a po południu w zakresie szkoły powszechnej. Nie było łatwo, ale wytrwałem  i dopiąłem swego. Dzięki temu  mogę wykazać się także świadectwem  ukończenia  Siedmioklasowej  Szkoły Powszechnej   w Wolsztynie.

         Wymieniam to szczególnie po to, aby podkreślić, jaką   ogromną rolę  w kształtowaniu mojej osobowości odegrała ta szkoła. Reszty dopełniła nauka w gimnazjum. Szkoły te rozbudziły we mnie nie tylko głód wiedzy, ale wpoiły właściwy system zasad moralnych, którym jestem do dzisiaj wierny. Jedna z owych zasad   mówiła, że życie jest wtedy udane, jeżeli jest twórcze. Skrywał się za tym obowiązek  aktywności społecznej, wrażliwość na potrzeby innych, dyscyplina i wewnętrzny rygor. Przede wszystkim zaś ustawiczne doskonalenie  się intelektualne i duchowe.

          Od najmłodszych lat  fascynowała mnie praca nauczycielska. Również  skrytym marzeniem  moich rodziców było, abym został nauczycielem. Marzenie to stało się realne, od kiedy  w Sulechowie uruchomione zostało liceum pedagogiczne. Zatem po ukończeniu trzeciego semestru przeniosłem się do Sulechowa, gdzie zostałem przyjęty do trzeciej klasy licealnej. Ze wszystkich przedmiotów zawodowych i ogólnokształcących najbardziej mnie fascynowała historia. Było to w dużej mierze zasługą  nauczyciela tego przedmiotu p. Zemana, który nie ograniczał się jedynie do pracy w szkole, ale  swoją  wiedzę przekazywał również, prowadząc   wykłady na kursach dokształcających w ramach TWP i w kołach zainteresowań.  Dzięki mistrzowskiemu podejściu  i zacięciu pedagogicznemu potrafił  w barwny sposób przekazać słuchaczom swoją wiedzę  i  rozbudzić w nich trwałe zainteresowanie dziejami ojczystymi. Taka przykładna postawa nauczyciela – wychowawcy stała się dla mnie wzorem i sprawiła, że związałem się ze szkolnictwem   i pozostałem mu wiernym do końca.

▲   do góry

 

Organizacja życia społeczno kulturalnego
 

            W tym czasie kiedy na Pomorzu prowadzono zacięte boje o dostęp Polski do Bałtyku, w Wolsztynie reaktywowano życie społeczno – kulturalnego i organizacyjne.

            Po pięciu latach okupacyjnego terroru i organizacyjno - kulturalnej pustki odczuwało się zapotrzebowanie społeczne na imprezy patriotyczne. Powołane w marcu do życia nowe organizacje młodzieżowe jak: Związek Walki Młodych (ZWM) i Organizacja Młodzieżowa Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (OMTUR) czy reaktywowane z czasów przedwojennych Związek Harcerstwa Polskiego (ZHP) i organizacje religijno - wychowawcze urządzały imprezy, których. celem  było pokazanie osiągnięć, zyskanie społecznego poparcia i uznania oraz zwerbowanie  nowych członków.

            Bardzo liczną w tamtym czasie była organizacja ZWM, gdyż przejawiała największą aktywność. Z jej inicjatywy zorganizowano pierwszą  kulturalno -  patriotyczną imprezę w mieście i reaktywowano drużynę piłki nożnej ,,Grom”.

            Impreza odbyła się  w przepełnionej po brzegi, jedynej czynnej w mieście sali kina. Przedstawiony  repertuar był różny. Przeważały skecze i tańce przeplatane wstawkami wokalno - muzycznymi. W bardzo wzniosłym np. nastroju wykonano wiązankę pieśni patriotyczno-żołnierskich i odegrano na fortepianie szereg  utworów  Chopina. I to wszystko co można  pozytywnego o tej imprezie powiedzieć. Pozostały repertuar był beznadziejny, prymitywny i wykonany w sposób żenujący. Oglądając coś takiego należało się tylko rumienić za organizatorów  imprezy. Jak na scenie zaczęto demonstrować taniec ,,wściekłej Klary”, nasz wolsztyński burmistrz p. Chojnacki nie wytrzymał , poderwał się z miejsca i manifestacyjnie opuścił salę. Za nim to samo uczyniło wielu uczestniczących w tej imprezie wolsztynian.

            To przypuszczalnie zaważyło na dalszych  losach  organizacji ZWM i na jej rozwoju. Liczący prawie 400 członków  związek  w krótkim czasie zmalał do takiego stanu, że podczas obchodu pierwszomajowego święta w pochodzie uczestniczył tylko poczet sztandarowy.

            Nie lepiej popisała się nasza reprezentacja piłki nożnej. Pierwszy mecz, jaki po pięciu latach hitlerowskiej okupacji odbył się na miejskim stadionie rozegrano z drużyną ,,Kolejarz” Leszno. Nasza drużyna ,,Grom”, w której sukces tak bezgranicznie wierzyliśmy, doznała takiej sromotnej porażki, że jeszcze teraz na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Wynik meczu 10 do 0  to nie była porażka, lecz totalny pogrom. Ale niebawem nasza drużyna powetowała gorycz tej klęski, rozgrywając w jedną  z najbliższych niedziel mecz piłki nożnej,  z dopiero co zorganizowaną drużyną  ,Rakoniewice”. Tym razem ,,Grom”  stanął na wysokości zadania i rozgromił przeciwnika, wbijając drużynie gospodarzy aż 12 goli . Co to była za satysfakcja.

            Tak drużyna ,, Gromu” zrehabilitowała się i odzyskała nadwerężoną reputację. Jeśli mnie pamięć nie  zawodzi, to bramkarzem  ,,Gromu” był  Edek Przymuszała.

▲   do góry

 

Przemarsz 2 Armii Wojska Polskiego przez Wolsztyn
 

            Po zakończeniu działań bojowych na Pomorzu, dywizje 1 Armii Wojska Polskiego, które brały udział w operacji Kołobrzeskiej i w obrębie Zatoki Puckiej, zostały przegrupowane w rejon Cedyni, gdzie gromadzono siły do ataku na Berlin. Zaś 2 Armia Wojska Polskiego po zakończeniu działań bojowych na ,,Wale Pomorskim” otrzymała rozkaz przegrupowania się nad Nysę Łużycką ,w rejon Zgorzelca.

            Rozpoczął się przemarsz wojska przez Międzychód, Zbąszyń i Głogów. Przez Wolsztyn wojska te przemieszczały się nocą. Bardzo wielu wolsztynian, a wśród nich i ja przyglądało się temu przemarszowi.

            Były to głównie oddziały piesze, za którymi podążały tabory z zaopatrzeniem wojskowym i baterie dział ciągnione przez zaprzęgi konne. Przemarsz wojska trwał nieprzerwanie przez cała noc.

            Już świtało kiedy z ulicy Poniatowskiego nadjechało odkryte wojskowe auto ,tak zwany ,,gazik”. Zatrzymało się przy skwerze obok ramp kolejowych. Z auta wysiadł  starszy rangą oficer w prostym, żołnierskim mundurze. Dystynkcji nie zauważyłem, gdyż  otaczał go tłum wolsztynian, na czele z ówczesnymi władzami miasta. To uniemożliwiało mi także bliższe dotarcie do  tego oficera .  Znalazłem na to wyjście. Wspiąłem się na przejście dla pieszych nad torami kolejowymi Stąd miałem doskonały widok, ale za to nic nie słyszałem. Odległość i turkot przemieszczających się taborów oraz stukot podkutych żołnierskich butów uniemożliwiały jakikolwiek kontakt słuchowy. Z ruchów i zachowań przedstawicieli władz miejskich można było wnioskować, że były przemówienia, kwiaty i uściski dłoni..  Zresztą to spotkanie nie trwało zbyt długo. Oficer ten ,pożegnawszy się z miejscowymi dostojnikami, wsiadł do auta i odjechał  w kierunku Wschowy..

            Dopiero nazajutrz dowiedziałem się, że tym oficerem,  tak uroczyście witanym o brzasku dnia przez władzę i społeczeństwo, był  organizator i dowódca 2 Armii Wojska Polskiego, Generał Karol Świerczewski, legendarny ,,Walter”. Owczesne władze Wolsztyna uwieczniły ten fakt nadając jednej z ulic miasta nazwę Karola Świerczewskiego i umieszczając przy niej jego popiersie.

            2 armia Wojska Polskiego, po osiągnięciu wyznaczonego rejonu, wsparta 1 korpusem pancernym 1 Frontu Ukraińskiego, w dniu 16 kwietnia,  sforsowała Nysę Łużycką i nacierając na Drezno stoczyła ciężkie boje pod Budziszynem  Po rozgromieniu i zlikwidowaniu wroga  w tamtym rejonie  już bez przeszkód dotarła do Łaby. W dniu  6 maja  wojska  polskie zostały włączone do walk o wyzwolenie Czechosłowacji. Nacierając w kierunku Pragi, doszły do jej przedmieść, gdzie dobiegła ich wiadomość o zakończeniu wojny.

            Po zakończeniu operacji praskiej i zaprzestaniu działań wojennych, obsadziły Kotlinę Kłodzką i pilnowały, by tereny te przypadły  Polsce.

▲   do góry
 

Hasłomania
 

            Zmorą tamtych powojennych lat była ,,hasłomania”. Przy byle nadarzającej się okazji, podczas różnych okolicznościowych imprez i obchodów przekrzykiwano się nawzajem, skandując rozmaite banalne hasła i slogany. Jeżeli tego rodzaju hasła skandowano na zakończenie  przemówienia, względnie podczas pochodu lub manifestacji, to można było się jeszcze z tym pogodzić. Natomiast niewybaczalnym było i irytowało, gdy w czasie wygłaszania referatu, z głębi sali, w najmniej odpowiednim miejscu i stosownej ku temu chwili, któryś z wyznaczonych uczestników, nagle zaczął wykrzykiwać spisane na kartce hasła.

            Skandowane przy każdej nadarzającej się okazji hasła stawały się z czasem uciążliwe. Nic dziwnego , że przy stale powtarzanym ,,niech żyje”, dochodziło czasem do zabawnych sytuacji. Tak było podczas urządzanej przez organizację młodzieżową ZWM uroczystości związanej z przemianowaniem ulicy Biała Góra na ulicę Walki Młodych. W tej imprezie brała udział młodzież ze wszystkich  wolsztyńskich szkół. Nie zabrakło również przedstawicieli władz miasta i organizacji polityczno – społecznych.

            Podczas odsłaniania tabliczki z nową nazwą ulicy przewodniczącemu imprezy doręczono karteczkę  z wiadomością o śmierci prezydenta Stanów Zjednoczonych. Nie omieszkał on bezzwłocznie przekazać  tę smutną wiadomość tak licznie zebranym uczestnikom   zgromadzenia.. Kiedy wzruszonym głosem oznajmiał ,że Franklin Delano Roosevelt nie żyje, młodzież  jednej z wolsztyńskich szkół, która widoczniej nie do końca wysłuchała o co chodzi, zaczęła gromko skandować ,,niech żyje”.

            Jak to w takich sytuacjach bywa, nie udało się już wśród  uczestników  imprezy zachować należytej powagi , bo większość zebranych wybuchła głośnym śmiechem .

            Takim niemiłym akcentem zakończyła się  uroczystość, jaka miała miejsce 12 kwietnia 1945 roku na placyku u zbiegu ulic Kościelnej z Białą Górą .

▲   do góry
 

Koniec wojny
 

            Zakończenie wojny w Wolsztynie miało niezmiernie skromny przebieg. W dniu 8 maja około godziny 19 - tej, będąc przypadkiem na ulicy 5 stycznia, zauważyłem, jak z bramy ,,Grand Hotelu” wychodzi oddział milicji. Ponieważ oddział ten skierował się w ulicę Kościelną i zmierzał w kierunku Rynku. Podążyłem za nim.  Oddział podprowadzono na środek placu, naprzeciwko Magistratu, gdzie uformowany został dwuszereg. Padła komenda: ładuj broń, salwą pal. I tak 21 razy.

            Jeszcze wtedy nie dotarło do mej świadomości, że to może oznaczać koniec wojny. Dopiero nazajutrz usłyszałem z umieszczonego na ulicznym słupie głośnika  komunikat, że w dniu  dzisiejszym, we wschodniej części Berlina, w Karlshorst, w sali budynku kasyna oficerskiej szkoły  inżynieryjnej, zebrali się przedstawiciele koalicji antyhitlerowskiej, by przyjąć z rąk niemieckich generałów akt bezwarunkowej kapitulacji . Procedurę związaną z podpisaniem niniejszego aktu zakończono o godzinie 0,43 w dniu 9 maja.

            Tak zakończona została w Europie druga wojna światowa.

▲   do góry

 

Ku przestrodze potomnym
 

            Z upływem lat coraz częściej  wspomnieniami powracam do czasów swego dzieciństwa,  do okresu bardzo smutnego i tragicznego w dziejach naszej ojczyzny. To okres wojny 1939-1945. Nic dziwnego, że lata te tak silnie i trwale zachowały się w mojej pamięci. Przecież skutki tego okresu ja i współczesne mi pokolenie odczuliśmy bezpośrednio na sobie.

            Rozpoczęta przez hitlerowskie Niemcy  wojna była szczególnie okrutna i  bezwzględna. Była to wojna totalna, dlatego nie oszczędzała nikogo i niczego. Trwała sześć lat i w czasie jej toku zginęło około 32 miliony ludności. W liczbie tej 6028 tysięcy to obywatele Polski. Straty zaś materialne były czterokrotnie wyższe niż w I wojnie światowej.

            Hitlerowskie Niemcy, przygotowując się do wojennych podbojów Europy, wystąpiły z Ligi Narodów, aby bez przeszkód realizować agresywną politykę. Nie ratyfikowały również postanowień Konwencji Haskiej, gdyż nakładała na państwa prowadzące wojny obowiązek oszczędzania ludności cywilnej i humanitarnego traktowania jeńców wojennych. Nie przyjmując tych postanowień, Niemcy  z góry zakładały, że nie będą przestrzegać żadnych układów i norm międzynarodowych, których celem było niedopuszczenie do realizacji w sposób zorganizowany i konsekwentny systemu zbrodni.

            Postanowień Konwencji Haskiej nie podpisał również  rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich,  gdyż został w tym układzie celowo pominięty. Związek Radziecki jako państwo komunistyczne, na równi z hitlerowskimi Niemcami, został uznany  przez  wolne i demokratyczne kraje świata  za państwo totalitarne zagrażające ich egzystencji.

            W  tym przypadku popełniono  zasadniczy błąd . Państwa pominięte w powyższym traktacie nie były zobowiązane do przestrzegania jego postanowień. Nieskrępowane żadnymi układami międzynarodowymi mogły bez obaw,  realizować  swoje agresywne zakusy.

            Rząd niemiecki, planując napaść na określone państwo, kształtował w taki sposób  swoją  politykę międzynarodową, aby w chwili najazdu jego  ofiara  była  osamotniona. Dążył również do tego, aby podczas podboju posiadał współuczestnika agresji. Tak było na przykład, gdy hitlerowskie Niemcy zajmowały Ziemię Sudecką a następnie  Czechy i Morawy. Wówczas  w najeździe na to państwo  uczestniczyły dywizje garnizonu śląskiego, zajmując i wcielając do Polski  Zaolzie.  Towarzysza agresji   Hitler również znalazł w Związku Radzieckim, gdy w niecały rok później zdradziecko napadł na Polskę.

            Każda wojna bywa okrutna. gdyż niesie śmierć, spustoszenie, głód i poniewierkę. Jednak ta w 1939 roku była szczególnie brutalna , bezwzględna i niehumanitarna. Agresor rozpoczął wojnę  bez wypowiedzenia, z pogwałceniem  prawa międzynarodowego, a nie obawiając się odpowiednich sankcji, prowadził ją z pominięciem wszelkich zasad, zwyczajów i norm etycznych.

            Wojna hitlerowskich Niemiec z Polską, była prowadzona    w sposób niekonwencjonalny. Miała zatem znamiona pospolitej zbrodni. Na skutek nalotów bombowych na otwarte miasta, wsie i zatłoczone uciekającą ludnością drogi śmierć poniosło kilkadziesiąt tysięcy bezbronnych cywilów, głównie kobiet i dzieci.

            Nagminne były przypadki masowego rozstrzeliwania jeńców wojennych i dobijania rannych. Nieludzko obchodzono się z jeńcami zabranymi do niewoli. Przetrzymywano ich po kilka dni na odkrytych przestrzeniach, bez dachu nad głową, o głodzie i bez dostępu do wody. Rezultatem takiego celowego postępowania były szerzące się epidemie, masowa śmiertelność, a nawet kanibalizm.

            Podbitą Polskę podzielono na trzy części. Część zachodnią obejmującą Pomorze, Śląsk i Wielkopolskę wcielono do III Rzeszy. Ziemie na wschód od Bugu zajął Związek Radziecki. Na ziemiach zaś Polski centralnej z Warszawą, Lublinem i Krakowem utworzono Generalną Gubernię – zaplecze gospodarcze Niemiec. Współcześni politycy ten akt podziału, przez hitlerowskie Niemcy i Związek Radziecki, zagrabionych ziem  polskich nazywają czwartym rozbiorem Polski.

            Polska przestała istnieć jako wolne, suwerenne państwo, jednak nie skapitulowała. Pozostał naród polski , który nie zrezygnował  z dalszej walki. Od pierwszych dni okupacji rozwijał się ruch oporu, który z upływem czasu przerodził się w armię podziemną walczącej Polski.  Na Zachodzie zaś powstał rząd emigracyjny i polskie siły zbrojne, które prowadziły otwartą walkę z wrogiem w ramach koalicji antyhitlerowskiej. W kraju natomiast pozostający w niewoli naród polski został poddany  najcięższej próbie przetrwania.

            Po zajęciu  naszego kraju przez hitlerowców zastosowano wobec ludności polskiej politykę eksterminacyjną. Była ona głównie wymierzona  przeciw inteligencji oraz działaczom społecznym  i politycznym. Później tę politykę rozciągnięto na całe polskie społeczeństwo. Z tego wynika , że głównym zadaniem okupanta były nie cele  strategiczne, ale hitlerowska koncepcja polityczna zmierzająca  do trwałego przejęcia  zajętych terenów i eksterminacja społeczeństwa polskiego.

            Celom biologicznej zagłady narodu polskiego służyły obozy koncentracyjne, racjonowanie żywności, przymus pracy, zatrudnianie nieletnich i rozdzielanie małżeństw.

            Niewyobrażalną gehennę przeszła ludność pochodzenia żydowskiego i romskiego, którą  z góry skazano na zagładę. Zamkniętą  w gettach, zamorzoną głodem, zmaltretowaną i upokorzoną wywożono do obozów, uśmiercano w komorach gazowych i palono w piecach krematoryjnych.

            Hitlerowcy w dążeniu do zniemczenia ziem wcielonych do Rzeszy, w październiku 1939 roku, powołali specjalny ,,Urząd dla Umocnienia Niemczyzny”. Zadaniem tego urzędu było stworzenie nowych obszarów kolonizacyjnych dla Niemców przez  wysiedlenie ludności polskiej. Na jej miejsce  sprowadzono z Niemiec i spoza Rzeszy ponad milion Niemców.

            Identyczną politykę jak hitlerowcy stosowała władza radziecka wobec  ludności polskiej na tak zwanych  ,,Kresach Wschodnich”. Ludność polską z terenów zajętych przez Armię Czerwoną  deportowano w  głąb Rosji, na daleką Syberię lub do republik zakaukaskich.

            Wobec wielu obywateli polskich, głównie inteligencji i posiadaczy dóbr ziemskich, stosowano represje i prześladowania, osadzając ich w ,,łagrach” lub zsyłając do wyniszczającej  pracy w tajdze i kopalniach. Wziętych natomiast do niewoli oficerów, policjantów  i wyższych urzędników państwowych w bezwzględny sposób zamordowano.

            Sytuacja polityczna uległa diametralnej zmianie, od kiedy zerwany został agresywny układ  ,,Ribbentrop – Mołotow”, a dotychczasowy sojusznik Hitlera został zdradziecko zaatakowany przez Wehrmacht. Wobec totalnego zagrożenia świata przez hitleryzm i jego sojuszników  wypadnięcie Związku Radzieckiego z tego haniebnego układu było dla Wielkiej Brytanii  i Stanów Zjednoczonych wielce korzystne. Należało zatem wykorzystać ten fakt i przyłączyć to państwo do koalicji antyhitlerowskiej. Tak Związek Radziecki  został  aliantem, który przy wydatnym wsparciu  Stanów Zjednoczonych w nowoczesny sprzęt wojskowy  stał  się głównym współuczestnikiem  rozgromienia faszystowskich Niemiec.

            Hitlerowcy, dokonując agresji na Związek Radziecki, ze szczególną brutalnością i okrucieństwem odnosili się do ludności białoruskiej, ukraińskiej i rosyjskiej . W podobny sposób traktowano radzieckich jeńców wojennych przetrzymywanych w jenieckich obozach. Pozbawieni podstawowych norm żywieniowych i elementarnych zasad higieny większość z nich zmarła z powodu wycieńczenia  i chorób.

            Niech zatem nas nie dziwi, że kiedy sytuacja się odwróciła, niektórzy oficerowie i szeregowi żołnierze radzieccy również wrogo i niehumanitarnie traktowali niemieckich jeńców wojennych i ludność cywilną. Stosowali oni jedynie zasadę odwetu za pomordowanych członków swoich rodzin, za spalone wsie i zburzone miasta, za łzy, ból  oraz  rozpacz setek tysięcy rosyjskich matek i sierot.

            Latem 1944 roku  radzieckie działania ofensywne objęły ziemie polskie. Żołnierze radzieccy  znaleźli się nad  Wisłą. A tu  tragedia narodowa. W Warszawie wybucha powstanie. Przy ogromnej koncentracji wyborowych sił wroga przygotowujących się do zatrzymania  radzieckiego natarcia  oraz z braku próby nawiązania jakiegokolwiek kontaktu pomiędzy kierownictwem powstania   a dowództwem 1 Frontu Białoruskiego celem ustalenia form współdziałania,  tego rodzaju zryw patriotyczny  został z góry skazany na niepowodzenie. Ten tragiczny epizod, jaki rozegrał się na oczach całego świata, wymaga skrupulatnych badań historycznych pozbawionych wszelkich emocji, zadawnionych urazów historycznych czy uprzedzeń narodowościowych. Jest to konieczne dla kształtowania poprawnych stosunków dobrosąsiedzkich.

            Mieszkańcy  miast i wsi polskich szczególnie dotkliwie odczuli okropności i skutki wojny. Przez  nasz  kraj dwukrotnie przemieszczały się zmagające ze sobą siły. Pierwszy raz we wrześniu 1939 roku, a po raz drugi w styczniu 1945 roku. Przechodząc przez naszą ziemię, pozostawiały za sobą spustoszenie i zgliszcza, przerażenie i głód, śmierć i rozpacz.

            Wreszcie przyszła upragniona wolność. Przynieśli ją radzieccy żołnierze, walcząc w ramach  koalicji antyhitlerowskiej z niemieckim faszyzmem. Nie znaleźli się oni u nas dobrowolnie. Zmusiła ich do tego wojna i walka ze wspólnym wrogiem.  Innej drogi nie mieli i innej możliwości nie było. Idąc z dalekiej ziemi rosyjskiej, znaczyli swój szlak bojowy tysiącami mogił. Dowodzą tego gęsto rozsiane na  polskiej ziemi żołnierskie cmentarze.

            Szli przez ziemie Polski na zachód,  aby rozgromić faszystowskie Niemcy. Na swej drodze, obok wyzwolonych miast i wsi, pozostawiali  również zgliszcza. W pościgu za wrogiem grabili mienie, gwałcili kobiety, niszczyli zabytki i dzieła sztuki. Taka jest cena wojny.

            Niech te końcowe przemyślenia staną się przesłaniem, które skłonią czytelników do refleksji i zadumy nad losem ludzkości nękanej okropnościami wojny.

            Oby przyszłe pokolenia tego nieszczęścia nigdy nie zaznały.

▲   do góry