Herb miasta Wolsztyn


 

.


Strona główna

Najdawniejsze dzieje

Na ziemi Obrów

Miasto mojej młodości
Czasy przedwojenne
(1929 – 1938)

Przed burzą
(1938 –1939)

Wróg u bram

Niemiecki porządek
(1939-1945)

Obrazki z życia w okupowanym mieście

Okres powojenny
Wyzwolenie Wolsztyna
(26.I 1945)

Powrót do normalności
(1945-1949)

Potomnym ku przestrodze


Artykuły

Legendy i baśnie

Informacje o autorze


 


 


.



W o l s z t y n  -  m i a s t o   m o j e j   m ł o d o ś c i

 

                1. Wstęp   
  
             2. U źródeł naszych dziejów
   
            3. Kiedy Lech przyszedł w te kraje
   
            4. Jak rodziła się nasza ojczyzna
   
           5. Powstanie plemiennego państwa w Nadobrzańskiej Krainie
             
  6. Przyłączenie Nadobrzańskiej Ziemi do państwa Polan

               7. Wspólnie przez życie - na dobre i na złe


 

1. Wstęp

                                                                

            Ilekroć odwiedzam rodzinne miasto Wolsztyn, ożywają we mnie wspomnienia. Spacerując znanymi ulicami, podziwiam obrazy bliskich mi miejsc, ale jakże inne, odmienne    od tych, jakie zachowały się w mojej pamięci. Czas zrobił swoje. Miasto rozwinęło się na niespotykaną skalę. Tam, gdzie dawniej były ogrody i rozciągały się  folwarczne pola, wznoszą się nowe osiedla , żyją inni ludzie, tętni nowe życie.

            A jeszcze nie tak dawno, zaledwie pół wieku temu, było tutaj tak inaczej. A co znajdowało się na tych terenach pięćset, tysiąc i więcej lat temu? Nieraz zadaję sobie to problematyczne pytanie.
            Przeszłość miasta i Ziemi Wolsztyńskiej stała mi się bliższa, odkąd jako młody nauczyciel rozpocząłem pracę w tym regionie, a historia stała się moim hobby. Odtąd często nawiązywałem do naszej przeszłości,  a coraz trudniejsze, wymagających profesjonalnych przemyśleń zagadnienia, towarzyszyły mi na co dzień.

            A było nad czym rozmyślać. Wystarczyło udać się niedaleko,  tuż za rogatki miasta, do najbliższych miejscowości jak Wroniawy, Dąbrowa, Gościeszyn czy Łąkie, za którymi rozciągają się rozległe bagienne tereny zwane Niziną Nadobrzańską. Tereny te były mi od dziecka znane, bo tato często zabierał mnie z sobą na ryby, gdy udawał się nad pobliski kanał  lub do miejsca, gdzie z Jeziora Berzyńskiego wypływa rzeka Dojca. Znajdowała się tam niewielka kaskada, która regulowała poziom wody w  jeziorze. Spadająca z hukiem woda i tworząca się na jej powierzchni obfita piana pozostawiły w mojej pamięci  niezatarte wrażenie.

            Tato, po przybyciu na miejsce połowu,  w pobliskich zaroślach wycinał odpowiedniej długości patyki, przywiązywał do nich żyłkę, na haczyk zakładał przynętę i rozpoczynało się żmudne wyczekiwanie. Tacie często zdarzało się złowić okazałego szczupaka. Mnie to się nie udawało. Najwyżej  zaczepił się przypadkowo nieduży okoń.

            Długie  wyczekiwanie w nadziei, że się coś złowi, nudziło mnie ogromnie. Do tego jednostajnie płynąca  w rzece woda i lekki poszum nadbrzeżnych szuwarów,  oddziaływały    na mnie nużąco. Odkładałem wówczas wędkę i oddalałem się, biegając po grząskiej murawie za  krzykliwymi czajkami lub na pobliskich mokradłach zrywałem pałki wodne. Otaczający mnie krajobraz wydawał się mało atrakcyjny i  monotonny. Zaś ta bezkresna, zasnuta wiecznie błękitną mgiełką i ciągnąca się w nieskończoność  dal -  przygnębiająca.

            Te mało atrakcyjne tereny posiadają  jednak bogatą przeszłość. Są one wytworem najmłodszego zlodowacenia, które zakończyło się około  15 tysięcy lat temu. Zatem kilka tysięcy lat wcześniej przeszedł tędy lodowiec, który swoim czołem,  niczym potężny spychacz, przemieścił stąd  te ogromne zwały piasku i żwiru na południe i osadził  na przestrzeni: Przemęt – Mochy - Kaszczor. Po przejściu lodowca  powstała w tym miejscu ogromna niecka, którą następnie wypełniła woda. Utworzył się rozległy akwen, który pod względem  rozmiarów możemy jedynie przyrównać do zachowanych w tym regionie kompleksów wodnych . Obecnie to miejsce porasta bujna roślinność i zajmują rozległe łąki, pod którymi zalegają  pokłady żyznego torfu.

            Ileż to wieków potrzebowała przyroda, aby tak potężne zagłębienie wypełniło się osadami i mułem rzecznym, aby pokryło się bagienną roślinnością, która z czasem wytworzyła tak zasobne torfowiska?
           
            W sąsiedztwie tych terenów powstał unikalny krajobraz polodowcowy. Charakteryzuje się on ciekawymi formami geomorfologicznymi w postaci bagiennych niecek, rynien, jezior  i oczek wodnych oraz niezliczoną ilością rzek, rzeczek i cieków. Większą część krajobrazu urozmaicają,  porośnięte  sosnowymi lasami, liczne usypiska morenowe. Wśród tych usypisk najobszerniejsze tworzy wał moreny czołowej  przebiegający na osi:  Przemęt – Mochy, a  na przestrzeni: Radomierz – Kaszczor zamknięty łańcuchem  polodowcowych jezior.
 

 
*  *  *

 

            Z tym terenem miałem okazję zapoznać się bliżej, odkąd zostałem nauczycielem Szkoły Powszechnej w Mochach. Kilka dni przed rozpoczęciem pracy zgłosiłem się u kierownika tej placówki. Ówczesny jej szef, Florian Weiss, przywitał mnie bardzo życzliwie. Jego zaś miła żona  zaoferowała mi herbatę i ciasteczka własnego wypieku.

            Podczas wstępnej rozmowy kierownik oznajmił mi, że będę uczył historii, geografii i przyrody, a w klasach: II – III także śpiewu. Mieszkać  będę w budynku położonym na wzgórzu za wsią. W drodze do tego obiektu starał się mi przybliżyć aktualne warunki pracy w tej  szkole. Jak wynikało z jego relacji, nie były one zachęcające. Młodzież  uczyła się w pięciu budynkach rozrzuconych po wsi. W przyszłości miało to ulec zmianie, gdyż społeczeństwo Moch podjęło inicjatywę zbudowania szkoły na miarę potrzeb  obecnego jak   i przyszłego pokolenia.  Obok miejsca, do którego zmierzaliśmy, trwały właśnie prace przy budowie fundamentów  pod przyszły obiekt szkolny.

            Mieszkanie, w którym zostałem zakwaterowany, mieściło się w budynku usytuowanym    na  najwyższym wzniesieniu.  Obiekt ten, przejęty po dawnej ewangelickiej szkole,  składał się z jednej izby lekcyjnej i bardzo przestronnego mieszkania. Przed budynkiem rozciągał się obszerny taras, na który wiodły betonowe schody. Na budynku znajdowała się wieżyczka z zegarem. Mimo że był on już antykiem, wybijał  z zadziwiającą dokładnością  godziny, a jego donośny dźwięk niósł się  nad położoną  u stóp wzgórza miejscowością, oznajmiając, wszem i każdemu z osobna, przemijający czas.

            Usytuowanie tego budynku szkolnego na górującym nad wsią morenowym zboczu było niezmiernie atrakcyjne. Wokół rozciągał się  typowo polodowcowy krajobraz, wśród którego dominowało wzniesienie zwane ,,Łysą Górą”(90 m. n.p.m.).  Obok wzniesienia rósł las  i znajdował się bardzo zaniedbany ewangelicki cmentarz.  W kierunku południowym, przy drodze  do Kaszczoru,  znajdowała się ,,Kolonia”, nieduży przysiółek  założony przed pierwszą wojną światową przez niemieckich osadników. A dalej, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się pola uprawne  i las sosnowy, na  skraju  którego znajduje się  najwyższe   w powiecie wolsztyńskim  wzniesienie zwane „ Babulina”(112m. n.p.m.).

       Na południowym krańcu tej wysoczyzny rozciąga się pas jezior, przez które przepływa rzeka  wpadająca do Kaszczorskiego Kanału. U zarania  naszych  dziejów te  akweny i rzeka stanowiły granicę państwową oddzielającą ziemię Wielkopolan od Śląska.
Nie mniej malowniczo rysował się  krajobraz, gdy patrzyło się w przeciwnym kierunku. W dole, wzdłuż morenowego usypiska, usytuowały się zabudowania gospodarcze. Za nimi rozciągały się pola uprawne i sady. Sięgały one aż ku lasom i gajom bujnie podszytym krzewami, wśród których samotnie sterczał szaniec pamiętający czasy „potopu szwedzkiego”. Może  w nim starosta babimojski Krzysztof Żegocki starał się  stawić czoła  zalewającym naszą ojczystą ziemię szwedzkim najeźdźcom? Może  stąd, nie mając na tyle sił, aby sprostać  liczebnej przewadze wroga, wycofał swój oddział i przemieścił go na wyspę  radomierskiego jeziora?

            Za lasem i  tą prymitywną budowlą obronną usypaną nie opodal  drogi z Wolsztyna do Wschowy rozpoczynały się nadobrzańskie bagna. Porastały je karłowate drzewa, kępy krzewów i bujne bagienne trawy. W przeszłości krajobraz ten nie był tak stabilny. Jego powierzchnię ciągle zakłócała płynąca  tędy rzeka, która w czasie obfitych opadów lub z nadmiaru wód powstałych z topniejących śniegów, nader często zmieniała swoje  łożysko, żłobiła dowolnie nowe  koryta, w których płynęła jak chciała i gdzie chciała. Wpływając na ziemie dawnego powiatu  wolsztyńskiego, rozdzielała się na wiele odnóg, tworząc własne systemy wodne, którymi opasywała wzniesienia, wały  i usypiska morenowe.

 

*  *  *

        

           Pod koniec XIX wieku tymi mało przydatnymi gospodarczo terenami  zainteresował się rząd pruski. Dysponując ogromnymi funduszami, jakie  wymusił w ramach kontrybucji za sprowokowaną przez Francuzów  w 1870-71 roku wojnę, podjął  rekultywację nadobrzańskich bagien. W pierwszej kolejności uregulowano rzekę Obrę, wprowadzając ją  do właściwego koryta .Następnie przez  najbardziej podmokłe obszary przeprowadzono kanały, do których podłączono niezliczoną ilość rzeczek, cieków i rowów melioracyjnych. W wyniku tych inwestycji powstał bardzo skomplikowany system hydrologiczny spełniający funkcję melioracyjno- irygacyjną. Na powstałych ciągach wodnych pobudowano niezliczoną ilość zapór w postaci jazów, tam, śluz i stawideł. Racjonalne korzystanie z tych urządzeń wodnych  okazało się  niezmiernie przydatne w gospodarce łąkowej.  W latach  obfitych opadów atmosferycznych i w okresie wiosennych roztopów odprowadzały nadmiar wód. W okresach zaś suszy wstrzymywały ich odpływ.

        Jednak tylko nieliczni  wiedzieli, co było istotnym powodem, dla którego  kanclerz  Otto Bismarck przystał na budowę tak rozległego i kosztownego systemu irygacyjnego. Temu przedsięwzięciu przyświecały głównie cele militarne. Bliskość granicy  z Rosją ( w rejonie Kalisza) i niezbyt przyjazne stosunki polityczne pomiędzy tymi krajami zapowiadały nieuchronny konflikt zbrojny. W razie militarnego zagrożenia przy pomocy urządzeń spiętrzających wodę w krótkim czasie można było  zamienić całą Nadobrzańską  Nizinę w trudno dostępny i bardzo rozległy akwen. Ten wodny system obrony został przez rząd pruski wykorzystany podczas pierwszej wojny światowej.

       Niezależnie od podtopienia tych terenów, na niektórych odcinkach kanałów rozmieszczono także zasieki  z drutu kolczastego. Tego rodzaju zabiegi obronne  Prusaków okazały się jednak przedwczesne, ponieważ działania ofensywne poszły   w przeciwnym kierunku.                                                                                                                                                        

Obecnie tereny te, w wyniku racjonalnego gospodarowania zasobami wodnymi, zamieniono w żyzne pola uprawne, pastwiska i łąki. Na  okalającym ten teren obrzeżu oraz    na wrzynających się weń piaszczystych wzniesieniach usadowiły się wsie  i zespoły folwarczne specjalizujące się w hodowli bydła mlecznego i uprawach warzywniczo  - rolniczych.

 

*  *  *

 

            Był maj. W polskich wsiach panował zwyczaj, że w tym miesiącu poświęconym Matce Bożej,  tam gdzie nie było kościoła, organizowano wieczorne nabożeństwa przed przystrojoną figurą. Ta tradycja zachowała się również w Mochach. Zatem zbierano się w majowe wieczory  wokół ukwieconej kapliczki,  gdzie odmawiano litanię i śpiewano maryjne pieśni. W wieczornej ciszy ten nastrojowy  śpiew  rozchodził się hen daleko i niknął dopiero wśród zielonych gajów  i barwnych łąk woniejących wszelakim kwieciem.

            Zauroczył mnie ten sielski krajobraz i ta błoga, nastrojowa  cisza. Dlatego w  ciepłe, wiosenne wieczory nieraz długo wystawałem na  przyszkolnym tarasie i  z zachwytem podziwiałem  rozciągającą się hen, aż po zarysowującą się linię horyzontu, malowniczą panoramę. Przyjemnie było patrzeć, jak w blasku zachodzącego słońca na zielonych łąkach  osiadała  gęsta mgła, otulając trawy i krzewy srebrzystym całunem, jak pasterze  odprowadzali z pastwisk  bydło i  wganiali je w opłotki gospodarczych zabudowań, a na telegraficznym słupie bociany przygotowywały sobie gniazdo. Nad tym wszystkim, daleko na widnokręgu, majaczyły  strzeliste wieże wolsztyńskich kościołów, zaś nieco w prawo wznosiła się  cylindryczna  baszta miejskich wodociągów.

            Wraz z zapadającym zmrokiem w pobliskim gaju ożywiało się ptactwo. Wśród ptaszęcego chóru prym wiodły niezmordowane trelowaniem słowiki. Z pobliskich zaś odstępów leśnych w kierunku wodopoju przemykały  zwinne jelenie i sarny oraz płochliwe zające.

            Tę nastrojową ciszę pewnej nocy zakłóciła  potężna eksplozja, która na miejscowej mleczarni zerwała dach i poważnie uszkodziła  zakładową kotłownię. Sprawiła  to nierozwaga pracownika, który pomylił butle z gazem i do agregatu chłodniczego podłączył nie tę, którą należało. W rezultacie zakład ten na dłuższy czas został wyłączony  z produkcji.

            To co stało się nieszczęściem dla zatrudnionych w mleczarni pracowników, okazało się  zbawienne dla miejscowego środowiska naturalnego. Mankamentem tego zakładu było to, że nie posiadał oczyszczalni ścieków i wszystkie zanieczyszczenia poprodukcyjne odprowadzał do pobliskiego jeziora. Ścieki te płynęły odkrytym rowem, rozkładały się i wydzielały nieprzyjemne wyziewy, które  zatruwały całą okolicę.  Skutek był katastrofalny. W wodzie zanikło życie biologiczne, a wybujała roślinność nadbrzeżna i  rozkładające się resztki organiczne, uniemożliwiały  dostęp do brzegów jeziora. Tak oto malownicze środowisko wodne, na skutek nierozsądnej  działalności człowieka, przez dłuższy czas  było bezużyteczne.
 

*  *  *
 

            Nastały wakacje, pierwsze w mojej nauczycielskiej karierze. Część ich spędziłem w Cigacicach  u mojego kuzynostwa. Wujek Franek był kapitanem portu rzecznego i zarządcą odcinka Odry. Do swojej dyspozycji posiadał motorówkę. Jakaż to była frajda, kiedy zabierał nas z sobą na dłuższe wyprawy po rzece.  Łódź pędziła z zawrotną prędkością, pozostawiając za sobą  spienioną falę, która z hukiem rozbijała się o kamienne obwałowania rzeki. Okres mojego pobytu w Cigacicach zawsze zaliczałem do bardzo przyjemnie spędzonych chwil w moim życiu.

            W połowie lipca na ulicy Kościelnej   spotkałem Andrzeja Rzannego, kierownika szkoły z Wroniaw, który równocześnie pełnił funkcję  Prezesa  Oddziału Powiatowego ZNP. Zaproponował mi on wyjazd na wczasy  do Świeradowa. Ponieważ nie  znałem tej części gór, zatem chętnie skorzystałem  z tej oferty, chociaż nie  odpowiadał mi termin. Turnus obejmował drugą połowę sierpnia zatem zazębiał się  z terminem, w którym została zaplanowana konferencja nauczycielska, tak zwana  „ sierpniówka”.  Byłem nauczycielem początkującym, zatem chciałem uczestniczyć  w tym spotkaniu. Skróciłem przeto swój  pobyt na wczasach i chociaż znużony  całonocną podróżą,  zdążyłem przybyć  na czas.

            Przy wejściu na salę obrad  natknąłem się na podinspektora Borkowskiego, który poinformował mnie, że w Dąbrowie Starej powstał wolny etat  i czy nie zechciałbym  się tam przenieść. Propozycja ta zaskoczyła mnie ogromnie, gdyż zżyłem się już ze środowiskiem  w Mochach. Jednak objęcie etatu stanowiło argument  nie do odparcia, gdyż jako nauczyciel początkujący  byłem zatrudniony na umowie.

            Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie informacja, jaką przekazał mi kierownik szkoły z Adamowa Józef Piętka, że wraz z nim i kolegą Piątkowskim  zostałem  wyznaczony do protokołowania  sierpniowych obrad. Było  to dla mnie  wyróżnienie, bo jako młody nauczyciel znalazłem się od razu w gronie starszych, doświadczonych pedagogów. Znaczyło to, że władze oświatowe darzyły mnie zaufaniem, skoro powołały do tak ważnej i odpowiedzialnej komisji.

            Ponieważ protokół musiał być oddany w określonym terminie, dlatego przez kolejne dwa dni spotykaliśmy się nadal, aby dopracować ostateczną jego redakcję. Widocznie protokół wypadł  pomyślnie, skoro  przy odbiorze  nominacji na nauczyciela  w Dąbrowie sam inspektor Leonard Bombicki nie omieszkał mi oznajmić, że zespół, w którego pracach  uczestniczyłem, wykonał ,,dobrą robotę”.

▲   do góry
 

*  *  *
 

            W przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego 1950-51 zgłosiłem się u kierownika szkoły   w Dąbrowie Starej. Placówką tą kierował przedwojenny, doświadczony pedagog Stanisław Skibiński. Gdy mnie zobaczył, poczuł się nieco zaskoczony, bo spodziewał się ujrzeć kogoś z dłuższym stażem zawodowym.  Skoro tak się już stało, jakoś prędko się z tym pogodził. Przedstawił mnie swojej żonie  i synowej, po czym  oprowadził  po szkole, abym mógł zapoznać się z warunkami  pracy.

            Nauka odbywała się w dwóch obiektach:  w  budynku szkolnym  pamiętającym   czasy, gdy ziemie te wchodziły w skład zaboru pruskiego i w budynku  wzniesionym w okresie dwudziestolecia  międzywojennego.

            Rejon szkolny obejmował dwie miejscowości: Dąbrowę Starą i Nową. Dąbrowa Nowa była wsią kmiecą, zaś Dąbrowa Stara stanowiła wieś wyrobniczą usytuowaną przy gospodarstwie należącym do rozległego klucza folwarcznego w Gościeszynie. Po reformie rolnej i nacjonalizacji zespół ten został podporządkowany Państwowym Gospodarstwom Rolnym i był zarządzany odgórnie, tak jak większość  przedsiębiorstw w Polsce.

            Wsie przynależne do tego zespołu były zlokalizowane na północnym obrzeżu bagiennej niziny poprzecinanej rozlewiskami rzeki Obry i jej kanałów. Bliżej z tą ciekawą pod względem przyrodniczym  i historycznym krainą miałem okazję zapoznać się już wcześniej, pracując w szkole powszechnej w Mochach. Teraz  było mi dane po raz drugi podziwiać  ten urokliwy teren, tyle  że od północnej strony.

            W nowym środowisku  mocno zaangażowałem się  w działalność społeczną. Wnet powstała przy szkole drużyna harcerska, a na przekazanej  od ,,pegeeru” działce urządziłem boisko sportowe. Systematycznie  organizowałem wyjazdy do kina, okolicznych zakładów produkcyjnych i atrakcyjnych miejscowości.

            Dużo satysfakcji i zadowolenia dawała mi praca w harcerstwie. Z przyjemnością wspominam chwile, kiedy w okolicznych lasach  organizowałem biwaki i urządzałem tradycyjne, harcerskie ogniska. Tego rodzaju  imprezy pozostawiały  niezapomniane przeżycia nie tylko harcerzom, ale były także atrakcją  dla miejscowej ludności , która zawsze gremialnie w nich uczestniczyła.

            Wiele tych przedsięwzięć udało się zrealizować dzięki współpracy z  kierownictwem szkoły i przy wydatnej pomocy Przewodniczącego Rady Zakładowej miejscowego  „ pegeeru’’, pana Wieczorka.

            Pierwszą imprezą kulturalną zorganizowaną dla miejscowej ludności była wieczornica urządzona z okazji  60 - tej rocznicy sprowadzenia do Krakowa  prochów naszego narodowego wieszcza Adama Mickiewicza.

            W Dąbrowie Nowej impreza odbyła się jesienią, w okresie, gdy trwały jeszcze prace polowe. Aby zapewnić jak najliczniejszą frekwencję, nasze wystąpienie miało miejsce w godzinach wieczornych. Na zakończenie  wieczornicy Koło Gospodyń Wiejskich przygotowało przyjęcie towarzyskie, które przeciągnęło się  do późnych godzin.

            Kiedy uznałem, że czas się pożegnać, gdyż  czekała mnie droga do Wolsztyna,  na zewnątrz  panowała  całkowita ciemność.  Wprawdzie posiadałem rower, ale bez świateł, zatem bezużyteczny. Z tej racji postanowiłem skrócić trasę, wybierając drogę  bezpośrednio  do głównej szosy. W dzień  nie byłoby problemu, ale w nocy, przy całkowitych ciemnościach natrafić na właściwą dróżkę było niezmiernie trudno. Nic dziwnego, że  straciłem orientację  i niespodziewanie znalazłem się nad jakimś rowem czy przekopem.

            Kiedy rozmyślałem,  jak wybrnąć z tej opresji, dotarły do mnie dźwięki  mowy  i  stąpanie wielu nóg w ciężkich buciorach.  Zaskoczony taką nieprzewidzianą sytuacją  ułożyłem rower na poboczu ścieżki, sam zaś przykucnąłem, starając się znaleźć  jak najbliżej ziemi. Za chwilę nie opodal mego ukrycia przemieściła się grupa ludzi, która niosła jakieś  ciężkie naczynia. Gdy tylko się oddaliła, nie pamiętam już w jaki sposób uporałem się z tarasującą drogę przeszkodą i kiedy znalazłem się na  szosie.   Bezpieczny, mając przed sobą  kontury oświetlonego miasta, pedałowałem ile sił  w nogach. Jednak przez całą drogę nie dawało mi spokoju pytanie:  Co to byli za ludzie, dokąd zmierzali i co  takiego ciężkiego  taszczyli?

            Nazajutrz,  w drodze  do pracy, zatrzymałem się przy sklepie spożywczym w nadziei, że może czegoś się dowiem. Przez chwilę  przysłuchiwałem się rozmawiającym  kobietom.  Gadały o wszystkim,  ale tego  co mnie interesowało,  nie usłyszałem.  Również   w szkole, wśród dzieci nie zauważyłem niczego  sensacyjnego, co by można było skojarzyć  z nocnym wydarzeniem. Odniosłem wrażenie, że wokół interesującego  mnie problemu istnieje jakaś zagadkowa cisza, a może nawet zmowa milczenia.

            Dopiero po zakończeniu zajęć szkolnych mój kierownik zagadnął mnie, czy słyszałem, że w nocy  dokonano napadu na gorzelnię w Gościeszynie. Ormowca, który strzegł tego obiektu obezwładniono, zabrano mu broń i zamknięto w pomieszczeniu dla cieląt. Z obory sprawcy zabrali konwie, które były  przygotowane do porannego udoju. Następnie rozbili zamki od pomieszczenia, w którym znajdował się zbiornik ze spirytusem. Zawartością napełnili konwie i oddalili się tak niespodziewanie, jak przybyli.

            Kiedy kierownik przekazywał mi tę wiadomość, z trwogą rozglądał się dookoła. Taka ostrożność była uzasadniona, gdyż po wsi kręciło się wiele nieznajomych  osób. Wreszcie otrzymałem odpowiedź na nurtujący mnie problem. Również dotarło do mojej świadomości, co to byli za ludzie, których napotkałem  na  drodze, gdy wracałem do domu z wieczornej imprezy. Nikomu  jednak się nie przyznałem, co mnie w nocy spotkało. Ujawnić w owych czasach, że było się świadkiem jakiegoś podejrzanego wydarzenia lub że się coś na dany temat słyszało,  stanowiło  ryzyko. Człowiek mógł się narazić na długotrwałe, męczące przesłuchania przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, a w dodatku zostać posądzonym  o współudział w przestępstwie. Zatem najrozsądniej było trzymać język  za zębami.

            Jak się później okazało, napady były także  dokonywane na spółdzielcze sklepy spożywcze  i magazyny zbożowe prowadzone  przez organizacje społeczne takie jak ,,Samopomoc Chłopska” czy  ,,Społem”.

            Tego rodzaju  incydenty nie paraliżowały jednak życia społeczno-kulturalnego w terenie. Działały stowarzyszenia, organizowano imprezy kulturalne i sportowe oraz spotkania towarzyskie.Pamiętam imprezę, jaką w Dąbrowie Starej zorganizował  Związek  Młodzieży Polskiej. Wystawialiśmy  wówczas sztukę sceniczną pt. „Sandor Kowacz”, której byłem reżyserem. W trakcie części oficjalnej zostałem wyróżniony dyplomem honorowym ,,za wkład pracy twórczej w rozwój społeczny i kulturalny wsi oraz za  organizacyjną działalność z młodzieżą pozaszkolną”.

            Pracy pozalekcyjnej z młodzieżą szkolną poświęcałem najwięcej czasu. Poza pracą w harcerstwie prowadziłem równocześnie kółko historyczne, w związku z czym organizowałem  także wycieczki i wypady do  miejsc związanych z naszą przeszłością.

            Bardzo często zapuszczałem się z młodzieżą  na pobliskie bagna. Sprawiało mi przyjemność stąpanie na bosaka po grząskim, zawilgoconym kobiercu i odczuwanie, jak  się pode mną ugina.

           Tego rodzaju wrażenie odczuwałem za każdym razem,  gdy przyszło mi przebywać na tym malowniczym i ciekawym  obszarze. A zdarzało się to nader często, zwłaszcza wtedy, gdy trwały tam  gospodarcze prace, podczas których grupa pracowników miejscowego „pegeeru” wydobywała torf. W czasie tych prac maszyny nieraz natrafiały na jakąś nieprzewidzianą przeszkodę. Wówczas pracownicy, wyposażeni w bosaki, przeczesywali wyrobisko  i zazwyczaj wydobywali zeń jakieś podłużne pale oraz  sczerniałe od wiekowego zalegania w torfowej mazi belki. Skąd one się tam wzięły? Czyżby były pozostałością po istniejących niegdyś  ogromnych puszczach. Raczej nie, gdyż pozostawione na nich zaciosy wskazywały, że zostały  wykonane przez człowieka, więc stanowiły pozostałość jakieś nieznanej konstrukcji. Przypuszczalnie były to elementy   obwarowań nieznanego nam  grodziska lub pradawnej osady.

            Takimi znaleziskami czy odkryciami w  powojennych czasach nikt się nie przejmował. A tego rodzaju pozostałości po pradawnych  mieszkańcach tych ziem odkrywano coraz częściej. Dopiero w 1951 roku zapoczątkowano prace archeologiczne nad środkową Obrą, obejmując  tereny sąsiadujące z powiatem wolsztyńskim. Tak w sąsiedztwie Bonikowa natrafiono na ślady  pradawnego grodziska i osad pochodzących z okresu połowy I wieku n.e. Należy to odnotować i zapamiętać, gdyż osady  odkopane w dorzeczu środkowej Obry były już  prężnymi ośrodkami społeczno – gospodarczymi, zanim jeszcze powstały grody Poznań czy Gniezno. Istnienie, rozwój i organizację  grodzisk usytuowanych na Nizinie Nadobrzańskiej należy zatem  przyrównywać do takich pradawnych ośrodków jak: Giecz, Biskupin, Lednica czy Kruszwica.

            Dzięki  pracy  archeologów  odkryte zostały  nieznane dotąd karty naszej  przeszłości. Dowodzą one, że nadobrzańskie bagna i sąsiadujące z nimi tereny nigdy nie były bezludną  krainą . Przemieszczały się tędy różne ludy,  których  część na tym terenie na trwałe  osiadła. Zatem od niepamiętnych czasów  mieszkali tutaj ludzie i tętniło  życie. Warto z  mieszkańcami tych ziem bliżej się zapoznać.

▲   do góry


                                      

*  *  *

 

2. U źródeł naszych dziejów

 

Wyniki  badań  archeologicznych przeprowadzone na  Nizinie Nadobrzańskiej potwierdzają   na tym terenie obecność  człowieka we wszystkich epokach kulturowych. Zatem obszary te od najdawniejszych czasów były  zasiedlone przez  różne, nieznane plemiona. Co to były za ludy, skąd i kiedy na te tereny przybyły i jak się nazywały, tego dotychczas nie udało się  ustalić.  Ogólnie nazywano ich Obrami

           Wymieniony termin jest umowny i  został utworzony od nazwy rzeki Obry  przepływającej przez te tereny. Wszystko wskazuje, że nazwę  rzece nadali niemieccy kolonowie osadzeni nad nią w XIII wieku przez  zakon cystersów.  Zatem  etymologiczne korzenie  nazwy Obra tkwią  w niemieckim słowniku, gdzie ,, ober” oznacza : naczelny, główny, najważniejszy. Jest to bardzo trafne określenie  charakteru tej rzeki, która płynąc przez obszary bagienne, bardzo często  zmieniała  koryto, tworząc wiele odnóg . Nadanie więc takiej nazwy głównemu nurtowi rzeki posiada logiczne uzasadnienie.

            Uzasadniona byłaby również nazwa  wymieniona przez Geografa Bawarskiego, który   ludność  osiadłą na tym   nadrzecznym terenie  określa mianem ,,Zabrozi” czyli  ,,Zabrodzianie”. Jeszcze w czasach nam współczesnych, np. w Obrze czy Kębłowie, tego rodzaju nazwy   używa się na określenie  terenów położonych po przeciwległej stronie rzeki. Może  nazwa ,,Zabrodzianie”  brzmiałaby przyjemniej, ale kiedy ludność osiadłą nad Wisłą nazywa się Wiślanami, nad Bobrem - Bobrzanami, a nad Gopłem – Goplanami, to  z powodzeniem  ludność osiadłą nad Obrą możemy nazywać Obrami.

            Obrowie żyli gromadnie, kochali wolność, niezależność i  spokój.  Osady wznosili wśród bagien na morenowych wysoczyznach i wyspach rozrzuconych wśród rozlewisk rzecznych.

            Doskonałe warunki do tego  rodzaju osadnictwa stwarzało usypisko morenowe  usytuowane  między jeziorami i przepływającą przez nie rzeką, a zamknięte od wschodu i południa bagnami i moczarami. Wzgórze to zwane ,,Białą Górą” pod względem wysokości nie odbiegało  od wzniesień  jakie  na tym terenie możemy jeszcze  obecnie zlokalizować np. Bielnik, Karpicko czy Adamowo. Jednak żadne z wymienionych wzgórz nie mogło się równać  z Białą Górą. Jedynie ona, ze względu na specyfikę położenia, stwarzała  warunki odpowiadające wymaganiom ówczesnego osadnictwa. Wzgórze to zapewne w pierwszej kolejności zostało zasiedlone, jednak  śladów świadczących o bytności tu człowieka już nie znajdziemy. Miejsce to zostało bowiem rozkopane, a uzyskany  materiał posłużył jako budulec, najpierw pod groblę  łączącą Niałek z Komorowem, później jako podsypka pod  rozwijającą się zabudowę miejską. Reszty dopełniły wykopy pod fundamenta dla parafialnego kościoła.

            Tak ukształtowanych naturalnie i przydatnych pod lokalizację  pradawnych osad ludzkich  usypisk morenowych,  było na tych ziemiach  znacznie więcej.

            Trudno dostępny teren chronił osiedlonych tam   ludzi  przed niepożądanymi gośćmi, zapewniał im bezpieczeństwo  i swobodne życie. Związani z naturą byli całkowicie od niej zależni. Żywili się tym, co oferowała im przyroda. Dziewicze lasy pełne były zwierzyny i miododajnych barci, gaje - dzikiego ptactwa, a wody obfitowały  w ryby. Pobliskie zaś łąki i moczary  dostarczały świeżych owoców, soczystych  pędów  i smacznych bulw roślinnych. Przystosowali się do  surowych warunków, a  pozornie niedostępne tereny uczynili sobie przydatnymi. Odkryli miejsca zdradliwe i niebezpieczne, poznali tajemne, tylko im znane przejścia, brody rzeczne  i bezpieczne ciągi komunikacyjne. Z czasem  zaczęli uprawiać niewielkie poletka, na których siali zboża, uprawiali rośliny strączkowe i oleiste.

            Nie wszyscy jednak prowadzili osiadły  tryb życia. Niektórzy mieszkańcy po wyeksploatowaniu gleby, porzucali dotychczasowe miejsce  i przenosili się  na nowy obszar, gdzie cały cykl rozpoczynali od nowa.

            Tego rodzaju „łazęgostwo” nie było jednak wśród Obrów zjawiskiem powszechnym. Większość mieszkańców bagien wiodła tryb życia osiadły i ustabilizowany. Zespoleni z naturą żyli bezpiecznie, pracowali i rozwijali się, czyniąc otaczające środowisko przyjaznym sobie.  Nie tworzyli grup etnicznie zamkniętych, toteż napływająca stale nowa ludność osiedlała się w sąsiedztwie dotychczasowych mieszkańców. Kontaktowano się ze sobą, posługując się tylko im  zrozumiałym językiem. Wspomagano się wzajemnie, gdy zachodziła potrzeba. Tworzono nowe związki rodzinne i przyjacielskie. Należeli przecież wszyscy do  pokrewnej i bardzo rozległej grupy etnicznej  wchodzącej w skład kultury łużyckiej.

            Podstawą ówczesnego społeczeństwa była  rodzina.  Przynależni do niej członkowie  żyli we wspólnocie. Mieszkali w jednym domu, wspólnie wypełniali obowiązki, zdobywali pożywienie i wspólnie je konsumowali. W miarę rozwoju rodziny  i przyrostu jej członków wznoszono obok nowe domostwa. Tak wytworzyła się wspólnota rodowa oparta na tradycji i doświadczeniu najstarszych członków rodzin. Oni nadawali wspólnocie rytm życia i rozstrzygali w kwestiach wątpliwych. Sprawy zaś  ważne i sporne rozpatrywali  zespołowo. Tak narodził się swoisty system prawny regulujący codzienne życie wspólnoty – ustrój rodowy. Na czele wspólnoty stała starszyzna darzona przez członków  rodu szacunkiem i poważaniem.

            Wspólnoty rodowe nie trwały w stagnacji, lecz  stale się rozwijały i wzbogacały swoją kulturę. Każdy zaś napływ kolejnej grupy ludności wnosił do  dotychczasowego środowiska coś nowego. Dlatego życie ludności na  nadobrzańskich obszarach  nie odbiegało od warunków, w jakich żyły i rozwijały się wspólnoty rodowe w innych odkrywanych przez archeologów dawnych  ośrodkach cywilizacyjnych położonych nad jeziorami, rzekami czy na terenach bagiennych.

            Jeżeli warunki osadnicze  z jakichś powodów stawały się niekorzystne lub nie gwarantowały gospodarczego czy społecznego rozwoju,  dotychczasowe siedziby porzucano  i przenoszono się na tereny  bytowo korzystniejsze. Na porzuconych miejscach osiedlali się nowi przybysze. Trwał zatem nieprzerwany, ciągły proces osadniczy. Tak było,  dopóki warunki   przyrodnicze na to pozwalały. Te jednak nie zawsze były  człowiekowi przyjazne.

            W pewnym okresie nastąpiło ogólne ocieplenie, w wyniku czego wzmogło się topnienie lodowców.  Podniósł się poziom wód gruntowych i przybrały niebezpiecznie rzeki.  Osadom położonym nad rzekami i jeziorami groziło podtopienie.   Kiedy okazało się, że dalszy pobyt na dotychczasowym miejscu  staje się niebezpieczny, porzucano swoje domostwa lub przenoszono je  na tereny wyższe, położone na obrzeżu  doliny. W dalszym rozwoju gospodarczym te od nowa wznoszone osady  dały początek obecnym miejscowościom zlokalizowanym na obrzeżu  bagiennej niecki jak : Bucz, Mochy, Wroniawy, Widzim, Dąbrowa, Gościeszyn, Łąkie czy Wielichowo lub wokół jezior jak: Niałek, Komorowo Karpicko i Berzyna czy  wzdłuż  rzeki  jak: Kaszczor, Kębłowo, Obra i Kopanica.

▲   do góry

 

*  *  *
 

 


3. Kiedy Lech przyszedł w te kraje...

 



           
Pod koniec I tysiąclecia p.n.e. z północnego wschodu na tereny  Europy  zaczynają napływać ludy pochodzenia indoeuropejskiego - Słowianie. Grupę Słowian, która swoją ekspansją objęła zachodnią część Europy, Rzymianie nazywali Wenedami.

            Na ziemie położone w dorzeczu Wisły, Warty i Odry Wenedowie zaczęli przenikać od początku naszej ery. Nowi słowiańscy przybysze, znalazłszy  się na tym kulturowo odmiennym obszarze,  zetknęli się nie tylko z rdzennymi mieszkańcami  tych ziem, ale i z dominującym tu porządkiem społeczno-prawnym, bogatą tradycją pokoleniową,  ze zwyczajami i obyczajami kulturowymi. Rozpoczął się długotrwały asymilacyjny proces, który na obszarach położonych nad Wartą, Obrą, Gopłem i Notecią zakończył się na przełomie IV- V wieku.

            W tym adaptacyjnym procesie, ze względu na wyższą kulturę w zakresie upraw polowych i hodowli bydła, wpływy Słowian  okazały się silniejsze. Uformowała się i skrystalizowała nowa kultura  zwana słowiańską. Wytworzyła się także nowa populacja, posługująca się odrębnym językiem nazywanym lechickim.  Odtąd tę wyodrębnioną  spośród Słowian wspólnotę językową nazywano Lechitami.

            Słowiańscy osadnicy przynieśli z sobą także nowe formy gospodarowania oparte na rotacyjnej uprawie roli. Dlatego dla tej grupy ludności, do trwałego osiedlenia, najkorzystniejsze okazały się tereny  położone na wschód i południowy zachód od Warty. Były to wolne, dotychczas niezagospodarowane, z dostępem do wody,  bezleśne, lessowo- bagienne obszary obfitujące w paszę dla bydła i nadające się  do intensywnej  uprawy polowej.

            Odpowiadające takim wymaganiom  okazały się także obszary położone nad środową Obrą i Dojcą.  Z tej racji na obrzeżach bagien, jezior i rozlewisk rzecznych, obok skupisk Obrów lub w ich sąsiedztwie, powstały  osady słowiańskie. Składały się one z chat ( 25 – 30) wznoszonych  wzorem tubylców z drewna i pokrywanych trzciną.

            W tego typu słowiańskich  osadach, podobnie jak wśród rdzennej ludności, przyjął się ustrój oparty na wspólnocie rodowej.  Żyli zatem wszyscy w gromadzie, wspólnie karczowali lasy,  a powstałe karczowiska i nieużytki zamieniali w pola uprawne. Ze zbóż siano: pszenicę, żyto, jęczmień i proso. Ponadto uprawiano mak i bób, a z roślin oleistych -  len. Z lnu, poza tłuszczem, uzyskiwano przędzę, z której  pleciono sieci do połowu ryb i ptactwa oraz tkano płótno.

            Obok uprawy polowej mieszkańcy prowadzili hodowlę bydła mlecznego, trzody chlewnej i  owiec. Ze względu na charakter produkcji, opartej głównie na uprawach polowych, tę grupę ludności nazywano Polanami.

            Polanie odznaczali się pracowitością, uczciwością, zapobiegliwością i rzetelnością. Kochali wolność, swobodę i spokój. W trudnych chwilach wspierali się wzajemnie, a chętnym służyli radą i doświadczeniem. Wśród plemion  zamieszkujących obszary nad środkową Wartą, Notecią, Baryczą i Obrą  stanowili najliczniejszą populację. Może te względy zadecydowały, że wśród Polan najwcześniej zrodziła się idea  utworzenia  własnego  plemiennego państwa.

▲   do góry

          

*  *  *

 

4. Jak rodziła się nasza ojczyzna

 

            Kolejny okres naszych dziejów obejmuje wydarzenia, jakie rozegrały się na nadwarciańskich i nadobrzańskich ziemiach w czasach od VIII do X wieku n.e. W tym okresie tworzą się organizacje plemienne i wieloplemienne, które w wyniku zjednoczenia  stworzyły fundament pod przyszłe państwo polskie.

            Ten okres naszych dziejów, ze względu na różną interpretację, wymaga gruntownej weryfikacji, głębokich przemyśleń i nowych ustaleń. Wymaga to również innego spojrzenia na treści zawarte w znanych legendach  i opowiadaniach odnoszących się do tamtych czasów.

            W VII wieku wśród nadwarciańskich ludów zaczyna się kryzys zwiastujący rychły upadek dotychczasowego ustroju społeczno- gospodarczego opartego na wspólnocie rodowej. Do jego upadku bez wątpienia przyczynili się słowiańscy przybysze, którzy pod względem społecznym  i gospodarczym byli lepiej zorganizowani. Z tej racji  archaiczne  formy życia, jakie  na tych ziemiach zastali, im nie odpowiadały. Ponadto  nasilające się napady grabieżcze najeźdźców z północy, przypuszczalnie wikingów, skłoniły niektórych przywódców rodowych do zmiany  dotychczasowego ustroju  i  wprowadzenia w to miejsce bardziej skutecznego systemu opartego na zbiorowej obronie.

            Sporadyczne jednoczenie rodów w większe zespoły  tzw. ,,wspólnoty terytorialne” lub ,,opola” w celu skuteczniejszego przeciwstawienia się najeźdźcom, nie zawsze odnosiło trwały skutek. Dlatego, aby  chronić ludność przed grabieżą , niewolą , a nawet utratą życia, zaczęto wokół dotychczas otwartych siedzib mieszkalnych wznosić zabezpieczenia obronne w postaci wałów  ziemnych, palisad czy ostrokołów. Tak powstały pierwsze grodziska, osady obronne, na których ślady nieraz  natrafiają koparki podczas   robót  ziemnych.

            Wznoszenie, obok dotychczasowych otwartych siedzib ludzkich, obronnych grodzisk oraz przysposabianie ich mieszkańców do stawiania najeźdźcy zorganizowanego oporu wskazuje, że wśród niektórych przywódców  rodziły się tendencje do tworzenia większych niż rody czy  wspólnoty terytorialne organizmów plemiennych, które by dysponowały zcentralizowaną administracją i silnym przywództwem. Tylko tak zorganizowane struktury społeczne ze sprawną  administracją   i przystosowanymi do długotrwałej obrony siłami były w stanie zapewnić swoim współplemieńcom bezpieczny byt, swobodę i wolność.

            W VIII wieku n.e. upada ostatecznie organizacja społeczno-gospodarcza oparta na ustroju rodowym. W miejsce wspólnot rodowych powstawały państwa plemienne, a zamiast grodzisk, na wyspach, zakolach rzecznych i pagórkach,  wznoszono   warowne grody. One to w czasach pokoju  spełniały rolę ośrodka administracyjno-politycznego i były siedzibą wodza, zaś podczas zagrożeń  zapewniały okolicznym mieszkańcom bezpieczne schronienie.

            Proces scalania dotychczasowych niezależnych, autonomicznych organizmów rodowych w jedną organizację plemienną najwcześniej rozpoczął się wśród Polan zamieszkujących ziemie nad środkową Wartą. Przedsięwzięciu temu patronował ród Piastów, którego przedstawiciele czynnie zaangażowali się w proces  jednoczenia wspólnot rodowych, przez co przyczynili się do powstania pierwszego organizmu plemiennego nazywanego państwem Polan. Przypuszczalnie nastąpiło to w  połowie IX wieku.                               

            Tworzenie organizacji plemiennej u Polan nie przebiegało w atmosferze powszechnej akceptacji, jednomyślności czy ogólnego poparcia. Zapewne zarzewiem konfliktów było to, kto ma sprawować władzę  w rodzącym się państwie plemiennym. Pod tym względem wiele do powiedzenia mieli dawni przywódcy rodowi, którym niełatwo przyszło   pogodzić się z utratą władzy. Zanim udało się stworzyć  jakiś  konsensus, który by zadowalał większość ludności i został zaakceptowany przez starszyznę rodową, musiało upłynąć sporo czasu.

            Aby położyć kres wewnętrznym sporom i niesnaskom,  na przywódcę powstałego państwa Polan wybrano Piasta.  Wywodził się on z zacnego kmiecego rodu,  osiadłego od niepamiętnych czasów w rejonie Jeziora Lednickiego. Nowy przywódca wyróżniał się niezależnością, pracowitością, uczciwością i rzetelnością, dlatego cieszył się powszechnym uznaniem  i poważaniem. Trudno ustalić, czy Piast był pierwszym  władcą państwa Polan. Na pewno  był  tym, któremu udało się  na trwałe połączyć zwaśnione rody i utrzymać je w posłuszeństwie w ramach  jednego organizmu państwowego.  Nie sposób również ustalić,  w jakim grodzie skupiało się  centrum administracyjno-polityczne państwa plemiennego Polan. Przypuszczalnie był to Giecz . Potwierdzeniem na to może być fakt, że tylko Giecz, spośród wszystkich grodzisk odkrytych w tamtym rejonie, posiada poświadczoną archeologicznie plemienną genezę.

            Trudno również ustalić, jaki obszar obejmowało nowopowstałe państwo plemienne Polan i jak daleko sięgała władza pierwszego piastowskiego przywódcy. Na pewno od wschodu stykała się z plemieniem Goplan. Od zachodu  zaś opierała się na  Warcie. I to było wszystko. Dalej już  rozciągały się knieje, bagna i rozlewiska rzeki, nad którą żyli Obrowie.

            Taką schedę po Piaście-kmieciu około 860 roku  przejął jego syn Siemowit. Ten pierworodny, niezwykłe ambitny i przebiegły Piastowicz został doskonale przygotowany do przejęcia  władzy w państwie. Nawet znana legenda ,,O Popielu i Piaście”  to podkreśla, gdy predysponuje go na  przywódcę państwa. Potwierdza to również kronikarz Gall Anonim, który charakteryzując cechy osobowości   Siemowita, z pełnym uznaniem oznajmia, że już jako młodzieniec oddawał się: ,,..wytrwałej pracy w służbie rycerskiej, czym zdobył sobie rozgłos zacności i zaszczytną sławę, a granice swego księstwa rozszerzył dalej, niż ktokolwiek przed nim...”.  Ważne zwłaszcza jest ostatnie stwierdzenie dotyczące  jego ekspansywności.

            Pragnąc poszerzyć dzieło zapoczątkowane przez   swego ojca, dąży do gospodarczego i politycznego wzmocnienia  państwa  i nadania mu przewodniej roli wśród ościennych plemion. Może wtedy w głowie Siemowita zrodził się pomysł zjednoczenia wszystkich plemion sąsiadujących z państwem Polan w jeden organizm wieloplemienny. Widocznie taki cel przyjął za priorytet swoich rządów, skoro  te zamierzenia realizował systematycznie, zdecydowanie i bez skrupułów.

            Siemowit, dla osiągnięcia wytyczonego celu, wykorzystywał każdą  nadarzającą się okazję. Kiedy nie skutkowały perswazje, obietnice czy przekupstwo, wówczas posuwał się do podstępu, przemocy i gwałtu. Skutków tak prowadzonej przez niego polityki zewnętrznej   doświadczyli  Goplanie i ich plemienny przywódca Popiel.

            W jaki sposób zamierzenia swoje urzeczywistniał przywódca państwa Polan, przekazuje nam legenda ,,O Popielu i Piaście”. Pozbądźmy się przez chwilę uprzedzeń i popatrzmy na rozgrywające się w Kruszwicy wydarzenia okiem współczesnego obserwatora.

            Popiel, jako przywódca starszyzny rodowej, zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie  dla Goplan stwarzała dalekosiężna polityka Siemowita. Zrozumiał, że wobec lansowanej  przez przywódcę Polan  strategii  zjednoczeniowej, dotychczasowe organizacje rodowe nie mają szans przetrwania   i z czasem staną się łupem silniejszego organizacyjnie sąsiada. Aby temu zapobiec, postanowił bezzwłocznie  osiadłe  w obrębie Gopła  wspólnoty rodowe scalić w jedną organizację plemienną. Zaprosił zatem do Kruszwicy starszyznę rodową, aby uprzedzić ją o swoich zamiarach. Widocznie spotkanie to nie osiągnęło zamierzonego celu, skoro Popiel posunął się do ostateczności i w podstępny sposób zlikwidował wszystkich nie zgadzających się  z nim  przeciwników. W rezultacie nad Gopłem powstało państwo z ośrodkiem administracyjno- politycznym w Kruszwicy. Uwzględniając jednak okoliczności, w jakich ten organizm państwowy się narodził i wobec narastającego sprzeciwu zwolenników dawnego układu społecznego, tego rodzaju państewko nie miało szans   przetrwania.

            Niedługo zatem Popiel rządził tym niepokornym, wstrząsanym ciągłymi niepokojami państewkiem. Wkrótce  uległ sprytniejszemu i silniejszemu od siebie sąsiadowi z zachodu. Siemowit, wykorzystując niezadowolenie  Goplan z despotycznych rządów wiarołomnego Popiela, najechał na ośrodek w Kruszwicy, zburzył go i w drodze zamachu stanu przejął nad nim kontrolę. W rezultacie, w latach siedemdziesiątych IX wieku, ziemie nad Gopłem i Notecią  wraz z osiadłym tam ludem: Goplanami i Pałukami  stały się integralną  częścią piastowskiego  państwa Polan.

▲   do góry

 

*  *  *

 

 

5. Powstanie plemiennego państwa w Nadobrzańskiej Krainie
- walki w obronie zagrożonej suwerenności

 

         Najdłużej swoją niezależnością i suwerennością cieszyły się wspólnoty rodowe  nad środkową Obrą. W końcu i tutaj dały o sobie znać siły odśrodkowe,  wspierane przez niektórych przywódców wspólnot rodowych, których celem było stworzenie własnego państwa plemiennego. Chociaż  znaczna część  starszyzny rodowej  była  zjednoczeniu przeciwna, to jednak w końcu  musiała się z tym pogodzić.

       Ośrodkami, w których  najwcześniej dojrzały dążenia zjednoczeniowe, były grody w Siemowie i Bonikowie.  To przywódcy tych grodzisk, czerpiąc przykład od swoich sąsiadów  zza Warty, usiłowali  podporządkować sobie okoliczne wspólnoty rodowe i połączyć je  w jeden organizm administracyjno-polityczny.

            Zamiar stworzenia państwa plemiennego przez dwa ośrodki jednocześnie stał się zarzewiem pierwszego na tym  obszarze konfliktu zbrojnego. Sprytniejsza okazała się załoga grodu w Bonikowie. To ona podstępnie napadła na swego sąsiada, spaliła gród  w Siemowie i zburzyła wspierające go grodziska w Bruszczewie, Czacy i Daleszynie. Zatem władca grodu w Bonikowie stał się organizatorem państwa plemiennego, które swoim zasięgiem administracyjnym objęło wszystkie wspólnoty rodowe zamieszkujące nadobrzańskie ziemie. Miało to miejsce w latach siedemdziesiątych IX wieku.

            Proces kształtowania się państwowości plemiennej na  Nadobrzańskiej Ziemi od pierwszych chwil przebiegał w atmosferze zewnętrznego zagrożenia. W tym bowiem czasie władca Polan, Siemowit, kilkakrotnie usiłował przejąć kontrolę nad ziemią Obrów. Jednak bezskutecznie.

            Państwo plemienne nad Obrą zdążyło już okrzepnąć i wzmocnić  się gospodarczo. Powstał silny ośrodek władzy administracyjno-politycznej w Bonikowie dysponujący licznymi grodziskami przystosowanymi do długotrwałej obrony. Potrafiły one  skutecznie stawiać czoła najeźdźcy i ofiarnie bronić zagrożonej wolności.  Jeżeli  dochodziło do tego, że wobec  militarnej przewagi najeźdźcy Obrowie  musieli nieraz ulec i przyjąć narzucone warunki,  trwało to niedługo. Skoro tylko zagrożenie minęło, natychmiast odradzały się dążenia separatystyczne, wskrzeszano dawne układy plemienne, odbudowywano poburzone grodziska, przywracano niezależną organizację. Taka niestabilna sytuacja na  ziemi Obrów utrzymywała się do lat osiemdziesiątych IX wieku.

▲   do góry

 

*  *  *

 

6. Przyłączenie Nadobrzańskiej Ziemi do państwa Polan
    - walki o utrzymanie jedności  w wieloplemiennym państwie Piastów

 

            W końcu Siemowit postanowił ostatecznie rozwiązać ten paraliżujący jego polityczne zamierzenia problem. Około 880 roku  wzmaga ekspansję na ziemie położone na południowy zachód od państwa Polan.  W pierwszej kolejności działaniami wojennymi objęte zostały  grodziska  nad środkową Obrą. Aby osiągnąć zamierzony  cel,  co pewien  czas ponawiał w ten rejon wyprawy zbrojne, usiłując terrorem i  szantażem złamać opór zbuntowanych mieszkańców. W końcu się powiodło. Grody zburzono, struktury plemienne polikwidowano, a niepokornych przywódców plemiennych  wymordowano.

            Obrowie,  znalazłszy się w tak beznadziejnej sytuacji, musieli w końcu pogodzić się z przegraną. Ziemia Nadobrzańska utraciła swoją suwerenność i na trwałe została wcielona do państwa Polan. Miało to miejsce około 880 roku. Wówczas to wytyczona została granica państwowa oddzielająca terytorium Polan od  Ziemi Śląskiej.

            Według współczesnego pojęcia przebiegała ona wzdłuż rzeki Obry płynącej od Przemętu  przez łańcuch jezior do Wielenia i dalej przez Kaszczor do Kopanicy. Taki układ polityczno- prawny uznał Świętopełk, Książę Wielkich Moraw, który w 884 roku, podbijając plemiona śląskie, poszerzył terytorium swego państwa do tej ustalonej przez Siemowita granicy.

            Obrowie utracili wolność i niezależność.   Wbrew swej woli musieli przyjąć  narzucone im przez zwycięzcę obowiązujące w państwie Polan struktury. Chociaż pokornie znosili  jarzmo niewoli, jednak się z tym nigdy nie pogodzili. Jak tylko nadarzała się okazja, natychmiast zrywali krępujące ich wolność więzy,  przywracali dawny ład i porządek.

            Ponawiane stale w ten rejon przez Siemowita  zbrojne wyprawy potwierdzają, jak bardzo silne u Obrów były wolnościowe tradycje i przywiązanie do niezawisłości. Również poważanie i pozycja społeczna niektórych przywódców plemiennych były nadal bardzo znaczące, aby pozwolili się oni bez walki od sprawowanych funkcji odsunąć. Toteż każdemu  najeźdźcy usiłującemu ingerować w wewnętrzne sprawy nadobrzańskich grodzisk stawiano zdecydowany opór.

            Przekonał się o tym następca Siemowita, jego syn Leszek, gdy ze swoimi wojownikami znalazł się na tym niepokornym terytorium, by przywrócić ustanowiony przez swego ojca  porządek.

            Odkrywki archeologiczne przeprowadzone w miejscach nadobrzańskich grodzisk odsłoniły makabryczny obraz: ruiny i zgliszcza. To wojowie Leszka  dokonali tak rozległego spustoszenia. Pokazuje to, w jaki okrutny sposób dokonywał się proces  scalania plemion ościennych oraz jakich metod się imano,  aby podbite ludy związać na trwałe z państwem Polan. Czy Leszkowi udało się tego dzieła ostatecznie dokonać? Przypuszczalnie tak, gdyż po tej masakrze nastał na Ziemi Obrów   okres chwilowej stabilizacji. Było to niezbędne, gdyż w tym czasie piastowski władca  na podległym mu terytorium Polan  dokonywał zasadniczych przemian polityczno – administracyjnych.

            Ustanowienie granicy państwowej wskazuje, że zakończył się pewien etap w procesie podporządkowywania ościennych państewek plemiennych zwierzchnictwu Piastów. W wyniku tego powstało wieloplemienne państwo z dziedziczną władzą,  bojową drużyną i prężną organizacją. Taki organizm państwowy, aby mógł zaistnieć w orbicie krajów  cywilizowanych, wymagał nowoczesnej otoczki. Dokonano zatem nowej organizacji państwa, rozbudowano administrację i podniesiono rangę wodza, nazywając go księciem. Przypuszczalnie także w tym czasie  dotychczasowy ośrodek  władzy politycznej został przeniesiony z Giecza na wyspę Lednickiego  Jeziora. Odtąd Ostrów  Lednicki był siedzibą władcy i centrum administracyjno-gospodarczym wieloplemiennego państwa.

            Taką schedę po Leszku Piastowiczu przejął jego syn Siemomysł. To tego wodza Gall Anonim wymienia już jako  księcia,  od którego utrwala się  w obrębie piastowskiego rodu dziedziczność władzy.

            Siemomysł, kontynuując politykę przemian,  starał się  nowy porządek prawny i polityczny  utrwalić także na przyłączonej do państwa Polan ziemi Obrów. W miejsce usuniętych przywódców plemiennych mianował podporządkowanych bezpośrednio sobie zarządców grodowych. Wspierał odbudowę  zburzonych na skutek  działań wojennych osad. Czynił wszystko, aby mieszkającą na tym terytorium ludność związać na trwałe z państwem Piastów.

            Mimo usilnych starań nie przyszło mu to łatwo. Nieraz jeszcze musiał wyprawiać się zbrojnie na te ziemie, aby uśmierzać bunty, jakie przeciwko nowym porządkom i narzuconej władzy wzniecali dawni wodzowie plemienni.  Z tego wynika, że za Siemomysła  nadal trwał proces okiełznywania  ludów zamieszkujących nadobrzańskie ziemie, aby  ich utrzymać w granicach wieloplemiennego państwa. Z podobnymi problemami borykał się także  kolejny  władca Polan, Mieszko.

            Powiększanie terytorium państwa Piastów odbywało się głównie na drodze zbrojnych ekspedycji, najazdów i wojen. Nieprzywykłe do takich form rozstrzygania sporów wolne dotychczas ludy broniły zaciekle zagrożonej   wolności  i  każdorazowo stawiały zdecydowany opór najeźdźcy. Zmuszone siłą do uległości,  nie poddawały się. Kiedy nadarzała się  okazja, starały się usamodzielnić, zrzucając jarzmo niewoli,  jakie jej siłą nałożone zostało.

            Wtedy to przez ostępy leśne  przedzierały się zaciężne hufce, aby na anektowanych  ziemiach   zaprowadzić trwały ład i spokój. Nie tak łatwo przyszło tego dokonać, gdy  miało się do czynienia z ludem, który nie uznawał niewoli. Toteż z determinacją do końca broniono zagrożonej niepodległości. Im bardziej zacięty bywał opór, tym brutalniejszy i bezwzględny stawał się najeźdźca.                

            Idąc przez terytorium zbuntowanych Obrów,  Mieszko ,,ogniem i mieczem” niszczył odradzające się struktury dawnej organizacji plemiennej, palił i burzył  odbudowane grodziska, przepędzał lub likwidował nieugiętych przywódców, a niepokorną i nie dającą się ujarzmić ludność uprowadzał w niewolę.  W ich miejsce przywracał  zaprowadzone przez Siemomysła porządki i organizacyjne struktury.

            Najdłużej broniło się grodzisko w Bruszczewie, zanim uległo i zostało doszczętnie zburzone. Miało to miejsce w 960 roku, po żniwach, gdyż odkopane podczas poszukiwań archeologicznych naczynia zawierały świeżo zebrane zboże. Przetrwałe zaś w ziemi ponad dziesięć wieków w nienaruszonym stanie ruiny i zgliszcza dowodzą, że nie poczyniono już nigdy próby odbudowy zburzonych grodzisk ani nie usiłowano na ich miejscu wznieść nowych.

            Na spacyfikowanych ziemiach  Mieszko wprowadza urząd kasztelana. Na gród kasztelański  wyznaczył warowne grodzisko usytuowane na niewielkiej łasze morenowej pomiędzy rzeką Obrą  a jeziorem.  Odtąd Przemęt  staje się ośrodkiem  administracyjno-gospodarczym dla całej nadobrzańskiej krainy. Tu rezydował kasztelan i stacjonował  podległy  mu oddział zbrojny, który zabezpieczał  granicę rozdzielającą państwo Wielkopolan od Ziemi Śląskiej. Ponad to gród Przemęt , ze względu na  strategiczne usytuowanie, ryglował przejście graniczne pomiędzy jeziornymi przesmykami w Osłoninie i Olejnicy oraz kontrolował ważny szlak handlowy z Głogowa do Poznania,

            Wyposażony w tak szerokie uprawnienia administracyjne, sądownicze i wojskowe  kasztelan przemęcki wiązał ze sobą ludność zamieszkującą bardzo rozległy teren  rozciągający się od Wysoczyzny Kaliskiej do rzeki Szarki.

            Wśród  mieszkowych wojów trzon bojowy stanowili najemnicy ze Skandynawii zwani ,,wikingami”. Oni to, uśmierzając bunty  na ziemi Obrów, poczynili to okrutne spustoszenie.

            Zapewne z tego okresu pochodzi znalezisko pokruszonych monet, jakie w 1930 roku przypadkowo odkryto w miejscowości Obra. Wśród ludów skandynawskich istniał bowiem zwyczaj, że obok prochów wojownika składano  przedmioty, jakie w chwili śmierci przy sobie posiadał. Złożone przy prochach tego poległego  wikinga ,,siekańce” stanowiły zapewne łup,  jaki zdołał zgromadzić podczas grabieży nadobrzańskich grodzisk.

            Znalezienie na tym terenie ,,skarbu wikingów” wskazuje, że po pacyfikacji Obrów, tym szlakiem Mieszko wiódł  swoich wojów na zachód, ku Odrze, gdzie  dokonał podboju ziemi Lubuszan, by wcielić ją w skład państwa Polan. Zatem w 960 roku został zakończony ostatecznie proces jednoczenia plemion osiadłych nad Wartą, Gopłem, Obrą, Notecią, Baryczą i Odrą. Powstał organizm międzyplemienny nazywany odtąd państwem Wielkopolan.

            W tym okresie  coraz większego znaczenia nabierał powstały  nad Wartą gród Poznań. Do niego  z Ostrowa Lednickiego Mieszko przenosi ośrodek  administracyjno-polityczny. Zanim to nastąpiło, dokonał się na Ostrowie Lednickim  bardzo ważny akt historyczny.W 966 roku Mieszko  jako książę  Wielkopolan uznaje zwierzchnictwo  papieża  i  na podległym  mu terytorium,  w miejsce wyznania  obrządku słowiańskiego, wprowadza   obrządek łaciński.

            Powstało państwo zorganizowane na modłę europejską, z dziedzicznym władcą- księciem  otoczonym  licznym dworem,  z okazałą stolicą w Poznaniu i rozbudowaną administracją oraz rozległym terytorium zabezpieczonym naturalnymi granicami, którego strzegły  warowne grody- kasztelanie.

            Zamknięty został pierwszy rozdział  dziejów, który zapoczątkował kształtowanie się naszej państwowości i umożliwił scalonym strukturom plemiennym  stworzenie podstaw organizacyjnych pod przyszłe państwo polskie.
 

*  *  *
 

            Odległe to dzieje, ale jakże ważne dla naszej Ojczyzny. Miło jest je odsłaniać, gdyż ukazują  nam nieznane dotąd obrazy naszej przeszłości. Dobrze jest je poznać i zapamiętać. Ale naszedł czas, by powrócić do współczesności, do spraw bieżących, do  codziennego życia.

            Zbliżał się koniec roku szkolnego 1950-51. Okres intensywnych przygotowań do kolonii i obozów letnich. Jako działacz młodzieżowy   zostałem powołany w skład kadry wychowawczej,  której  zadaniem było zorganizować obóz letni  na terenie  Stanicy Harcerskiej w Osłoninie. W zespole tym znalazł się również  kol. J. Piętka, więc  już wspólnie z polecenia Inspektora Szkolnego   udaliśmy się do Osłonina, aby na miejscu zapoznać się z warunkami pracy.

            Do Błotnicy drogę przebyliśmy koleją, a stamtąd już przez Radomierz, Olejnicę do Osłonina, rowerami. Od Olejnicy droga wiedzie przez polodowcową wysoczyznę  porośniętą bujnie sosnowym lasem, wśród którego ciągnie się pas jezior. Okolica przepiękna, obfitująca w ryby, grzyby i jagody.

            Osłonin, ta niewielka miejscowość, jest położona na południowym krańcu wysoczyzny tuż nad jeziorem o tej samej nazwie. Stanica zaś została usytuowana  obok szkoły niedaleko  przesmyku, przez który rzeka Obra przepływa z Jeziora Osłonińskiego do Wieleńskiego. Po przeciwnej stronie mostu, już  za przesmykiem, rozciąga się pas łąk i niewielkich wzniesień, za którymi znajduje się  dalszy  ciąg łańcucha uprzednio już  wymienionych  jezior. Ten  ograniczony wodami  i po części porosły bagienną roślinnością  teren stanowił znakomite siedlisko dla różnego rodzaju ptactwa wodnego i zwierzyny łownej. Dzisiaj ten urokliwy  obszar został objęty ochroną prawną i stanowi  Przemęcki Park Krajobrazowy.

            Wybierając to miejsce na stały ośrodek wypoczynkowy organizatorzy trafili ,,w dziesiątkę”. Las, woda i nieskażone powietrze  gwarantowały młodzieży zdrowy wypoczynek. Malownicza okolica zaś  stwarzała  możliwości  organizowania dłuższych wycieczek  czy wypadów krajoznawczych. Tak ja odebrałem to środowisko, w którym miałem   przez najbliższe dwa miesiące pracować.  

            Obóz w Osłoninie  stanowił zgrupowanie obejmujące aktyw  młodzieżowy szkół średnich z powiatu wolsztyńskiego i leszczyńskiego. Młodzież była wyselekcjonowana, jeszcze nie zdegenerowana, zatem nie sprawiała kłopotów wychowawczych. Ze względu na niedużą między nami różnicę wiekową łatwo z nią nawiązywałem  partnerskie kontakty. Toteż praca z taką grupą obozową sprawiała mi przyjemność i satysfakcję.

            Przyjemnie wspominam krajoznawcze wypady np. do Przemętu, Wielenia czy Moch. Niezapomniane wrażenie pozostawiła w mej pamięci wycieczka do ośrodka rybackiego, gdzie pokazano nam cały cykl  hodowli pstrąga stawowego, od poboru ikry,  poprzez inkubację i intensywną hodowlę, aż do odłowu dorosłych  okazów. Wielka szkoda, że nie było mi dane pracować na tym obozie do końca.

            Przed zakończeniem I turnusu poważnie się rozchorowałem, znalazłem się w szpitalu i przeszedłem skomplikowaną operację. Kiedy powróciłem do zdrowia, było już po obozie. W tym czasie otrzymałem z Inspektoratu  zawiadomienie, że zostałem skierowany do Łodzi na kurs podinspektorów. Wiadomość ta nie była dla mnie zaskoczeniem, gdyż już wcześniej przeprowadzono ze mną rozmowę,  sugerując mi pracę w Inspektoracie.

            W tej  nadzorującej  działalność oświatową w powiecie instytucji zaszły poważne przetasowania kadrowe. Do pracy w Kuratorium odszedł  dotychczasowy długoletni  inspektor szkolny L. Bombicki, a jego miejsce zajął  podinspektor Wojnar. Ja miałem na stanowisku podinspektora sprawować nadzór nad działalnością  pozalekcyjną jak: świetlice szkolne,  kółka zainteresowań i organizacje harcerskie.

            W  wymienionym zakresie zadań szczególnie mocno podkreślony został nadzór nad pracą  w  organizacjach harcerskich. Posiadało to  swoje uzasadnienie. W tym czasie zlikwidowany został Związek Harcerstwa Polskiego. W jego miejsce utworzono Organizację Harcerską (OH). Zmieniono nawiązującą do skautingu symbolikę jak: barwy, oznaki, sprawności  organizacyjne, stopnie i funkcje oraz wprowadzono świecką ideologię.

            Pozbawiona tradycyjnego umundurowania i skautowskiego ducha nowa organizacja w niczym nie  przypominała  dawnego ZHP, była w swej treści uboga i narodowo obca. Członkowie OH w granatowych spodniach, białych koszulach i czerwonych chustach   niczym nie różnili się od radzieckich pionierów. Stąd przyjęło się   określenie: ,,polscy pionierzy”.

            W rozpoczęciu roku szkolnego 195O-51 już nie uczestniczyłem. W przeddzień tego wydarzenia pojechałem do Dąbrowy, by pożegnać się z kierownikiem szkoły  i gronem nauczycielskim. Nazajutrz, rannym pociągiem,  ze spakowaną walizką  i niezabliźnioną jeszcze pooperacyjną raną udałem się do Łodzi. Tam dowiedziałem się,  że planowany kurs ze względu na małą  liczbę zgłoszeń się nie odbędzie. Poradzono mi,  abym bezzwłocznie udał się do Kuratorium w Poznaniu w celu uzyskania skierowania na Wyższy Kurs Nauczycielski, który Ministerstwo Oświaty organizuje w Kielcach. Z tym nie było problemu, gdyż otrzymałem już roczny urlop płatny, a odkręcać załatwionej definitywnie już sprawy  Kuratorium nie zamierzało. Również wracać nie było już do czego, gdyż etat mój został zajęty,  jak się  później okazało, przez mego kolegę z Kaszczoru. Zatem  najbliższym pociągiem, przez Częstochowę i Włoszczową,  udałem się do Kielc.

            Po dotarciu na miejsce  bez trudności odnalazłem ulicę Leśną i internat, w którym jedyną żywą istotą była sprzątaczka. Dlatego ze zdziwieniem mnie powitała, gdyż  przybyłem  o trzy dni za wcześnie, bo planowany kurs miał się dopiero rozpocząć 5 września. Przebywając samotnie w tym niezbyt okazałym budynku, miałem wystarczająco dużo czasu,  aby zastanowić się, czy dobrze postąpiłem,  że zgodziłem się na tego rodzaju zamianę. Trudno, co  się stało,  to już się nie odstanie. Rok szkolny nie jest  znowu taki długi, zatem   za dziesięć miesięcy powrócę  do swego rodzinnego miasta i włączę się na powrót do przerwanej pracy.

            Nie zdawałem sobie jeszcze wtedy sprawy, że mój pobyt w Kielcach odmieni dalsze losy mojego życia, że już nigdy nie powrócę w swoje rodzinne strony, a znajdę się w nieznanym mi, odmiennym kulturowo środowisku,  gdzie będę zmuszony  cały cykl życiowy i zawodowy rozpoczynać od nowa.

▲   do góry

 

7. Wspólnie przez życie - na dobre i na złe



            W Kielcach poznałem koleżankę. Była jak ja uczestnikiem Państwowego Wyższego Kursu Nauczycielskiego. Na powyższy kurs została oddelegowana przez Inspektorat Oświaty w Żywcu jako jedyna spośród wyróżniających się nauczycieli w powiecie.

            W pierwszych dniach nie zwracałem na nią uwagi. Była jedną z wielu uczestniczek, które na kursie tym znalazły się, aby pogłębić swoje zawodowe kwalifikacje w zakresie języka polskiego i historii. Spośród kursantek nie wyróżniała się niczym nadzwyczajnym, może jedynie tym, że ubierała się zbyt barwnie, a pod szyją zawiązywała kokardę. Lubowała się w kolorach różo-pochodnych i w różnych odcieniach brązu.

            Była indywidualistką, dlatego z początku trzymała się na uboczu. Stwarzała wrażenie osoby nieprzystępnej, nieufnej, zadufanej w sobie. Na zbyt natarczywe zaczepki i nieprzemyślane zagadywania odparowywała ,,prosto z mostu”. Nic dziwnego, że tak gwałtownie reagowała, przecież urodziła się pod znakiem zodiakalnego ,,barana”. Jednak przy bliższym kontakcie okazywała się zgoła kimś innym. W rzeczywistości była osobą bardzo skromną, dobrze ułożoną, a przede wszystkim niezmiernie miłą. Posiadała duże poczucie humoru, dlatego uśmiech często pojawiał się na jej obliczu.

            Jednak zasadniczym walorem jej osobowości była pracowitość. W czasie wykładu całą uwagę koncentrowała na profesorze, starając się jak najwięcej zapamiętać, by nie uronić żadnego wypowiedzianego przez niego zdania. Wykłady zapisywała na bieżąco w iście pedantycznym stylu. Była przy tym bardzo dokładna i skrupulatna, może nawet nazbyt drobiazgowa. Zapewne ogół tych cech zadecydował, że wzbudziła moje zainteresowanie. Wnet zawiązały się między nami bliższe stosunki koleżeńskie, które z czasem przerodziły się w ,,coś więcej”.

            Odtąd stanowiliśmy nierozłączną parę, zatem zawsze i wszędzie przebywaliśmy razem. Braliśmy udział we wszelkich imprezach organizowanych przez kierownictwo kursu jak: zabawy, wycieczki i spotkania literackie. Ponadto wykorzystywaliśmy wszelkie okazje, aby jak najwięcej czasu spędzać razem. Nawet do egzaminów przygotowywaliśmy się wspólnie. Pasowaliśmy do siebie i rozumieliśmy się. W wielu przypadkach mieliśmy także zbliżone zapatrywania i poglądy.

            Aby pozostawać ze sobą ,,sam na sam”, uczęszczaliśmy często do kina lub odwiedzaliśmy miejscowe kawiarnie. Najczęściej jednak spacerowaliśmy w parku i po zboczach Kadzielni. Nieraz zapuszczaliśmy się dalej, na wzgórze zwane Karczówka. Dowcipkowaliśmy wówczas, że podtrzymujemy miejscową tradycję i wzorem bohaterki głośnej powieści Stefana Żeromskiego Ewy Pobratymskiej podążamy jej szlakiem.

            Z Karczówki, zwłaszcza spod murów usytuowanego tam zabytkowego klasztoru, roztaczał się wspaniały widok na ruiny zamku w Chęcinach i panoramę Gór Świętokrzyskich. Na przebywających na wzgórzu pejzaż ów wywierał niezapomniane wrażenie. Na nas oddziaływał podobnie. Kiedy do tego doda się jeszcze bujną soczystą zieleń, śpiewające ptaki, łany woniejących kwiatów i nas dwoje beztroskich, zakochanych w sobie i pełnych wigoru, otrzyma się dopiero całość nastrojowego, romantycznego obrazu. W takim plenerze trudno było oprzeć się uczuciom i chociaż przez całą drogę przyrzekaliśmy sobie, że będziemy się przykładnie uczyć, to w zaistniałych okolicznościach podjęte zobowiązanie z trudem przyszło nam dotrzymać.

            Od Świąt Bożego Narodzenia dotychczasowa przyjaźń przeobraziła się w miłość. Odtąd coraz częściej nawiązywaliśmy rozmowę na temat naszej przyszłości. Aby zachęcić mnie do osiedlenia się w górach, dużo opowiadała o swojej pracy zawodowej, o pięknie gór i ich mieszkańcach, o zwyczajach i obyczajach góralskich.

            Jako absolwentka Państwowego Liceum Pedagogicznego w Białej Krakowskiej podjęła pracę na Żywiecczyźnie we wsi Kamesznica u stóp Baraniej Góry. Była zafascynowana swoją pracą, kochała wykonywany zawód jak i młodzież, którą przyszło jej uczyć. Widać, że pracę pedagogiczną traktowała jako powołanie i z takim nastawieniem podchodziła do sprawowanej funkcji nauczyciela-wychowawcy.

            Chociaż koledzy moi określali ją jako ,,Góralkę od Żywca” to właściwie pochodziła spod Krakowa, z Tłuczani. Ta niewielka miejscowość jest usytuowana 35 km na południowy zachód od dawnej stolicy Polski. Ściślej określając, leży na prawym zboczu pradoliny Wisły, którego południowy stok tworzy Pogórze Wielickie. Rodzinny jej dom był położony poza wsią, na podłużnym dziale nazywanym w miejscowej gwarze ,,Gorkami”.

            Wywodziła się z rodziny chłopskiej zaliczanej w owych czasach do dwuzawodowców, Ojciec, obok 4 hektarowego gospodarstwa zajmował się szewstwem, a raczej cholewkarstwem. Jego specjalnością była produkcja butów tzw. oficerek. Matka natomiast była krawcową. W chwilach wolnych zajmowała się handlem. Interesował ją towar, który w powojennym czasie był deficytowy. Materialnie nieźle im się powodziło. Tuż przed wojną zbudowali obszerny dom, który wśród tradycyjnej wiejskiej zabudowy był jednym z nielicznych wzniesionych z cegły obiektów w tej miejscowości.

            Przyszły mój teść był człowiekiem nad podziw oczytanym, towarzyskim, żądnym bieżących wiadomości. Z tej racji nie szczędził środków na książki i czasopisma periodyczne. Uczestniczył także aktywnie w życiu społecznym wsi. Był czynnym członkiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Brał bezpośredni udział w organizowaniu zabaw towarzyskich, festynów i imprez kulturalnych takich jak: amatorskie przedstawienia teatralne czy jasełka. Tymi przedsięwzięciami zyskał ogólne uznanie, szacunek i poważanie u mieszkańców wsi, przez co wyrobił sobie odpowiedni status społeczny.

           Rodzeństwo mojej przyszłej żony składało się z braci i siostry. Najstarszy Marian, już żonaty, pracował w przedsiębiorstwie transportowym w Krakowie. Edward był brygadzistą w hucie ,,Kościuszko” w Chorzowie. Siostra Fela zaś, po ukończeniu kursu przygotowawczego, podjęła pracę przedszkolanki w Stanisławiu Dolnym.

            Niezależnie od miejsca zamieszkania wszyscy oni tworzyli bardzo zżytą rodzinę związaną trwale z ojczystym domem. Toteż podczas świąt i w dni wolne od pracy spotykali się, spędzając czas wesoło i z humorem. Sprzyjał temu fakt, że wszyscy posiadali wrodzony talent muzyczny. Z tej racji stworzyli oryginalny zespół orkiestrowy złożony ze skrzypiec, mandolin i perkusji. Posiadali także chyba jedyny w tej wsi gramofon płytowy. Rozumie się, że przy takim grającym urządzeniu dom ,,Na Gorkach” stawał się lokalem otwartym, swoistym ośrodkiem kultury, gdzie okoliczna kawalerka mogła się spotkać i beztrosko zabawić.

            Taką sytuację zastałem, gdy po raz pierwszy znalazłem się w tym środowisku. Odpowiadała mi taka swojska, rodzinna atmosfera, pełna wesołości, radości i humoru. Zatem częściej towarzyszyłem mojej przyszłej żonie w jej podróżach do rodzinnego domu.

            W okresie wiosennej przerwy semestralnej postanowiliśmy, że pobierzemy się w okresie wakacji letnich, a pracę podejmiemy na Żywiecczyźnie. Zatem klamka zapadła.

            Kiedyśmy na początku wakacji o podjętym zamiarze powiadomili rodzinę, wytworzyła się niemiła sytuacja. Rodzice w ogóle nie reagowali, gdyż byli na taką wiadomość przygotowani. Natomiast ogromne zdziwienie i zaskoczenie nasze oświadczyny wywołały u Edwarda, a przede wszystkim u Feli.

            W pierwszej chwili taka reakcja wielce nas zasmuciła, lecz wnet otrzymaliśmy na nią odpowiedź. Otóż Edek miał narzeczoną, z którą zamierzał niebawem się pobrać. Zależało mu na tym, aby to nastąpiło koniecznie tego lata. Nie zdążył tylko o podjętej decyzji powiadomić rodziny. I to go w pełni usprawiedliwiało.

            Niezrozumiała natomiast była dla nas reakcja Feli. I ta sprawa niebawem się wyjaśniła. Otóż w tym środowisku utrwalił się zwyczaj polegający na zachowaniu kolejności starszeństwa w zawieraniu małżeństw. Odstępstwo od tej hierarchicznej zasady stanowiło dla pominiętej panny rodzaj upokorzenia, narażało ją na kpiny i pośmiewisko. Nazwanie w tutejszym środowisku dziewczyny ,,starą panną” było niewybaczalną obelgą. Dlatego Fela tak spontanicznie zareagowała.

            Odtąd dotychczasowa miła atmosfera stała się nieprzyjemna. Chociaż rozumieliśmy zaistniałą sytuację i wczuwaliśmy się w położenie Feli, to nie widzieliśmy alternatywnego rozwiązania tej kwestii. Nie pomogły nawet urządzane przez nią ciągłe scysje, awantury czy histerie. Myśmy trwali zdecydowanie i niezmiennie przy swojej decyzji.

            W końcu sprawą naszego i Edka ślubu zajęli się teściowie. Z kalendarzem w ręku ustalili daty poszczególnych imprez. Wyznaczony termin odpowiadał nam jak najbardziej, gdyż mieścił się w naszych planach. Feli nie brano pod uwagę, gdyż nigdy nie wspominała, że ma chłopaka, z którym zamierza w najbliższym czasie zawrzeć związek małżeński.

            Organizacją i technicznym przygotowaniem wesel zajęła się teściowa. Orzekła, że wesela nasze będą się odbywać oddzielnie w czternastodniowych odstępach, chociaż sugerowaliśmy, aby obydwie imprezy połączyć razem, nie dała się przekonać.

            Wesele Edka zaplanowano na 14 lipca. Zatem nasz ślub, według takiego harmonogramu odbyłby się jeszcze w tym samym miesiącu. Miałem zatem cały sierpień do własnej dyspozycji, aby podjąć niezbędne działania związane z przeniesieniem i załatwieniem miejsca pracy.

 

            Aby to zrealizować, należało najpierw zawrzeć ślub cywilny. Nazajutrz po uroczystościach weselnych Edka, w towarzystwie teścia i dwóch świadków udaliśmy się do Urzędu Stanu Cywilnego w Brzeźnicy w celu zawarcia cywilnego związku małżeńskiego. Tego rodzaju małżeńskie kontrakty cywilne, w przeciwieństwie do ziem byłego zaboru pruskiego, były przez miejscową społeczność nie uznawane. Zatem naszych zaślubin nikt nie traktował poważnienie, może z wyjątkiem Edka i jego świeżo poślubionej żony. Liczył się tyko ślub zawarty w rzymskokatolickim kościele. Może taki negatywny stosunek do tego rodzaju transakcji ślubnej tkwił w warunkach, w jakich ten akt był przeprowadzany. W tak ważnej dla człowieka życiowej chwili warunki te były zupełnie nieodpowiednie i wprost urągające powadze sytuacji.

            Kiedy czasem powracam do tamtych wydarzeń i przypomnę sobie scenariusz oraz okoliczności, w jakich ten nasz cywilny związek ślubny został zawarty, myślę, że gdybym to publicznie ujawnił, to zostałby on bezzwłocznie unieważniony. Jednak w owych czasach tego rodzaju formalności ślubne były przez urzędnika tutejszej gminy tak przeprowadzane. Nic dziwnego, że w taki sam lekceważący sposób były traktowane przez miejscową ludność.

            Jednak zgodnie z prawem, czy to się komuś podobało, czy też nie, to stanowiliśmy już legalny związek małżeński: byliśmy mężem i żoną. Zatem po powrocie do domu natychmiast wystawiono stół, wniesiono zakąskę oraz trunki i rozpoczęło się ucztowanie przerywane częstymi, wznoszonymi na naszą cześć, toastami.

            Przy tak swobodnej atmosferze nie zauważono, że temu wszystkiemu z uwagą przysłuchuje się Fela. Nie wiadomo, od jakiego czasu to tak trwało. Musiała również w tym czasie coś głęboko rozważać, bo w końcu zerwała się z miejsca, pobiegła do izby, zarzuciła na siebie prochowiec i w pośpiechu pobiegła drogą w stronę Marcyporęby. Zdążyła jedynie na odchodnym oznajmić matce, że idzie do Stanisławia i nie wiadomo, kiedy powróci.
Nazajutrz, kiedy w najlepsze trwały jeszcze ,,poprawiny”, pojawiła się nagle Fela w towarzystwie jakiegoś chłopaka, do którego zwracała się per Bolek. Wraz z nimi przybył również znajomy mojego teścia, ceniony i poważany w Stanisławiu rzemieślnik szewski. Zatem poproszono, aby się ku nam przysiadł i opowiedział, co go do nas sprowadza. Wtedy oświadczył nam, że reprezentuje narzeczonego ,,panny Felicji”, a znalazł się tutaj w charakterze ich ,,swata”.
To co usłyszeliśmy, zszokowało nas niezmiernie. Przecież taka wiadomość zwiastuje kolejny ślub, a to niweczy wszystkie dotychczasowe nasze plany. Jak my się teraz pomieścimy w czasie? W takich okolicznościach, odliczając czas przeznaczony na zapowiedzi, to ślub Feli, o ile nie zaistnieją nieprzewidziane przeszkody, powinien się odbyć w pierwszej dekadzie sierpnia. Zatem nasze zaślubiny będą się mogły odbyć dopiero pod koniec tego miesiąca. Pozostanie nam zaledwie kilka dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Niezmiernie mało!

            Wobec zaistniałej sytuacji byliśmy bezradni. Należy więc zacząć działać intensywniej i bezzwłocznie. Zatem nazajutrz udaliśmy się do Żywca, aby w tamtejszym Inspektoracie Oświaty załatwić formalności związane z moim przeniesieniem i ustalić miejsce naszej pracy. W owym czasie znalezienie odpowiedniego zatrudnienia w zawodzie nauczycielskim nie było problemem. Można było w tym zakresie dowolnie wybierać i przebierać.

            W inspektoracie zaproponowano mi stanowisko instruktora do przedmiotu o nazwie nauka o Polsce i świecie współczesnym. Myśmy jednak postanowili, że będziemy pracować razem. Ponieważ zwolniło się stanowisko kierownika szkoły w Nieledwi , postanowiliśmy przejąć tę placówkę. Zatem problem naszej przyszłej wspólnej pracy mieliśmy już z głowy.

            Aby nie tracić czasu na powtórną podróż, zamiast do domu, bezzwłocznie udaliśmy się pociągiem do Milówki, a stamtąd już pieszo do Nieledwi, aby obejrzeć placówkę, którą postanowiłem objąć.

            Wieś Nieledwia była położona w dolinie, za rzeką Sołą, u stóp wyniosłego masywu górskiego nazywanego Zabawą. Była zatem typową wsią góralską i jak większość tego typu osad rozciągała się na przestrzeni kilku kilometrów. Do wsi wiodła kamienista, wyboista droga, która w oddali, poprzez przełęcz Kotelnicę, łączyła się z przysiółkiem Kiczora.

            Byłem w tych stronach po raz pierwszy, zatem trudno było mi się poruszać po tym nieznanym, obcym terenie. Wprawdzie żona moja, zanim jeszcze zdążyliśmy się poznać, pracowała w tej części Kotliny Żywieckiej, jednak dotrzeć do tej miejscowości nie miała okazji. Zatem razem zmierzaliśmy w nieznane.

            Zbliżaliśmy się do wsi. Przed nami zarysowało się pierwsze skupisko chat określane w miejscowym nazewnictwie ,,placem” . Dotychczas na swej drodze nie napotkaliśmy żadnej żywej istoty. Czyżby sprawcą tego był upał, że wszystko co żyło gdzieś się pochowało? Dopiero u wylotu wsi pojawił się na naszej drodze wóz zaprzężony w jednego konia. Siedzącego na koźle woźnicę zapytaliśmy, jak daleko jest jeszcze do szkoły i jak do niej najłatwiej dotrzeć. Góral okazał się człowiekiem niezbyt rozmownym. Długo to dosyć trwało zanim wyksztusił z siebie bardzo zdawkowe zdanie, patrząc przy tym na nas jakoś podejrzliwie: ,,Nu, bydzie tego jesce walny kąsek”. Zanim zdążyliśmy mu podziękować, podciął konia i odjechał w stronę Milówki.

            Niezrażeni informacją woźnicy weszliśmy w pierwsze zabudowania. Wśród nich znajdował się sklep spożywczy. Był on usytuowany w zwykłym domu, tak jak większość góralskich budynków, wzniesionym z drewna. Ten różnił się od pozostałych budowli tym, że posiadał stosunkowo wysokie schody osłonięte na zewnątrz gankiem, bardzo pomysłowo zdobionym w stylu góralskim.

            Sklep, oprócz artykułów spożywczych, prowadził także sprzedaż różnego rodzaju napojów, w tym również alkoholowych. Ponieważ dzień był upalny i po przebyciu dotychczasowego odcinka drogi odczuwaliśmy pragnienie, postanowiliśmy wstąpić do sklepu, aby się czegoś napić. Tam zastaliśmy gromadkę mężczyzn, którzy wsparci o ladę dyskutowali nad czymś zawzięcie, racząc się gorzałką. Kiedy nas spostrzegli, momentalnie zamilkli i zaczęli się nam z zaciekawieniem przyglądać. Nie wiem, jak długo by trwała taka niezręczna sytuacja, gdyby w końcu tego kłopotliwego milczenia nie przerwał najstarszy spośród pijących. Musiało go to wiele kosztować, zanim zdobył się na odwagę i skierował ku nam pytanie: ,,A państwo to skąd do nas przybyli i dokąd zmierzają ?” Z odpowiedzią pospieszyła żona. Zaspokajając ciekawość pytającego, wyjaśniła, że jesteśmy nauczycielami i podążamy do szkoły, aby z nowym rokiem podjąć pracę w tej placówce. Na te słowa naszego rozmówcę ogarnęła jakaś spontaniczna wesołość. Nie wiedziałem, dlaczego to proste wyjaśnienie żony tak bardzo go rozbawiło. Zaraz zaczął się z nami witać, jakbyśmy byli od dawna jego znajomymi, oznajmiając przy tym, że jest sołtysem, nazywa się Ludwik Caputa i już od dwóch tygodni oczekuje przybycia nowego kierownika. Podczas dalszych jego wywodów dowiedziałem się, że jako sołtys został z urzędu gminy upoważniony do przejęcia majątku szkolnego od ustępującego kierownika, który musiał bezzwłocznie wyjechać. Czekał..., aż w końcu się doczekał, by móc wreszcie szkołę przekazać nowemu szefowi. Z tą chwilą w pomieszczeniu zrobiło się gwarno. Każdy tam obecny pragnął się z nami przywitać i starał się w jakiś swoisty sposób wyrazić swoje zadowolenie, że danym mu było poznać nowe kierownictwo szkoły. Zaraz ladę przykryto jakimś wymiętym obrusem, na którym pojawiła się nowa butelka najlepszego gatunku wódki. Mimo że nie byliśmy na tego rodzaju powitanie przygotowani i czuliśmy się niezmiernie zaskoczeni i zażenowani, to w dodatku musieliśmy po kolei do każdego przepijać, gdyż taki tu panował zwyczaj. Muszę przyznać, że przy niemiłosiernym upale i pustym żołądku, wnet zamąciło mi się w głowie.

            Zanim wyszliśmy ze sklepu, przez wieś zdążyła już przebiec fama, że oto pojawił się nowy kierownik. Dlatego przez dalszą drogę byliśmy pod stałą obserwacją żądnych sensacji mieszkańców. Na zewnątrz nie było tego widać, ale wyczuwało się to na odległość, bo zdradzały to chowające się po obejściach dzieci, szmery i wyzierające zza węgła chałup połyskujące oczy. W drodze tej towarzyszył nam sołtys, który starał się nas na bieżąco zapoznać z warunkami bytowymi wsi i szkoły oraz z zamierzeniami gminy.

            Wieś Nieledwia zalicza się do dawnej osady zarębnej lokowanej w XVII wieku przez żonę Zygmunta III Wazy - Konstancję z przybyłych na te tereny pasterzy wołoskich. Stąd odmienny typ tej ludności zachowującej własne tradycje, poglądy, zapatrywania i nawyki. Te relikty odziedziczone po pasterskich protoplastach były kultywowane po części jeszcze przez ówczesne pokolenie. Wśród takich ludzi przyjdzie nam pracować i kształtować ich mentalność stosownie do potrzeb współczesnego życia.

 



* * *

 


            Po powrocie do Tłuczani nie zastaliśmy już Feli ani jej narzeczonego. Krótko przed naszym przybyciem udali się do Stanisławia, aby nazajutrz w Urzędzie Stanu Cywilnego i u miejscowego proboszcza uzyskać stosowne dokumenty niezbędne do zawarcia ślubu kościelnego.

            Zajęci własnymi problemami nie interesowaliśmy się tak prozaicznymi sprawami jak to, co mówiło się ,,po chałupach” na temat wydarzeń na ,,Gorkach”. Znając dobrze wiejskie środowisko, wiedziałem, że rozprawiano na te tematy i to bardzo intensywnie, tylko że te odgłosy do nas bezpośrednio nie docierały. Przecież nie tak często się zdarza, aby w okresie jednego sezonu udało się wydać za mąż troje dzieci, jak to miało miejsce u Ramsów. Jednak w życiu, chociaż rzadko, tego rodzaju przypadki się zdarzają. Nie przypuszczam również, aby szersze zainteresowanie budził fakt, dlaczego ślub Edka odbywa się w Tłuczani, a nie u jego narzeczonej na Śląsku. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Zadecydowały w tym przypadku trudności aprowizacyjne i lokalowe jakie w powojennych latach stawały się odczuwalne w dużych aglomeracjach. miejskich.

            Ogromne zainteresowanie natomiast wzbudziła nagła i pochopna decyzja Feli w tak ważnej życiowo sprawie. Każdy zadawał sobie pytanie, za kogo ona wychodzi za mąż. Skąd na poczekaniu wytrzasnęła takiego kandydata, który zobowiązał się z nią dzielić życie ,,na dobre i na złe”? Tym bardziej, iż tajemnicą poliszynela było, że jest on znanym w całej okolicy lumpem. Zatem ze Stanisławia docierały na ,,Gorki” wielce niepokojące wieści, w których moich teściów ostrzegano co do niegodnych poczynań ich przyszłego zięcia. Było też powszechnie wiadomym, że jest pijakiem i nierobem, że nie szanuje rodziców i przebywa często poza domem w gronie jemu podobnych osobników.

            Tego rodzaju pogłoski nie były dla nas zaskoczeniem. Potwierdzały jedynie to, co usłyszeliśmy już wcześniej z ust ,,zaufanego swata”. Podpiwszy sobie, oświadczył, że o kandydacie na męża dla Feli przekazuje wszystko, co mu jest wiadomym, ,,bo rodzinę Ramsów szanuje i poważa i nie chciałby, aby w przyszłości miano do niego pretensję czy żal, że coś przemilczał lub zataił”. Tym niepokojącym opiniom teściowie moi nie dawali jednak wiary. Na korzyść Bolka przemawiało najwyraźniej to, że był szewcem i mógł w przyszłości po teściu przejąć jego warsztat.

            Pod względem aparycji Bolek prezentował się nie najgorzej. Jednak przy bliższym kontakcie ujawniał cechy człowieka nieokrzesanego, prostaka, nie umiejącego znaleźć się w normalnym towarzystwie. Ponadto wzajemny stosunek przyszłych małżonków wydawał mi się jakiś nienaturalny. Nie zauważyłem, aby kiedyś trzymali się za ręce, szeptali do siebie czułe słówka, a tym bardziej, aby się całowali. Ciągle odnosiłem wrażenie, że coś przed nami ukrywają, czyniąc wszystko, aby to,, coś” nie wyszło na jaw. Chodziło chyba o to, że Bolek był od Feli o kilka lat młodszy. Nie uważałem, aby to było aż tak istotne, by musieli się ukrywać z wyrażaniem wzajemnych uczuć.

            Część wątpliwości i zastrzeżeń odnośnie niezbyt pochlebnych opinii na temat Bolka złagodziła zapewne wizyta jego rodziców. Zamknięci w pokoju wraz z moimi teściami długo nad czymś debatowali. Nie dociekałem, nad czym tak skwapliwie rozprawiali i ile kieliszków nalewki do siebie przepili. Musiało być tego sporo, skoro w końcu doprowadziło do konkretnych ustaleń. W każdym razie moi teściowie nie stwarzali odtąd Feli żadnych przeszkód, a odnośnie przyszłego zięcia milczeli. Widocznie pogodzili się z zaistniałym faktem, wychodząc z założenia, że ,,jak sobie pościele, tak się wyśpi”. Zapewne mieli nadzieję, że ich przyszły zięć, mając żonę, w końcu się ustatkuje, zaniecha towarzystwa dawnych kolegów i wyzbędzie się zgubnych nawyków.

            Przy takiej wyrozumiałości i życzliwym podejściu ze strony rodziców panny młodej do jej przyszłego męża odbyło się na ,,Gorkach” kolejne wesele. Znowu rżnęła ludowa orkiestra skoczne krakowiaki i oberki. Tańczono i śpiewano, przepijano na zdrowie i poklepywano się po plecach, mając nadzieję, że ,,jakoś to będzie”. A jak było, to niebawem czas pokazał!

            Związek małżeński zawarty w nierozważny, pośpieszny sposób i bez miłości, z osobą niesprawdzoną, przymuszoną, nie wiadomo za cenę jakich obietnic, nie rokował od początku trwałości. Może to brzmi zbyt złowieszczo, ale tak wyszło. Do dzisiaj nie mogę pojąć, dlaczego wobec tak niekorzystnej opinii, żaden z jej braci nie spróbował przemówić Feli do rozsądku. Może w końcu otworzyłyby się jej oczy. Przecież Fela była już osobą dojrzałą, zatem zdawała sobie chyba sprawę z tego co czyni. Tym bardziej, że nikt jej do niczego nie przymuszał. Pozostawiono jej w pełni swobodę działania, miała zatem ,,wolną i nieprzymuszoną wolę”. Ostateczna decyzja należała wyłącznie do niej. A Fela jak wybrała, takie poniosła tego skutki. Była to już jej prywatna sprawa.
 




* * *

 


            Nasza ceremonia ślubna odbyła się w niedzielę 24 sierpnia 1952 roku w Tłuczani w niewykończonym jeszcze kościele. Poprzedni kościół parafialny spłonął w czasie wojny.

            Zgodnie z panującym w tych stronach zwyczajem do kościoła orszak weselny podążał pieszo. Na czele kroczył starosta wesela. Tę zaszczytną funkcję sprawował najstarszy brat mojej żony Marian. Należy podkreślić, że z powierzonego zadania wywiązał się znakomicie. Za nim kroczyła ludowa kapela, która przez całą drogę rżnęła skoczne krakowskie melodie. Zwyczaj ten nieznany w wolsztyńskim regionie wzbudzał u moich gości sensację i podziw. Najwięcej ubawu podczas weselnego przyjęcia miało moje młodsze rodzeństwo, zwłaszcza Staszek i Jurek, którzy z papierowymi wstążkami biegali wokół domu, niemiłosiernie wrzeszcząc.

            Nazajutrz, kiedy już goście się rozjechali i wyciszyło się po weselnej wrzawie, a życie powróciło do normy, spakowaliśmy się, aby najbliższym rannym pociągiem udać się do Nieledwi na naszą szkolną placówkę. Chociaż byliśmy świeżo poślubioną parą, nie odczuwaliśmy jakiegoś widocznego zadowolenia. Może sprawcą tego było potworne zmęczenie, jakie teraz dało o osobie znać po tych dniach przygotowań i nieprzespanych nocach. Dopiero w pociągu odczułem pewną ulgę, że już ten podstawowy problem życiowy mam za sobą. Ale rysowały się nowe trudności i to bardzo istotne.

            Niepokojem i lękiem napawała mnie np. wizja najbliższej przyszłości. Zmierzałem w nieznane, w nowy, obcy mi świat, do środowiska, w którym będę zmuszony pracować z obcymi mi ludźmi i zaczynać wszystko od początku. W dodatku zdawałem sobie sprawę z warunków, w jakich przyjdzie nam żyć. Przecież niczego nie mieliśmy z wyjątkiem tego, co było zawarte w taszczonych przez nas walizkach. Wszystko zatem będziemy musieli rozpoczynać od podstaw, od przysłowiowego zera.

            Wprawdzie teściowie zamówili dla nas w Kalwarii Zebrzydowskiej sypialnię, jak na owe czasy bardzo modną i nowoczesną, ale jak tu przeżyć ten czas do nadejścia mebli, nie mając żadnego sprzętu. Dobrze, że chociaż był sprawny piec, na którym żona mogła przyrządzić ciepłą strawę. Aby nie trwać w pustym mieszkaniu, przynieśliśmy z klasy stół, dwa krzesła i umywalkę. Chwilowo musiało nam to skromne wyposażenie wystarczać.

            Szkoła Powszechna II stopnia w Nieledwi, bo tak brzmiała jej pełna nazwa, zajmowała budynek murowany, jednopiętrowy, usytuowany nie opodal drogi, na niewielkim zboczu. Został on wzniesiony w latach 1911-1914 przez ówczesne galicyjskie władze oświatowe według powtarzalnego planu. Dlatego w tym rejonie znajdowało się wiele tego typu szkół zbudowanych na tę samą modłę. Jak na tamtejsze czasy była to szkoła nowoczesna. Posiadała cztery sale lekcyjne o standartowych wymiarach, kancelarię, nieduży korytarz i bardzo obszerne mieszkanie dla kierownika szkoły. Pozostałe, niezbędne przy tego rodzaju obiektach pomieszczenia gospodarczo-sanitarne znajdowały się poza budynkiem, na zewnątrz.

            Jak się później dowiedzieliśmy, szkoła powstała dzięki staraniom ówczesnego kierownika tej placówki Władysława Wiśniowskiego, który tuż przed drugą wojną światową został z Nieledwi przeniesiony do Tłuczani, gdzie był nauczycielem mojej żony. Czasem życie niesie z sobą takie nieprzewidziane miłe niespodzianki.

            Wreszcie dostarczono nam tak oczekiwane meble. Zostały ustawione w pośrednim pokoju. Mieliśmy już sypialnię. Teraz należało postarać się o kuchnię. W tej sprawie wyjeżdżaliśmy kilkakrotnie do Żywca, aż w końcu udało się nam podejść taką, jaka nam odpowiadała. Byliśmy szczęśliwi, że wreszcie mamy własne mieszkanie. Zatem już bez stresu mogliśmy stanąć do pracy i rozpocząć wspólną ,,drogę przez życie”. Oby szczęśliwie!

            Rok szkolny 1952 / 53 rozpoczął się normalnie. Otwarcia dokonał znany już nam sołtys, który przedstawił nas i przywitał w imieniu gromady, po czym młodzież szkolna wręczyła nam kwiaty. Była nawet część artystyczna, którą z dziećmi przygotowała zatrudniona w tej placówce nauczycielka Stasia Kumorowicz. Złożyły się nań wiersze i znane powszechnie góralskie piosenki. Bardzo licznie w powyższej imprezie uczestniczyli rodzice, ciekawi jak to nowe grono pedagogiczne się prezentuje i czego po nim będzie można się spodziewać.

            Uroczystość inauguracyjna nie trwała zbyt długo, bo zaraz po niej odbyła się rada pedagogiczna. Była bardzo pracowita i przeciągnęła się do późnych godzin popołudniowych.

            Ze względu na zmianę kierownictwa szkoły i po części kadry nauczycielskiej zaistniała konieczność dokonania nowej organizacji pracy.

            Z arkusza organizacyjnego wynikało, że liczba młodzieży objętej obowiązkiem szkolnym nie przekracza 104 uczniów. Zatem pod względem organizacyjnym szkoła w Nieledwi pozostawała nadal jako placówka II stopnia. Znaczy to, że praca odbywać się będzie na dwie zmiany, a nauczanie będzie prowadzone w oddziałach łączonych. W związku z powyższym należało dokonać rozdziału przedmiotów nauczania pomiędzy nauczycieli, przydzielić im wychowawstwa klas, przedstawić podstawowe założenia programowe i ustalić rozkład zajęć na najbliższe dni. Poszło to stosunkowo łatwo, gdyż całe grono nauczycielskie składało się zaledwie z czterech osób, ale za to młodych, zgodnych, znających się na rzeczy i pełnych twórczego zapału.

            We wsiach o niedużym zagęszczeniu populacyjnym dominowały tylko tego typu szkoły, co nie było zatem dla nas zaskoczeniem ani nowością. Przecież w Liceach Pedagogicznych przygotowywano nas także do pracy w oddziałach łączonych. Dlatego nazajutrz nauczanie ruszyło pełną parą.

            Przyjemnie było znowu stanąć przed uczniowskim zespołem wpatrzonym we mnie pełnym skupienia i lęku wzrokiem, wchłaniającym każde skierowane do nich zdanie. Lubiłem swoją pracę i starałem się w toku nauczania przekazać młodzieży jak najszerszy zasób wiadomości. Zdawałem sobie sprawę, że w okresie letnim czy w sezonie pilnych prac polowych młodzież jest wykorzystywana przy nadzorowaniu bydła i niańczeniu młodszego rodzeństwa, dlatego na czytanie lektur czasu już nie starcza. Zatem jedynie tylko taki zasób wiadomości, który zdołamy uczniom przekazać podczas lekcji, stanowić będzie podstawę jej przyszłego wykształcenia. Dlatego staraliśmy się tak pracować, aby wykorzystać w pełni czas przeznaczony na nauczanie i przestrzegać, by nie przepadła żadna z lekcji. Przy takiej dyscyplinie i rzetelnej pracy organizacyjnej udało się nam podnieść prestiż szkoły, przez co zyskaliśmy u władz oświatowych uznanie, a szacunek i poważanie w środowisku.

            Jeszcze nie zdążyłem w pełni rozwinąć działalności szkoły, a tu szok. Sprawcą tego okazało się pismo, jakie nadeszło pod moim adresem z RKU w Nowym Tomyślu, zawierające kartę wcielającą mnie do czynnej służby wojskowej. Że do tego dopuściłem, sam byłem sobie winien. Zajęty sprawami osobistymi, przy ciągłym zagonieniu, zapomniałem w porę uregulować swój stosunek do wojska. W zasadzie nauczycieli ze względu na braki kadrowe w oświacie nie wcielano do czynnej służby wojskowej. O takie odroczenie dla czynnych nauczycieli podlegających służbie wojskowej występowały z urzędu władze oświatowe. Ja w tym czasie nie byłem czynnym nauczycielem, gdyż przebywałem wówczas na rocznym urlopie. W dodatku nie miałem stałego miejsca zatrudnienia, więc tym bardziej podlegałem wcieleniu do służby czynnej.

            Należało zatem bezzwłocznie wystąpić do Ministerstwa Obrony Narodowej ze stosownym pismem, prosząc o odroczenie mnie od służby wojskowej. Argumenty miałem przekonywujące, że jestem kierownikiem szkoły, że objąłem nową placówkę, a najistotniejsze było to, że moja żona jest w ciąży. Wszystkie przedstawione argumenty zostały poparte stosownymi urzędowymi pismami. Ponadto Urząd Gminnej Rady Narodowej w Milówce w powyższej sprawie przesłał odpowiednio uargumentowane pismo do Rady Państwa. Wszystko co możliwe zostało zatem zrobione. Należało więc cierpliwie czekać na odpowiedź.

            Termin wyjazdu się zbliżał, a odpowiedź nie nadchodziła. Nadeszła natomiast ta krytyczna chwila, że trzeba było się spakować, pożegnać i wyjechać. O jakże trudne było to nasze pierwsze rozstanie. A musieliśmy się rozstać. Przecież nie mogłem dopuścić, aby uznano mnie za dezertera.

            Odpowiedź uwzględniająca reklamację nadeszła nazajutrz. Ja o tej decyzji dowiedziałem się dopiero w Nowym Tomyślu, kiedy szef tamtejszego RKU oznajmił mi, że jestem wolny.

            Jakaż to ulga. Nie czekałem nawet na wystawienie pisma uprawniającego do bezpłatnego przejazdu, lecz najbliższym pociągiem udałem się w drogę powrotną., aby jak najprędzej znaleźć się w domu, u boku żony.

            Powróciłem, a wraz z moim powrotem praca w szkole wkroczyła w swój dawny rytm. Stosunkowo prędko ,,zaaklimatyzowaliśmy” się w nowym środowisku. Wnet nawiązaliśmy przyjacielskie kontakty z nauczycielami sąsiednich szkół. Szczególnie zażyłe stosunki łączyły nas z pp. Jeleśniańskimi, Białożytami i Porębskimi. Bardzo często spotykaliśmy się z okazji świąt, zebrań, konferencji czy po prostu towarzysko. Z każdym dniem życie nasze stawało się barwniejsze, a praca ciekawsza.

            Zajęcia szkolne kończyły się zazwyczaj o godzinie 14-tej. W porze letniej pozostawało nam wiele czasu do własnej dyspozycji. Wykorzystywaliśmy wówczas ten czas, organizując wypady do najbliższego wąwozu, do lasu lub na górskie szczyty.

            Szczególnie wiele radości sprawiały nam wyprawy na pobliskie hale w poszukiwaniu grzybów. W czasach kiedy lasy nie zostały jeszcze zdewastowane, a środowisko naturalne zachowało swój pierwotny, nieskażony charakter, grzybów i innego runa leśnego było w bród. Toteż pełnymi koszami znosiliśmy z lasu grzyby, które następnie były przetwarzane w różnego rodzaju marynaty.

            W niespełna rok po ślubie na świat przyszło nasze pierwsze dziecię. Mnie ogarnął szał radości, tym większy, że noworodek okazał się chłopcem. Miałem syna, któremu nadaliśmy imię Grzegorz. Pragnieniem każdego mężczyzny jest mieć syna. Mnie się to udało. Widocznie szczęście mi sprzyjało!
 


* * *
 


            Nastały wakacje. Postanowiliśmy je spędzić u rodziców w Tłuczani. Zabraliśmy zatem nasze nowo narodzone maleństwo i jazda w drogę do Tłuczani. Byliśmy niezmiernie ciekawi, co porabiają na ,,Gorkach” i jak sobie radzą, gdyż nieco wcześniej również Fela powiła dzidziusia, córeczkę Urszulkę.

            Gościli zatem moi teściowie u siebie po raz pierwszy nowo narodzone wnuczęta. Jak już się razem spotkały, to wypadało, aby je razem ochrzcić. Postanowiono, że obrządek ten dopełniony zostanie w tłuczańskim kościele w rocznicę zaślubin Feli. I znowu Ramsowie wzbudzili na ,,Gorkach” sensację, chrzcząc za jednym zamachem dwoje swoich wnucząt.
 



* * *
 


            Rozpoczął się kolejny rok szkolny. Pod względem organizacyjnym i kadrowym nie zaszły żadne istotne zmiany. Programy nauczania i ich założenia dydaktyczno- wychowawcze pozostały niezmienione. Również system i metody nauczania zachowano takie same, jakie obowiązywały w roku ubiegłym. Zatem nauczanie głównych przedmiotów pozostawiono w rękach tych samych nauczycieli. Matematyki nadal uczył p. Bolesław Bury, późniejszy nauczyciel Technikum Drzewnego w Żywcu, a języka polskiego moja żona.

            Młodzież wiejska posługiwała się przede wszystkim gwarą, toteż w procesie kształcenia języka ojczystego szczególna rola przypadła polonistce. Żona radziła sobie z tym doskonale nie tylko dlatego, że posiadała stosowne przygotowanie metodyczne oraz wiedzę, ale głównie dlatego, że posiadała wrodzony dar narracji i przekonywania.

            W pracy zawodowej była szczególnie dokładna, skrupulatna i drobiazgowa. Każdą jednostkę lekcyjną dokładnie przemyślała, zarówno pod względem treści jak i formy, wykorzystując przy tym wszelkie dostępne pomoce dydaktyczne. Kiedy nie było ich w szkole, to sama je tworzyła.

            Lekcje przez nią prowadzone były ciekawe zarówno pod względem dydaktycznym jak i wychowawczym. Cele wychowania patriotycznego stawiała zawsze jako naczelne. Każda zaś lekcja musiała być doprowadzona do perfekcji. Lubowała się w tym bez reszty.

            Prędko dała się poznać jako wyróżniający pedagog, znajdując tym samym uznanie u władz oświatowych. Zaczęto jej zlecać prowadzenie lekcji praktycznych dla początkujących nauczycieli i kadry wizytatorsko-metodycznej nadzorującej proces dydaktyczno-wychowawczy w placówkach podległych żywieckiemu inspektoratowi.

            Swoim bezpośrednim podejściem, wyrozumiałością i życzliwością wobec młodzieży zasłużyła sobie na jej uznanie, poważanie i miłość. To z kolei przeniosło się na rodziców. Przyjemnie było pracować w takiej szkole, która była uważana za placówkę wzorcową, a wysiłek i osiągnięcia dydaktyczne nauczycieli doceniane przez władze i społeczeństwo.

            Mimo tak ewidentnych osiągnięć zawodowych była jednak ze swojej pracy niezadowolona, ciągle wysuwała w stosunku do siebie jakieś zastrzeżenia. Nie ufała sobie i nie wierzyła w swoje możliwości.

            Bardzo dużo czytała opracowań metodyczno - dydaktycznych oraz literatury przedmiotowej, przez co pogłębiała wiedzę i doskonaliła swój warsztat pracy. Swoje przemyślenia, uwagi i propozycje wyrażała w artykułach drukowanych na łamach ,,Głosu Nauczycielskiego” i w czasopismach metodycznych.

            Była bardzo czułą na niesprawiedliwość i bezmyślność graniczącą z głupotą. Dowodzi tego artykuł zamieszczony w ,,Głosie Nauczycielskim”, w którym w sposób prosty a przekonywujący rozprawia się z tępotą podinspektora szkolnego, dla którego najważniejsza była forma a nie treść, to, czy rozkład zajęć był zapisany w układzie pionowym, czy poziomym oraz w jaki sposób temat przeprowadzonej lekcji został odnotowany w dzienniku lekcyjnym. W części końcowej artykułu podaje kryteria, jakim odpowiadać powinna ,,wizytacja po nowemu”.

            Wśród nauczycieli, którzy mojej żony bliżej jeszcze nie poznali, stwarzała wrażenie osoby nieprzystępnej, zarozumiałej i aroganckiej. W rzeczywistości była zaprzeczeniem tego. Była bardzo towarzyska, dowcipna i wesoła. Uwielbiała tańczyć i śpiewać. Kto ją raz poznał, pragnął już zawsze jej towarzystwa. Chyba że zaliczał się do osób zazdrosnych lub wrogo do niej nastawionych. Miała bowiem czasami odwagę ,,bez ogródek” wygarnąć prawdę prosto w oczy. Za to w gronie osób zaufanych była lubiana, szanowana, zaś ze zdaniem jej się powszechnie liczono.

            Posiadała wyjątkowy dar przekonywania. Mówiła sugestywnie, z przejęciem i zaangażowaniem. Była zarazem subtelna. Każde jej słowo czy zdanie było przemyślane i tak dobrane, aby nie wyrządziło nikomu krzywdy. Była też niezmiernie czuła na ból i cierpienie drugiego człowieka. Stawała zawsze w obronie słabych i poszkodowanych, opiekowała się biednymi i potrzebującymi. Jednym słowem współczesna samarytanka i romantyczka.

            Z drugiej zaś strony była pełna optymizmu, radości życia, tryskająca humorem, operująca subtelnym dowcipem. Wyczytałem w którymś z czasopism, że planując dłuższą podróż należy w jej składzie przewidzieć zodiakalnego barana. Nie będziemy się wówczas nudzić. I to się sprawdzało w powszechnym, codziennym z nią życiu!

            W Nieledwi spędziliśmy 16 najprzyjemniejszych lat swego życia. Tutaj na świat przyszła także córka Grażyna. Odtąd stanowiliśmy już pełną rodzinę, mieliśmy komplet dzieci. Tutaj wzrastały, bawiły się, uczęszczały do szkoły i dojrzewały.

            Głęboko zatem wrośliśmy w tę góralską glebę. Zżyliśmy się z tym środowiskiem i z jego mieszkańcami. Ci zaś traktowali nas jak członków rodziny. Z tej racji zapraszano nas na wesela, chrzciny i spotkania towarzyskie.

            Ciekawe były tego rodzaju góralsko-rodzinne spotkania, a nawet czasem ryzykowne. Górale, podpiwszy sobie gorzałki, nieskrępowani żadnymi zasadami, będąc na całkowitym luzie, snuli dawne pasterskie opowieści czyli ,,pogodki” lub śpiewali skoczne góralskie piosenki. Wtedy wyzwalał się w nich temperament góralski wykazujący tendencję do żywiołowości, przejawiający się w pieśniach śpiewanych pełną piersią, niemalże z krzykiem, i w tańcach wykonywanych z nieokiełznaną dzikością. Uwalniały się wtedy trzymane w normalnych warunkach na wodzy zbójnickie instynkty. Przypominano sobie przeszłe czasy, kiedy to ich pradziadowie ,,na zbój chodzili”. Stosunek swój do powyższego procederu uzewnętrzniali niewiarogodnymi, makabrycznymi nieraz opowieściami i legendami.

            Podbudowani takimi wspomnieniami, przy nadmiarze spożytego trunku, stawali się nieobliczalni. Dzikość wyzierała z każdego ich spojrzenia, a gotowość do zwady czyhała w napiętych mięśniach. Wystarczyło jedno nieopatrzne słowo, nierozważny gest, a nawet dwuznaczne mrugnięcie okiem, a koniec imprezy był nieuchronny. Szły wtedy w ruch pięści oraz znajdujące się w zasięgu ręki naczynia i sprzęty domowe. Do rozróby włączały się nawet kobiety.

            Kiedy w izbie nie starczało miejsca, bijatyka przenosiła się na zewnątrz. Używano wtedy oderwanych z płotu sztachet, ułożonych pod domem bierwion opałowych, a nawet narzędzi gospodarczych.

            Gdy już dano swemu żywiołowemu temperamentowi upust i awantura się wyciszyła, to wszyscy, znowu pogodzeni, włączali się do przerwanej biesiady. Tylko poszkodowani poprawiali na sobie starganą odzież i opatrywali posiniaczone lub zakrwawione części ciała. Nazajutrz, jak gdyby nic się nie przydarzyło, wszystko powracało do normalnego życia.

            Na co dzień Górale są spokojni, szczerzy, uczynni i solidarni, mocno związani węzłami krwi. Z pietyzmem kultywują rodzimą tradycję, zwyczaje i obyczaje ludowe. W sytuacjach trudnych i kryzysowych wspierają się nawzajem i spieszą sobie z pomocą. Są zaprzeczeniem tego, co nieraz w nich nagle, jak zastygły wulkan, odżywa.

            Kontrowersyjnym zatem ludem są ci beskidzcy Górale!. A nam przyszło wśród nich żyć, pracować i stykać się z nimi na co dzień. Jakoś sobie z tym problemem poradziliśmy!

            Jako nauczyciele - wychowawcy nie zasklepialiśmy się jedynie w szkole, ale dbaliśmy również o rozwój społeczny i kulturalny wsi. Włączaliśmy się czynnie we wszelkie akcje podejmowane na rzecz środowiska. Młodzież szkolna brała aktywny udział przy remoncie drogi, rozrzucając nawieziony żwir, zalesiała nieużytki, niwelowała teren pod boisko szkolne i pomagała przy telefonizacji wsi.

            Dla miejscowej ludności szkoła organizowała imprezy kulturalno-patriotyczne i rozrywkowe oraz przestawienia, które także wystawiano w okolicznych wsiach. Żona moja uaktywniła działalność miejscowego Koła Gospodyń Wiejskich, organizując w jego ramach, w sezonie jesienno-zimowym, kursy kroju, szycia i gotowania. Ponadto prowadziła szkolne i terenowe Koło PCK, które w ocenie władz nadrzędnych zostało zaliczone w poczet najlepiej pracujących kół w powiecie.

            Jako wzorowa opiekunka i działaczka żona moja była powoływana w poczet władz Zarządu Powiatowego PCK. Z tej racji uczestniczyła w odprawach i szkoleniach na szczeblu centralnym, a zdobytą tam wiedzę przekazywała, prowadząc kursy dla członków opiekunów Szkolnych Kół PCK.

            Doceniając jej zaangażowanie w rozwój struktur czerwonokrzyskich oraz popularyzację wiedzy o tej humanitarnej instytucji społecznej, Zarząd Główny PCK kilkakrotnie wyróżnił żonę najwyższymi odznaczeniami organizacyjnymi i dyplomami uznania.

            Najważniejszą jednak sferą naszej działalności była zawsze praca szkolna. Poza pracą dydaktyczno-wychowawczą prowadziliśmy także działalność opiekuńczą i zajęcia pozalekcyjne.

            Dzięki wsparciu rodziców młodzież szkolna uczestniczyła w wycieczkach turystyczno-krajoznawczych. Zobaczyła po raz pierwszy w życiu Warszawę i miała okazję z wyżyn Pałacu Kultury podziwiać jej rozległą panoramę. Zależało nam także na tym, aby wyniki i osiągnięcia swojej pracy dydaktycznej pokazać na zewnątrz. Z tej racji uczniowie naszej szkoły brali udział w olimpiadach przedmiotowych, konkursach, zawodach sportowych i bardzo często osiągali czołowe lokaty. Uczestniczyli także masowo we wszelkich imprezach organizowanych przez władze gminne i powiatowe.

            Dobra współpraca z rodzicami, organizacjami społeczno-politycznymi i władzami administracyjnymi gminy sprzyjała w podejmowaniu coraz śmielszych przedsięwzięć. Przy ich materialnej ofiarności i bezpośrednim udziale udało się rozbudować miejscową szkołę podstawową, doprowadzić do niej bieżącą wodę, skanalizować ją i urządzić wewnątrz budynku pomieszczenia sanitarno-higieniczne.

            Największym sukcesem było doprowadzenie do wsi sieci wysokiego napięcia i zelektryfikowanie szkoły. Wreszcie można było, korzystając z energii elektrycznej, wyposażyć tę placówkę w dostępne urządzenia jak radio, telewizor czy projektor filmowy.

            Do naszego gospodarstwa domowego zakupiliśmy bezzwłocznie pralkę wirnikową i lodówkę oraz lampki choinkowe. Zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, więc zależało nam na tym, aby wraz z włączeniem prądu elektrycznego zabłysły na naszej choince różnokolorowe lampki. Najwięcej radości sprawiło to naszym maleństwom, ale i nam, że możemy posłuchać radia i obejrzeć program telewizyjny. Przede wszystkim wydłużył się nam dzień, więc mieliśmy sporo czasu, aby w długie zimowe wieczory przejrzeć bieżącą prasę i poczytać interesującą książkę.

            Doceniając moje zasługi i zaangażowanie w pracę na rzecz lokalnego środowiska, wybierano mnie kilkakrotnie na radnego do Gminnej Rady Narodowej w Milówce i powoływano na członka jej prezydium. Żonę zaś, za jej ofiarne społeczne zaangażowanie i efektywną pracę obsypywano zaszczytnymi wyróżnieniami w postaci dyplomów i odznaczeń. Powoływano ją także w skład różnych komitetów honorowych i komisji roboczych, gdzie powierzano jej zaszczytne funkcje.

            Jednak większość prac związanych z działalnością pozaszkolną spoczywała na mnie. Jako działacz-społecznik i pedagog nie ograniczałem się jedynie do pracy na rzecz najbliższego środowiska, ale udzielałem się także w skali powiatu i województwa. Byłem powoływany przez władze polityczno-administracyjne do wszelkich akcji prowadzonych przez Front Jedności Narodu jak kampanie wyborcze do Sejmu Ustawodawczego i Rad Narodowych. Potwierdzają to liczne dyplomy honorowe, uznaniowe i dziękczynne, jakie otrzymałem za ofiarną pracę społeczną i aktywny udział we wszelkich kampaniach ogólnopaństwowych i lokalnych.

            Należąc do Ogniska ZNP w Milówce, jako przewodniczący sekcji szkoleniowej, przez 12 lat prowadziłem wykłady problemowe w ramach ustawicznego samokształcenia zawodowego nauczycieli i pracowników oświatowych. Za tę długoletnią pracę otrzymałem wiele wyróżnień w postaci dyplomów i odznaczeń.

            Piękno regionu żywieckiego, malownicze góry, bogata kultura materialna i ciekawe tradycje góralskie urzekły mnie na dobre. Postanowiłem poznać ten region dogłębnie i zbadać jego historię. Jako nauczyciel historii włączyłem się aktywnie do pracy w Towarzystwie Miłośników Ziemi Żywieckiej, gdzie powierzono mi opiekę nad Sekcją Historyczną. Do sprawowania takiej funkcji potrzebna była dogłębna wiedza fachowa. Z tej racji w 1955 roku podjąłem studia zaoczne na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego.

            Pochłonięty studiami, ślęczący nad literaturą przedmiotu w zamkniętym niedużym pomieszczeniu kancelaryjnym, stwarzałem wrażenie nieobecnego. Elektryczności jeszcze nie było, zatem starałem się w maksymalnym stopniu wykorzystać światło dnia. Ponadto nadal byłem kierownikiem szkoły i czynnym nauczycielem. Zatem wszystkie obowiązki związane z administrowaniem i zarządzaniem tą placówką nadal na mnie spoczywały. Również nic nie zwalniało mnie od udziału w odprawach kierowników szkół czy posiedzeniach rad narodowych. Ponadto nadal uczestniczyłem we wszelkich akcjach związanych ze szkołą, oświatą czy lokalnym środowiskiem. W takich okolicznościach prowadzenie domu, zaopatrzenie w produkty żywnościowe i artykuły codziennego użytku, oraz wychowanie syna spoczywało wyłącznie na małżonce. Mało tego, że dźwigała całe brzemię obowiązków, to w dodatku czuwała, aby wokół miejsca mojej pracy panowała bezwzględna cisza i spokój.

            Studiowanie nie oznacza bynajmniej życia oderwanego od rzeczywistości, izolacji od zewnętrznego świata, zerwania kontaktów towarzyskich. Częste wyjazdy na wakacyjne sesje czy konsultacje posiadały także stronę dodatnią. Stwarzały okazję do poznania odmiennego środowiska, zapewniały kontakty z innymi ludźmi, wzbogacały wiedzę o otaczającej rzeczywistości. Zatem żyliśmy normalnie. Odwiedzaliśmy znajomych, braliśmy udział w spotkaniach i imprezach kulturalnych oraz towarzyskich, przyjmowaliśmy gości.

            Przyjeżdżali do nas w odwiedziny moi rodzice i teściowie, bratowa żony Zosia oraz wujek Franek z synem. Nader często naszymi gośćmi bywał także szwagier Edek z rodziną i przyjaciółmi. Dla nich, mieszkańców zadymionego Śląska, każdorazowy przyjazd w góry poza tym, że był atrakcją turystyczną, stwarzał możliwości bezstresowego i zdrowego wypoczynku na łonie natury.

            Pamiętam lato 1956 roku. Odwiedziły nas moje kuzynki z poznańskiego Irka i Wanda z mężem Poldkiem oraz synem Januszem. Zobaczyli po raz pierwszy góry, dlatego wszystko stanowiło dla nich atrakcję i budziło w nich ogromną ciekawość. Szczególnie fascynowała ich odmienna od nizinnej drewniana zabudowa wsi, ludzie posługujący się niezrozumiałą dla nich gwarą i krajobraz górski, poprzecinany licznymi dolinami, pełnymi szumiących potoków.

            Szczególne wrażenie wywarł na nich zwyczaj, jaki ożywa w czasie oktawy Bożego Ciała. W tym uroczystym dniu w kościołach organizowane są eucharystyczne procesje. Tradycja ta ze szczególnym pietyzmem jest kultywowana wśród beskidzkich Górali. Z oddalonych wsi i przysiółków są organizowane lokalne, ludowe procesje, które w barwnym korowodzie zmierzają z gór ku swoim parafialnym kościółkom. Na ten dzień przygotowuje się strojne w żywe kwiaty feretrony.

            Poszczególne wsie rywalizują ze sobą. Dlatego w przygotowanie takiego kwiecistego dzieła zaangażowani są niemal wszyscy mieszkańcy. Rzemieślnicy przygotowują specjalną metalową konstrukcję, w którą wplatane są girlandy z różnobarwnych kwiatów. Powstaje rodzaj kapliczki, w której umieszcza się ikonę lub statuę świętego. Taki strojny feretron, w zależności od użytego materiału, jest niezmiernie ciężki, dlatego niosą go na zmianę mężczyźni ubrani, jak nakazuje tradycja, w góralskie stroje.

            Schodzą zatem z gór te strojne obrazy, łączą się w jeden wspólny orszak i już dalej jako procesja z towarzyszeniem wiernego ludu, kapel i nabożnych pieśni podążają ku usytuowanemu w dolinie kościołowi. Zgromadzone z całej parafii te kwieciste dzieła ludzkiej wyobraźni uczestniczą następnie w centralnej procesji.

            Przemieszcza się wtedy ta barwna, kwiecista procesja przy biciu dzwonów i dźwiękach orkiestr wzdłuż ludzkich osiedli, wzbudzając wśród obecnych znawców sztuki ludowej powszechny podziw dla tak unikalnego a nietrwałego dzieła i uznanie dla jego wykonawców.

            Góry, chociaż piękne, nie zawsze są przyjazne człowiekowi. Potrafią nieraz być zdradliwe, groźne i niebezpieczne. Do budzących grozę zjawisk atmosferycznych w górach należy wiatr ,,halny”. Powstaje na południowych stokach Karpat z nagrzanych mas powietrza. Silny, porywisty wiatr przechodzi zwykle w huragan. Nabrzmiałe wilgocią ciemne chmury przelewają się wówczas przez poszczególne pasma górskie z południa ku północy. Wiatr, natrafiając na przeszkody górskie, bardzo się uaktywnia, tworzy zawirowania, wyjąc przy tym zatrważająco.

            Częstotliwość podmuchu wiatru z każdą chwilą natęża się, a siła jego się potęguje. Wiatr wówczas wieje nisko nad ziemią, tykając konarów rozkołysanych drzew. Co słabsze okazy powala z korzeniami lub łamie jak przysłowiowe zapałki. Zrywa również dachy z domów i roznosi po halach pasterskie szałasy.

            Następstwem tego budzącego grozę zjawiska jest intensywny opad. Najpierw deszcz siecze kropelkami zeschłą trawę i dudni po spękanej suszą glebie. Z kolei przechodzi w rzęsisty opad, aż w końcu przeradza się w ulewę. Strumienie wody leją się z rozwartych przestworzy i spływają po zboczach górskich, niczym po spadzistym dachu, do dna doliny. Łagodna dotychczas, szemrząca rzeczka jak ogromna rynna zbiera spływającą zewsząd wodę oraz wezbrane cieki i wnet zamienia się w nieobliczalną rwącą rzekę siejącą trwogę i spustoszenie. Takiemu żywiołowi nic się nie oprze. Zabiera wszystko, co na swej drodze napotka: drzewa, mosty, domy, a wraz nimi cały ludzki dobytek.

            Zazwyczaj rzeka nie jest wstanie pomieścić nadmiaru spływających zewsząd wód. Wówczas występuje z brzegów, rozlewa się na pola, drogi, osadzając na nich żwir i kamienie.

            Kiedy już ten żywioł przeminie i zaświeci słońce a wody opadną, wówczas uwidocznia się cały ogrom spustoszenia: spłukane pola, rozmyte drogi i wyrwy w umocnieniach rzecznych. Po każdym takim kataklizmie liczy się straty, usuwa szkody, przywraca warunki normalnego życia. I tak w kółko, bo nie jest to dla mieszkańców górskich regionów zjawisko sporadyczne, jednorazowe, lecz powtarzające się przynajmniej raz w roku, a nawet i częściej. Ciężko jest zatem żyć w takich niepewnych warunkach, nie wiedząc, co jutro zdarzyć się może.

            Taki szok przeżyli moi goście, gdy bezpośrednio, na własne oczy zobaczyli skutki nocnego huraganu. Z zaistniałymi utrudnieniami, jakie pozostawił halniak i wezbrana rzeka, zetknęli się także nazajutrz, kiedy zmuszeni byli udać się na stację w Milówce, by rannym pociągiem powrócić do swego domu. Takie przeżycie i doznany szok zapewne długo pozostały w ich pamięci i na każde wspomnienie gór budziły u nich niezatarty lęk i grozę.

            Dla mnie tego rodzaju zjawiska atmosferyczne stały się powszechnością. Nieraz po tego rodzaju burzach, huraganach i nawałnicach śnieżnych przyszło mi przecierać drogę do stacji, aby zdążyć na poranny pociąg, by w porę dotrzeć do Warszawy. Ileż to razy, powracając nocą ze stacji kolejowej do domu, napotykałem drogę po pas zasypaną śniegiem. Mogłem wtedy polegać jedynie na sobie. A często przyszło mi się z takimi trudnościami borykać!

            Po ukończeniu pięcioletnich studiów uniwersyteckich i przedstawieniu pracy magisterskiej na temat ,,Wieś żywiecka w okresie kształtowania się gospodarki folwarcznej, XVI-XVII wiek” ocenionej jako bardzo dobra oraz po złożeniu egzaminu magisterskiego z wynikiem bardzo dobrym, uzyskałem tytuł magistra historii.

            Żona i nasi znajomi byli przekonani, że na tym osiągnięciu poprzestanę i zajmę się czymś bardziej przyziemnym. Wszystko za tym przemawiało. Życie nasze było ustabilizowane i pod względem materialnym staliśmy nie najgorzej. Doczekaliśmy się drugiego dziecka i dorobiliśmy się własnego samochodu. Wprawdzie była to poczciwa ,,syrenka”, ale w owych czasach liczył się każdy pojazd, który poruszał się samodzielnie i posiadał cztery koła. W owych czasach auto było wykładnikiem dobrobytu i zamożności, a w kręgach, w jakich myśmy się obracali, także prestiżu. Tym wehikułem objechaliśmy wzdłuż i wszerz Polskę, odwiedziliśmy krewnych i znajomych oraz wiele miejsc zabytkowych. Uwieczniliśmy to wszystko na zdjęciach.

            Pięć lat studiów wywarło na mnie swe piętno i zaraziło bakcylem pracy badawczej. Coraz częściej nie odstępowała mnie myśl, aby podjąć drugi stopień studiów, tym bardziej, że miałem ku temu podstawy.

            Temat mojej pracy magisterskiej opartej ściśle na bogatej bazie źródłowej i badaniach terenowych wzbudził zainteresowanie członków Komisji Egzaminacyjnej. Padła propozycja, abym na tym nie poprzestawał i kontynuował dalsze badania z tej dziedziny w ramach studiów doktoranckich.

            Podjęcie tak ważnej decyzji wymagało dogłębnych przemyśleń całej rodziny. Wiadomo, że ostateczny w tej sprawie głos miała żona. To ona w końcu zadecydowała, abym spróbował. Zatem spróbowałem i się powiodło .

            Dzięki rekomendacji prof. S. Herbsta zostałem zaliczony w poczet doktorantów i przyjęty do zespołu seminaryjnego prowadzonego przez rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego prof. Kazimierza Lepszego.

            Prowadzenie kwerendy archiwalnej i częste posiedzenia grupy seminaryjnej zmuszały mnie do częstych wyjazdów do Krakowa., co ze względu na odległość, niedogodności komunikacyjne i czas, stanowiły znaczące utrudnienie, tym większe, że nie korzystałem z przysługującego urlopu ani nie zabiegałem o niego. Kiedy władze oświatowe zaproponowały mi stanowisko dyrektora Szkoły Podstawowej nr 3 w Żywcu, nie zawahałem się by je objąć. Odtąd cała nasza działalność edukacyjno-wychowawcza i społeczna była związana ze szkołą nr 3 i miastem Żywcem.

            Dzięki współpracy z władzami administracyjnymi miasta, Komitetem Rodzicielskim i organizacjami samorządu dzielnicowego w Żywcu-Sporyszu przeprowadzono remont kapitalny zespołu boisk sportowych, zbudowano duży asfaltowy wybieg dla dzieci, a wokół szkoły założono park rekreacyjny.

            Komitet osiedlowy, doceniając naszą działalność, dwukrotnie uhonorował mnie i żonę specjalnymi listami. W pierwszym z nich dziękował nam za owocną pracę na polu oświaty i wychowania młodzieży, a w drugim – za współpracę i pomoc w organizowaniu czynów społecznych oraz kształtowanie właściwych stosunków międzyludzkich i kultury życia w osiedlu.

            W międzyczasie żona podjęła dwuletnie studia zawodowe przy Instytucie Kształcenia Nauczycieli i Badań Oświatowych w Katowicach. Po wysłuchaniu szeregu wykładów z literatury i gramatyki oraz po zaliczeniu pracy pisemnej przystąpiła przed Państwową Komisją Kwalifikacyjną do egzaminu, który zdała z wynikiem dobrym. Na tej podstawie uzyskała kwalifikacje naukowe i pedagogiczne do nauczania i prowadzenia zajęć w zakresie filologii polskiej.

            Wyposażona w zasób dodatkowej wiedzy tym intensywniej zabrała się do pracy dydaktycznej w dziedzinie kształcenia poprawności języka ojczystego i popularyzacji literatury polskiej.

            Zbliżała się kolejna rocznica najazdu hitlerowskiego na Polskę. Aby młodzież głębiej przeżyła i na trwałe zapamiętała te tragiczne wydarzenia, poddałem myśl umieszczenia w holu tablicy upamiętniającej nazwiska nauczycieli, którzy w tej szkole pracowali i zostali przez hitlerowskiego okupanta w obozach zagłady zamordowani.

            Jako harcmistrz i opiekun drużyny zadbałem również o liczebny rozwój szeregów harcerskich i zuchowych. W szkole utworzyłem szczep harcerski i ufundowałem dla niego sztandar organizacyjny. Z tej racji nasz szczep wyróżniał się wśród innych szkół w mieście, gdyż był najliczniejszą organizacją harcerską w żywieckim hufcu.

            W trosce o przyszłe pokolenia i zachowanie skautowskiej tradycji zorganizowałem także w szkole Harcerską Izbę Pamięci, w której gromadzono eksponaty i pamiątki związane z rozwojem tej młodzieżowej organizacji.

            Za długoletnią aktywną pracę w organizacjach młodzieżowych uchwałą Prezydium Zarządu Głównego ZSMP wyróżniono mnie: srebrną i złotą odznaką Janka Krasickiego, medalem okolicznościowym z okazji 65 rocznicy śmierci tego młodzieżowego bohatera i medalem pamiątkowym w związku z obchodem 35- lecia ZMP.

            Wszystkie nasze działania podejmowane na rzecz szkoły wyzwoliły inicjatywę nauczycieli, uaktywniły i rozwinęły ich działalność twórczą. Powstały nowe pracownie przedmiotowe, stuosobowy chór dziecięcy, zespół instrumentalny i taneczny, SKS z sekcją lekkoatletyczną i drużynami: piłki ręcznej, nożnej, siatkowej i koszykowej. Młodzieży uzdolnionej zapewniono wszechstronny rozwój i doskonalenie umiejętności przez udział w licznych kołach zainteresowań. Nawiązano i rozwinięto także szeroką współpracę z MDK i Klubem Robotniczym Fabryki Śrub - opiekunem szkoły.

            Obecnie wielu naszych byłych uczniów zajmuje wybitne stanowiska w różnych dziedzinach gospodarki i administracji, na uczelniach, w szkołach lub wojsku. Część z nich zdobyła zawód rzemieślnika, prowadzi własne warsztaty, sklepy lub zakłady przemysłowe. Innych los rozrzucił po świecie, więc na obczyźnie poszukują pracy, by zapewnić odpowiednie warunki egzystencji dla siebie i swojej rodziny.

            Nasze inicjatywy, propozycje, przedsięwzięcia dotyczące szkoły i rozwoju systemu oświaty oraz wyniki nauczania nie uszły uwadze władz. administracyjno-politycznych. Świadczą o tym nagrody Ministra Oświaty i Kuratora oraz odznaczenia państwowe, jakie sukcesywnie przyznawano nam i nauczycielom pracującym w podległej mi szkole. Za ten okres pracy zawodowej i społecznej zostałem wyróżniony: Odznaką Tysiąclecia Państwa Polskiego, medalami XXX-lecia i XL-lecia PRL oraz Złotym Krzyżem Zasługi. Portret zaś mój znalazł się w plenerowej galerii ,,Ludzi Dobrej Roboty” ulokowanej wzdłuż najbardziej reprezentacyjnej ulicy Bielska Białej.

            Obok pracy zawodowej i polityczno-społecznej kontynuowałem na szeroką skalę badania naukowe związane z tematem pracy doktorskiej.

            Cykl podjętych badań był związany ściśle z pracami zespołu krakowskich historyków z Katedry Historii Nowożytnej Uniwersytetu Jagiellońskiego badających dzieje społeczne i agrarne w XVII i XVIII wieku na terenach górskich i podgórskich. Jednym z obszarów objętych tego typem badań była Żywiecczyzna. Zatem stosunki gospodarczo-społeczne oraz problemy rejonizacji w tym regionie były przedmiotem badań, jakie podjąłem się prowadzić w ramach wspomnianego zespołu, a które stały się następnie kanwą mojej rozprawy doktorskiej.

            Jako rezultat powyższych badań opublikowałem szereg rozpraw i artykułów dotyczących niniejszej problematyki jak: ,,Zaludnienie Państwa Żywieckiego w latach 1629-1715”, ,,Procesy osadnicze w Państwie Żywieckim w latach 1608-1710”, ,,Formy osadniczo - przestrzenne gospodarstw chłopskich w Państwie Żywieckim w XVII i XVIII wieku”, ,,Geneza i rozwój zbójnictwa w Żywiecczyźnie”.

            Po otwarciu przewodu doktorskiego i na podstawie przedłożonej rozprawy doktorskiej pod tytułem ,, Procesy osadnicze i zmiany w strukturze przestrzenno-agrarnej wsi w Państwie Żywieckim w latach 1608-1715” oraz po złożeniu obowiązujących egzaminów, uchwałą Rady Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu Jagiellońskiego uzyskałem tytuł naukowy: Doktora Nauk Humanistycznych. Ten sukces w dużej mierze zawdzięczam m. in. mojej pani promotor prof. Helenie Madurowicz – Urbańskiej.

            Szerszego omówienia wymaga moje zaangażowanie w bezpośrednią działalność w Towarzystwie Miłośników Ziemi Żywieckiej. Wybrany w 1974 roku na Prezesa Zarządu Głównego TMZŻ, tę zaszczytną i odpowiedzialną funkcję pełniłem nieprzerwanie przez 15 lat.

            Z mojej inicjatywy poczyniono starania w sprawie wznowienia wydania ,,Dziejopisu Żywieckiego” w całości. Sprawą niniejszego wydawnictwa zainteresowałem pracowników naukowych Instytutu Historyczno-Prawnego UJ prof. Stanisława Grodzickiego i dr Irenę Dwornicką, którzy po dłuższych rozmowach wyrazili zgodę na opracowanie i przygotowanie tego dzieła do druku. Również dzięki moim staraniom i zabiegom w różnych instytucjach dzieło to zostało zakwalifikowane do druku i umieszczone w planie wydawniczym Ministerstwa Kultury na priorytetowym miejscu.

            Po zabezpieczeniu potrzebnych środków związanych z pokryciem kosztów wydawniczych i drukarskich, co stało się możliwe dzięki wydatnej pomocy i wsparciu władz miasta Żywca, to bezcenne osiemnastowieczne dzieło żywieckiego wójta Andrzeja Komonieckiego stało się powszechnie dostępne. Dzięki temu wydawnictwu został wykonany testament moich poprzedników, których pragnieniem było, aby ta unikalna pod względem treści i formy kronika została wydana w całości i znalazła się w każdym domu, przyczyniając się do głębszego poznania dziejów rodzinnego miasta i związanej z nim Ziemi Żywieckiej.

            Za mojej prezesury odbyły się w Żywcu jubileuszowe obchody związane z 50-leciem powstania TMZŻ. W związku z tym odbyło się w mieście wiele towarzyszących imprez, sesji tematycznych i wystaw okolicznościowych. Z tej okazji dotychczasową siedzibę Zarządu Głównego przeniesiono do odrestaurowanych oficyn zamkowych, a na murze obok wejścia odsłonięto tablicę upamiętniającą członków-założycieli Sekcji Miłośników Żywiecczyzny. Również na frontonie Ratusza odsłonięte zostało epitafium poświęcone Andrzejowi Komonieckiemu, burmistrzowi, długoletniemu wójtowi i autorowi kroniki. W związku z tym w sali ratuszowej odbyło się uroczyste posiedzenie Miejskiej Rady Narodowej, a w zamku żywieckim sesja naukowa poświęcona dziejom Żywca i jego kulturze.

            Z okazji jubileuszu 50-lecia TMZŻ wybito pamiątkowy medal, którym uhonorowano aktywnych członków towarzystwa i zasłużonych działaczy kultury. Mnie za długoletni, aktywny i twórczy wkład w rozwój TMZŻ wyróżniono Jubileuszowym Dyplomem Honorowym i pamiątkowym medalem, zaś Grupa Literacka ,,Gronie” za specjalne zasługi w utrwalaniu i popieraniu jej działalności nadała mi godność Członka Honorowego. Również Ministerstwo Kultury i Sztuki za długoletnią działalność w dziedzinie krzewienia kultury ludowej i opiekę nad jej twórcami wyróżniło mnie odznaką: ,,Zasłużony Działacz Kultury”.

            Wieloletnia działalność w dziedzinie kultury, aktywność społeczna, doświadczenie i autorytet w środowisku zadecydowały o powołaniu mnie w 1984 roku w skład Wojewódzkiej Rady Kultury. Częste kontakty z władzami Bielska Białej i uczestnictwo w działalności kulturalnej województwa zadecydowały, że stałem się członkiem- założycielem Beskidzkiego Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego, co zostało potwierdzone pamiątkowym dyplomem.

            Jako historyk włączałem się czynnie w pracę kulturalno-społeczną i naukową nie tylko na terenie Żywiecczyzny, ale i sąsiednich regionów. Obsługiwałem zebrania terenowe, wygłaszałem odczyty, prowadziłem szkolenia dla nauczycieli i aktywistów społeczno- politycznych.

            Z okazji okolicznościowych jubileuszy i rocznic przygotowywałem referaty i rozprawy, które były publikowane w lokalnych czasopismach. W związku z trzydziestą rocznicą powstania Polskiej Partii Robotniczej została opublikowana monografia pt. ,,Powstanie i działalność PPR w powiecie żywieckim”. Również z okazji tej samej rocznicy, związanej z wyzwoleniem Żywiecczyzny przez wojska radzieckie, ukazało się drukiem opracowanie pt. ,,Radziecka ofensywa 1945 roku w Beskidach i Kotlinie Żywieckiej”.

            W 1992 roku obchodzono setną rocznicę powstania ruchu robotniczego na ziemiach polskich zaboru rosyjskiego. W związku z tym jubileuszem opracowałem: ,,Zarys dziejów żywieckiej klasy robotniczej”. Fragment tego opracowania został opublikowany w ,,Karcie Groni” pt. ,,W walce o prawo do życia”.

            Za tę działalność i popularyzację wiedzy w regionie krakowskim wyróżniono mnie odznaką ,,Za Zasługi dla Ziemi Krakowskiej”, a za działalność na terenie Podbeskidzia odznaką ,,Za Zasługi dla Województwa Bielskiego”. Za bezpośredni wkład pracy w dziedzinę rozwoju oświaty i szkolnictwa polskiego w latach 1944-1974 otrzymałem od Zarządu Powiatowego ZNP i Inspektoratu Oświaty w Żywcu dyplom uznania.

            Jako dyrektor szkoły podlegałem również okresowemu przeszkoleniu w zakresie organizacji i zarządzania placówką oświatową. W związku z powyższym uczestniczyłem w powszechnym samokształceniu kadr kierowniczych oświaty w Katowicach. Po wysłuchaniu cyklu wykładów i przedstawieniu pracy pisemnej pt. ,,Funkcje regulacyjne dyrektora szkoły” oraz zdaniu z wynikiem pomyślnym sprawdzającego kolokwium, zaliczyłem i to studium.

            Zdobyty na tym ostatnim w moim życiu kursie zasób wiadomości wystarczył mi już do końca mojej kierowniczo - nauczycielskiej kariery.

            Z dniem 1 grudnia 1979 roku przez Kuratorium Oświaty i Wychowania w Bielsku Białej zostałem powołany do pełnienia funkcji naczelnego dyrektora w Zespole Szkół Rolniczych w Żywcu - Moszczanicy. Zespół ten złożony z sześciu szkół o profilu rolniczo –hodowlano - mechanicznym prosperuje od 1945 roku w obrębie majątku ziemskiego stanowiącego w czasach przedwojennych własność rodu Kępińskich. Do obecnych czasów z dawnej zabudowy folwarcznej zachował się jedynie pałac, budynek administracyjny, stajnia i park. Inne obiekty jak: szkoła, internat, warsztaty, zespół garaży, stodoła, obora, kotłownia i bloki mieszkalne zostały wzniesione w latach późniejszych, w okresie intensywnego rozwoju tej placówki.

            Pełniąc to zaszczytne, ale niezmiernie trudne i odpowiedzialne stanowisko, starałem się na nowej placówce pracować tak, aby pozostawić po sobie jak najlepsze wspomnienie.

            Poza organizacją, zarządzaniem i nadzorem dbałem o właściwy poziom nauczania i wychowania, o dobre relacje pomiędzy dyrektorami poszczególnych pionów a kadrą pedagogiczną oraz o właściwe stosunki interpersonalne. Wiele troski poświęciłem także estetycznemu wyglądowi obejścia szkolnego i otoczenia zabytkowego pałacu oraz parku.

            Po kapitalnym remoncie pałacu zagospodarowano jego wnętrze, przenosząc doń bibliotekę szkolną, biura gospodarstwa przyszkolnego i harcówkę. Natomiast w części parterowej zlokalizowano ,,Izbę Pamięci Ruchu Młodzieżowego Ziemi Żywieckiej”. Zgromadzone w niej zabytki i eksponaty obrazowały pracę wszystkich organizacji młodzieżowych działających na tym terenie w okresie pięćdziesięciolecia powojennego. Taką działalnością i przedsięwzięciami zyskałem u władz miejskich i wojewódzkich uznanie, u młodzieży i nauczycieli miano ich przyjaciela, a w społeczeństwie powszechny szacunek i poważanie.

            Za całokształt działalności na rzecz rozwoju kultury miasta Żywca i jej popularyzacji otrzymałem dwukrotnie, w 1976 i 2005 roku, najwyższe odznaczenie lokalne: ,,Medal za Zasługi dla Miasta Żywca”. Uchwałą zaś Rady Państwa, za długoletnią szczególnie wyróżniającą pracę pedagogiczną, odznaczono mnie ,,Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski” .

            Puentą niech będzie list gratulacyjny, w którym Przewodniczący MRN składa mi serdeczne podziękowania za okazywaną pomoc w przygotowaniu i organizowaniu imprez folklorystycznych w mieście Żywcu.

            ,,...Znając Wasz przychylny stosunek do naszych poczynań w zakresie popularyzacji dorobku naszego grodu żywieckiego wyrażam nadzieję, że współpraca nasza nadal układać się będzie pomyślnie ku obopólnemu zadowoleniu i pożytkowi miasta Żywca...”

            Przewodniczący Prezydium MRN nie zawiódł się, gdyż współpracowaliśmy ze sobą ,,...dla dobra żywieckiego grodu...”jeszcze przez wiele długich lat.

 


* * *

 


            Uważam, że w okresie naszej 40-letniej aktywności zawodowej spełniliśmy się jako wzorowi pedagodzy, obywatele-patrioci i rodzice. Dzieci nasze otrzymały uniwersyteckie wykształcenie i zdobyły stosowny zawód. Założyły własne rodziny i obdarzyły nas wnukami. Dobrze im się powodzi. Posiadają własnościowe mieszkania, auta oraz wszystko to, co w obecnych czasach jest niezbędne dla utrzymania przeciętnego poziomu życia i statusu społecznego.

            Osiągnęliśmy w zasadzie już wszystko! Nadszedł zatem czas, aby pożegnać się z pracą zawodową i w pełni sił oraz zdrowia przejść na zasłużony odpoczynek. Będąc wolnymi od wszelkich trosk, zmartwień i kłopotów zawodowych, pozostało nam jedynie cieszyć się życiem oraz śledzić jak dorastają i uczą się nasze kochane wnuczęta.
 



* * *

 


            W 1984 roku przeszliśmy na emeryturę i przeprowadziliśmy się w rodzinne strony żony, do Nowych Dworów w powiecie wadowickim, gdzie po rodzicach odziedziczyła półhektarową działkę, na której zbudowaliśmy jednorodzinny domek. Posiadłość nasza wznosi się na niewielkim zboczu naprzeciwko wzgórza zwanego Drabożem, na tle którego rysują się zabudowania wsi Marcyporęba wraz z przyległymi doń przysiółkami. Okolica przepiękna, urozmaicona niewielkimi wzgórzami, które pokrywa las mieszany i połacie skupisk drzewnych okolonych zewsząd wybujałymi krzewami.

            W kierunku przeciwnym rozpościera się rozległy widok na pradolinę Wisły, zamkniętą tynieckimi wzgórzami, zza których wyzierają wieże krakowskich kościołów. Na prawo zaś zarysowuje się ciemna plama Lasku Wolskiego z widocznym eremem braci Kamedułów i Sowińcem, nad którym samotnie wznosi się Kopiec J. Piłsudskiego.

            Obfita zieleń, która zewsząd nas otacza, staje się bajkowo piękna - raz na wiosnę, kiedy te dzikie gaje porosłe ,,ptasią czereśnią” i czeremchą okryją się kwieciem, drugi raz, kiedy przybiorą barwy jesieni. Żaden malarz nie jest w stanie odtworzyć tego piękna ani nadać swemu obrazowi takiego kolorytu, jakim natura obdarzyła przyrodę.

            Zanim wprowadziliśmy się do naszego zacisznego domku, przeprowadzony został w nim remont kapitalny. Dom nie był nowy, wymagał zatem gruntownych przeróbek. Wyposażono go we wszelkiego rodzaju urządzenia niezbędne do życia jak: bieżąca woda, centralne ogrzewanie, gaz, kanalizacja i telefon. Przy takich udogodnieniach, mając do dyspozycji jeszcze własny samochód, życie nasze nie odbiegało od warunków, w jakich dotychczas bytowaliśmy, mieszkając w mieście.

            Przenosząc się na wieś, pozostawiliśmy za sobą nie tylko warunki miejskiego życia, ale i przyjaciół oraz znajomych, z którymi się zaprzyjaźniliśmy. Wytworzyła się wokół nas pustka, dlatego w nowym środowisku czuliśmy się samotni. Rodzice i najbliższe rodzeństwo żony już wymarło. Dalsi krewni pozakładali własne rodziny, dorobili się potomstwa, pobudowali sobie domy, a zajęci problemami bieżącymi nie mają już czasu na częste kontakty z osobami w podeszłym wieku, z którymi trudno nieraz znaleźć wspólny język. Dlatego nasze stosunki z nimi ograniczają się jedynie do sporadycznych odwiedzin lub okazjonalnych spotkań z racji ślubów, chrzcin lub pogrzebów.

            Niezawodne natomiast jest nasze potomstwo, chociaż nieliczne, ale wierne, zżyte z rodziną i ojczystym domem. Częste kontakty z rodzicami traktują za swój święty obowiązek, a pobyt w rodzinnym domu uważają za odskocznię od codziennych kłopotów i zmartwień, za miejsce przyjemnego odpoczynku i bezstresowego relaksu.

            Przyjemnie jest, gdy się wszyscy razem spotykamy, robi się tak ciepło, miło, czujemy się znowu tak jak kiedyś, szczęśliwą rodziną. Mama przygotowuje smaczny obiad, ja natomiast dbam o to, aby na grządkach rosły zdrowe warzywa, a drzewa rodziły smaczne owoce. Przyjemnie jest wtedy popatrzeć na rozbawione, beztroskie i tryskające zdrowiem wnuczęta, które uganiają się po ogrodzie, skubiąc z przejęciem cukrowy groszek lub zrywając z krzaczków soczyste truskawki i pachnące malinki.

            Jednak taki sielankowy nastrój nie trwa w nieskończoność. Weekend szybko przemija, wszyscy rozjeżdżają się do swoich domów, a my pozostajemy na powrót sami, w swoim ograniczonym świecie, z psem, kotkami i kurkami.

            Dla mnie, urodzonego domatora, taki samotniczy żywot pozbawiony szerszych kontaktów towarzyskich nie wydawał się zbyt odczuwalny. Dla mojej żony tego rodzaju izolacja była nie do pomyślenia. Wnet znalazła sobie przyjaciółkę Stefcię Gramatykową, z którą się często spotykała, spacerowała, polemizowała.

            Za jej pośrednictwem nawiązała kontakt z ,,Klubem Seniora” w Brzeźnicy, którego opiekunem był dyrektor GOK p. Józef Tracz. Dzięki jego inicjatywie i zaangażowaniu klub prowadził bardzo szeroką działalność kulturalno-oświatową i turystyczną. Uczestniczyliśmy zatem w wielu imprezach organizowanych w ramach klubowej działalności jak: spotkania z ciekawymi ludźmi, andrzejki, opłatek, ogniska czy tradycyjne majówki.

            Jednak najczęściej braliśmy udział w wycieczkach krajoznawczych po Polsce i Słowacji. Poza mile spędzonym czasem mieliśmy okazję zwiedzić nieznane nam dotąd miejscowości, poznać innych ludzi i zobaczyć ciekawe zabytki.

            Należymy także do Sekcji Emerytów i Rencistów przy ZNP w Brzeźnicy. Dzięki zaangażowaniu prezeski p. Marii Kwiatkowej uczestniczymy na równych prawach w działalności związkowej i życiu kulturalnym tutejszego środowiska nauczycielskiego. Dzięki temu czujemy się nadal pedagogami, oddychamy atmosferą szkoły, przeżywamy na równi z czynnymi nauczycielami ich zawodowe problemy.

            Z okazji 100-lecia ZNP uczestniczyliśmy w obchodach tego niecodziennego jubileuszu zarówno na szczeblu gminy jak i powiatu. Jako zasłużeni nauczyciele-emeryci z pięćdziesięcioletnim stażem związkowym zostaliśmy odznaczeni jubileuszowymi medalami i uhonorowani pamiątkowymi dyplomami.

            Najwięcej jednak cenimy sobie przynależność do grona emerytowanych pracowników przy Szkole Podstawowej w Marcyporębie. Z tej racji korzystamy z przysługującego nam funduszu socjalnego, którego część jest przeznaczana na pokrycie kosztów związanych z uczestnictwem w imprezach kulturalnych. Dzięki dyrektorowi tej placówki, zapalonemu melomanowi, p. Józefowi Gramatyce, uczestniczyliśmy wiele razy w wyjazdach na spektakle operowe. Każdorazowy taki wyjazd był dla nas, a w szczególności dla mojej żony, nie lada przeżyciem. Z jaką dumą zasiadaliśmy wówczas na widowni i z jaką rozkoszą słuchaliśmy dźwięków uwertury i nastrojowych arii, wczuwając się przy tym w tragiczne wątki rozwijającego się dramatu. Tego rodzaju uczestnictwo w takiej ,,duchowej uczcie” pozostawiało w nas na długo niezapomniane przeżycie.

            Przyjazne stosunki z kierownictwem i gronem nauczycielskim Szkoły w Marcyporębie przetrwały od czasu naszego osiedlenia się w sąsiedztwie tej miejscowości.. Zrządził to prosty przypadek. Niespodzianie odeszła na dłuższy urlop jedna z nauczycielek. Powstał wakat. Większość godzin rozdzielono pomiędzy nauczycieli. Pozostało jeszcze do obsadzenia 9 godzin historii. Kierownictwo szkoły dowiedziawszy się ,że jestem historykiem, zaproponowało mi, abym podjął się uczyć tego przedmiotu. Wyraziłem zgodę. Uważam, że słusznie postąpiłem, gdyż oprócz zwiększenia rodzinnych dochodów, doznawałem satysfakcję, że jako emeryt mogę się jeszcze się do czegoś przydać.

            Dużą frajdę sprawiały nam również nasze prywatne samochodowe wypady do Kalwarii, Zakopanego lub za Wisłę, na Wał Tęczyński. Czuliśmy się wtedy tak swobodnie, beztrosko, tylko sami we dwoje, a wokół nas wspaniałe widoki. Byliśmy jak na swoje lata bardzo sprawni kondycyjnie i umysłowo. Z podziwem patrzyłem na żonę, która z łatwością pokonywała górskie uciążliwości. Nie było u niej jeszcze widać tego nieuchronnego upływu czasu.

            Najczęstszym jednak kierunkiem naszych eskapad była Kotlina Żywiecka. Tam pozostawiliśmy znaczą część naszego życia. Tam pozostali nasi znajomi i przyjaciele. Często odwiedzaliśmy ich jak i szkoły, w których pracowaliśmy. Czuliśmy się w tamtym środowisku bardzo swojsko. Nieobce były nam twarze spotykanych po drodze ludzi. Znajoma była każda ulica, skwer, lokal i zaułek.

            Z sentymentem przyglądaliśmy się temu wszystkiemu. Odżywały wtedy wspomnienia, powracały chwile radosne i smutne. Znaleźliśmy się ponownie w kręgu, kiedy ,,piękni i młodzi” stanowiliśmy cząstkę tego społeczeństwa, pracowaliśmy w jego otoczeniu, a ono darzyło nas zaufaniem, powierzając nam swoje dzieci. My odwdzięczaliśmy się im, wyposażając ich pociechy w rzetelną wiedzę i właściwe cechy osobowości, wyrabiając u nich niezłomny charakter i patriotyczną postawę.

            Czy nam się udało osiągnąć zamierzone cele? Czy młodzież, w której wykształcenie i wychowanie włożyliśmy tyle trudu, zachodu i serca, pozostała wierna zdobytym ideałom? Jak zachowuje się w codziennym życiu pełnym nieprawości, brutalności i chamstwa? Przyszłość pokaże!

            Dla nas to już przeszłość! Czas zatem wrócić do rzeczywistości. Jesteśmy w tym mieście jedynie przejazdem. Za chwilę przyjdzie się nam pożegnać, by znaleźć się na powrót w swoim domowym zaciszu. Jeżeli zdrowie pozwoli, to może kiedyś znowu zapuścimy się w tamte strony, by sobie jeszcze raz z rozrzewnieniem powspominać dawne dobre dzieje.

            Żona moja była osobą towarzyską, dlatego spotkania z ludźmi były dla niej nieodzowne. Utrzymywała stałe przyjacielskie kontakty ze swoimi koleżankami jeszcze z czasów szkolnych. Na bieżąco prowadziły z sobą korespondencję, wymieniały okolicznościowe życzenia, przesyłały kartki świąteczne.

            Aby spotkać się bezpośrednio, by nieco więcej dowiedzieć się o sobie nawzajem, żona zaaranżowała u siebie mini zjazd koleżeński. Ileż to było radości, spontanicznych wynurzeń, wzruszeń i wspomnień tych w podeszłym już wieku niewiast. Ileż również przejrzano zdjęć i wysłuchano zabawnych opowiadań zabarwionych scenkami z ich prywatnego życia. Spotkanie po tylu latach niewidzenia się jest ogromnym przeżyciem i pozostawia trwałe następstwa, przywraca dawne przyjaźnie, zespala więzi koleżeńskie. Odtąd zawsze, kiedy bywały w tych stronach, nie omieszkały nas odwiedzić.

            Przyciągało je coś do nas. Może przyczyną tego było wyjątkowe otoczenie i życzliwość, z jaką były przyjmowane. Uważam, że jedno i drugie.

            Żona bardzo wysoko ceniła sobie przyjacielskie kontakty z pp. Śnieżyńskimi. Szczególnie z panią Elżbietą, która tak jak żona miała podobne zainteresowania i poglądy. Obie kochały przyrodę i uwielbiały spacery, podczas których mogły sobie swobodnie porozmawiać, ponarzekać czy się wyżalić. Tego rodzaju spacery bardzo korzystnie oddziaływały na psychikę mojej żony, gdyż po powrocie do domu zawsze czuła się zrelaksowana.

            Dom nasz okala zieleń drzew i krzewów iglastych, a trawiaste skwery urozmaicają gazony pełne różnobarwnych kwiatów. W oddali rosną okazałe drzewa owocowe: jabłonie, grusze, śliwy i wiśnie. Za nimi zaś ciągną się rzędy porzeczek, agrestu i brzoskwiń.

            Pięknie jest u nas na wiosnę, kiedy to wszystko wokół pokryje się zielenią i zabarwi wszelakim kwieciem. Również ciekawie jest latem, kiedy na drzewach pojawią się owoce. Jak przyjemnie jest wtedy pójść do ogrodu, zerwać soczystą brzoskwinię, schrupać pachnące jabłko lub mięciutką gruszkę. Cieszy nas niezmiernie, kiedy widzimy efekty swojej pracy i napawa duma, kiedy patrzymy na starannie utrzymane grządki pełne świeżych, dorodnych jarzyn. Pielęgnujemy je i zarazem snujemy już plany, gdzie w przyszłym roku odpowiednie kwiaty zasadzimy, aby żyło się nam jeszcze ładniej i przyjemniej.

            Do wyjątkowej przyjemności należały chwile, kiedy po znojnej pracy mogliśmy zasiąść przed domem na białej ławeczce. Żona zwykle raczyła się kawką i zagryzała kruche ciasteczka. Ja natomiast popijałem herbatę i przyglądałem się naszemu przydomowemu obejściu. Było na co popatrzeć, gdyż tonęło ono w zieleni i klombach kwiatowych. Porozstawiane po trawnikach gazony z daturią i różnokolorową fuksją stwarzały wrażenie mini parku. Uwiecznialiśmy często na fotografiach te barwne bukiety, a wśród nich nas roześmianych i zadowolonych, zachowujących się jak rozbawione dzieci.

            Zawsze byliśmy dla siebie czuli i mili. Nigdy nie okłamywaliśmy się, nie kłócili, jedynie czasem nieco głośniej rozmawiali. Ale to nie trwało zbyt długo, bo zaraz były przeprosiny i nieodzowny całus na zgodę.

            Miłość i wierność zawsze były w naszym życiu na pierwszym miejscu. One pozwalały nam przetrwać trudne okresy życia i były wyznacznikami naszych codziennych, prywatnych i zawodowych poczynań. Należy przyznać, że bardzo aktywnie przeszliśmy przez życie. Uważamy, że spełniliśmy się zarówno jako małżonkowie i jako rodzice.

            Siedząc tak obok siebie na tej białej ławeczce, z zauroczeniem, w pełnym skupienia milczeniu trwaliśmy wpatrzeni w zachodzące słońce, które stopniowo opadało, aż skryło się za ciemną ścianą lasu. O czym wówczas myśleliśmy, a może i marzyliśmy, niech to już pozostanie prywatną tajemnicą. Byliśmy szczęśliwi, a to było najważniejsze.

            Zbliżała się 50 rocznica zawarcia przez nas związku małżeńskiego. Pięćdziesiąt lat naszego wspólnego pożycia. Wydaje się nam, że to tak niewiele czasu upłynęło, odkąd się poznaliśmy i związaliśmy na zawsze, na dobre i na złe. Byliśmy przez te lata wiernym małżeństwem, darzącym siebie nawzajem zaufaniem i tworzącym zgodną rodzinę. Zawsze wyznawaliśmy niepodważalną zasadę, że rodzina, tak jak małżeństwo, to instytucja nadrzędna złożona z jednego i jedynego męża jako ojca, z jednej i jedynej żony jako matki i z dzieci witanych jako dar szczęścia i spełnienie sensu życia.

            Uważaliśmy, że tego rodzaju okrągła rocznica nazywana ,,Złotymi Godami” powinna być obchodzona szczególnie uroczyście, gdyż tylko nielicznym jest dane ją świętować. My znaleźliśmy się wśród tej garstki szczęśliwców, zatem postanowiliśmy urządzić okolicznościowe przyjęcie z ,,pompą”. Ponieważ była to uroczystość prywatna, dlatego na nią zaproszono tylko członków rodziny i najbliższych krewnych.

            Ukoronowaniem naszego jubileuszu były: uroczysta msza w kościele, w którym przed 50 laty odbył się nasz ślub i wspólny obiad w pałacu Wężyków w Paszkówce. Przebieg całej imprezy został zarejestrowany na ,,wideo”, więc pozwala nam w dowolnym czasie powrócić do tamtych chwil, by napawać się dumą, że dane nam było w zdrowiu i miłości dożyć tak szczęśliwych dni.

            Z okazji Jubileuszu ,, Złotych Godów Małżeńskich” zostaliśmy przez Prezydenta RP odznaczeni okolicznościowymi medalami. Ponadto od Prezydenta RP i kardynała Macharskiego oraz Wojewody Krakowskiego otrzymaliśmy listy gratulacyjne, zaś od Wójta komplet powłoczek na kołdry.

            Ze swej strony dla upamiętnienia tak ważnego w naszym życiu jubileuszu na głównej ścianie gościnnego pokoju utworzyłem skromną galerię, gdzie wśród portretów i zdjęć rodzinnych zawisły również nasze jubileuszowe odznaczenia i listy z gratulacjami. W taki sposób rodzina nasza trwa nierozerwalnie razem i trwać będzie dopóty, dopóki my żyjemy.

            Jeszcze nie przebrzmiało echo po naszym jubileuszu, a żona już poddała kolejną propozycję, abyśmy w najbliższy weekend odbyli ,,podróż sentymentalną” na Żywiecczyznę. Na tę wyjątkową wycieczkę zaprosiła swoją przyjaciółkę Stefcię. Ustaliliśmy, że tym razem odwiedzimy kolejno wszystkie miejscowości i placówki szkolne związane z naszą zawodową pracą począwszy od Nieledwi a kończąc na Moszczanicy.

            Aura była nam łaskawa, pogoda ustabilizowana, a bezchmurne niebo i jaskrawe słońce wskazywały, że będzie to udana podróż. W drogę wyruszyliśmy skoro świt. Auto swobodnie pokonywało trasę, a znane miejscowości mijaliśmy bez zakłóceń i utrudnień komunikacyjnych.

            Od Andrychowa obraliśmy drogę na skróty, jadąc przez Roczyny, Czaniec bezpośrednio do Porąbki. Zatrzymaliśmy się przy tamie, aby przez chwilę przypatrzeć się z bliska tej okazałej przedwojennej rzecznej budowli wzniesionej w całości z betonu i stali. Dłuższy postój był planowany dopiero na kolejnej tamie w Miedzybrodziu Żywieckim. W restauracji obok zapory zaserwowaliśmy sobie herbatę i po tortowym ciastku. Przytulnie tam było, więc posiedziałoby się z przyjemnością dłużej, lecz czas ponaglał. Zatem bezzwłocznie ruszyliśmy w dalszą drogę.

            Tym razem trasa wiodła malowniczym obrzeżem Jeziora Żywieckiego przez Zarzecze do Żywca – Zabłocia. Tu żona postanowiła zatrzymać się, aby na parafialnym cmentarzu odwiedzić grób swojej długoletniej, serdecznej przyjaciółki Janiny Młyńskiej i zapalić tradycyjny znicz.. Ja w tym czasie za pośrednictwem komórki połączyłem się z naszymi żywieckimi przyjaciółmi, informując ich o naszej obecności w ich mieście, proponując przy tej okazji spotkanie w restauracji ,,Kolorowa” na osiedlu ,, 700- lecia”.

            Kolejny odcinek naszej wycieczkowej trasy wiódł doliną rzeki Soły na południe, do Milówki. Przez tę miejscowość jedynie przejechaliśmy, gdyż ustaliliśmy, że tu zatrzymamy się na dłużej dopiero w drodze powrotnej. Spieszno nam było do Nieledwi, gdzie jako młodzi nauczyciele rozpoczynaliśmy swoją pedagogiczną karierę. W tej wsi spędziliśmy większą część swego życia. Tu na świat przyszły nasze dzieci. Zatem z tą miejscowością wiąże się większość naszych przeżyć i wspomnień.

            W Nieledwi postanowiliśmy zwiedzić szkołę i spotkać się z naszym byłym uczniem Wiesiem Wójtowiczem ożenionym z miejscową nauczycielką. Jednak wcześniej udaliśmy się na przełęcz Kotelnicę, aby nacieszyć oczy panoramą gór. Stąd roztacza się także wspaniały widok na dolinę Soły i Kotlinę Żywiecką. Chciałoby się tu dłużej pozostać, ale w szkole nas oczekiwano.

            W obiekcie tym nie zabawiliśmy zbyt długo. Zwiedziliśmy jedynie pomieszczenia klasowe i gabinety przedmiotowe. Nieco zaś dłużej zatrzymaliśmy się w pracowni komputerowej. Zatem na zwiedzenie sali gimnastycznej nie starczyło już nam czasu.

            Państwo Wójtowiczowie przyjęli nas bardzo mile i serdecznie, poczęstowali lodowym deserem, przy którym prowadziliśmy swobodną rozmowę.

            Żona Wiesia to osoba niezmiernie miła, kulturalna i inteligentna. Do pracy w miejscowej szkole przyjmowała ją moja żona, kiedy ja już przebywałem w Żywcu. Obecnie jest dyrektorką tej szkoły. Spotykając się w tak profesjonalnym gronie, łatwiej nam było z sobą rozmawiać i odtwarzać dawne wspomnienia.

            Odwiedzając Nieledwię po trzydziestu latach niebytności, muszę stwierdzić, że zaszły tu ogromne zmiany. Nie jest to już ta dawna, odcięta od świata wieś. Powstało tu wiele nowoczesnych domów. Wybudowano Dom Strażaka, kościół i sklep wielobranżowy. Przez rzekę Sołę zbudowano trwały, żelbetonowy most, a drogę pokryto asfaltem. Dzięki temu mieszkańcy tej miejscowości zyskali stałe, bezpośrednie, autobusowe połączenie z Żywcem.

            Miło się gwarzyło, jednak na dłuższe refleksje nie starczało już czasu. Czekała nas Milówka i Żywiec, gdzie na godzinę 15-tą mamy zaplanowane spotkanie z naszymi przyjaciółmi.

            W Milówce spotkała nas bardzo miła niespodzianka. Przypadkowo staliśmy się gośćmi znanej powszechnie rodziny Golców. Liderów zespołu ,,Golec Łorkiestra” nie zastaliśmy. Przebywali w Warszawie, gdzie nagrywali swój nowy repertuar. W ich imieniu honory domu pełnił najstarszy brat, Stasiu. Na pamiątkę spotkania wręczył nam zdjęcie z autografami swych braci.

            Na dłuższą rozmowę nie starczało już nam czasu, gdyż czekało nas jeszcze spotkanie u p. Białożytów i odwiedziny na miejscowym cmentarzu. Spoczywają tu nasi serdeczni przyjaciele, Maria i Józef Jeleśniańscy, u których, w Kamesznicy, żona moja rozpoczynała pracę nauczycielską.

            Na miejsce ich wiecznego spoczynku udaliśmy się w towarzystwie Stasi i Józia Białożytów. Po serii westchnień i wspomnień złożyliśmy na ich grobie kwiaty, po czym pożegnaliśmy się i bezzwłocznie udali w dalszą drogę, do Żywca.

            Miasto Żywiec jest usytuowane pośrodku rozległej Kotliny u zbiegu rzek Soły i Koszarawy. Od 700 z górą lat gród ten stanowi centrum administracyjne i kulturalne żywieckiego regionu, określanego w szerszym pojęciu jako Ziemia Żywiecka. W tym mieście Stefcia znalazła się po raz pierwszy, zatem żona postanowiła pokazać jej zabytkowy kościół, rynek, zamek, park i domek chiński. Ja w tym czasie odwiedziłem siedzibę TMZŻ, gdzie zapoznałem się z bieżącą pracą Towarzystwa i ostatnimi jego publikacjami.

            W restauracji ,,Kolorowa” już na nas czekano. Powitaniom i uściskom nie było końca. Było przy tym gwarno, gdyż każdy z uczestników starał się przekrzyczeć drugiego, dzieląc się z nami swoimi spostrzeżeniami i uwagami. Nie bardzo nam taki sposób konwersacji pozwalał dojść do głosu i już pogodziłem się z tym, że poprzestaniemy tylko na słuchaniu. Wreszcie żona się załapała. W prosty sposób przekazała cel naszej wycieczki, podkreślając, że jest to nasza ,,podróż sentymentalna”, że jesteśmy tutaj po raz ostatni, zatem pragniemy się z nimi i tym środowiskiem pożegnać. W drodze powrotnej zamierzamy jeszcze odwiedzić Moszczanicę i na tym zakończyć naszą ,,sentymentalną podróż”.

            Muszę przyznać, że tego rodzaju podkreślanie ,,po raz ostatni” bardzo mnie zaniepokoiło. Nie śmiałem tego głośno powiedzieć, ale od tej chwili byłem o żonę niespokojny. Taka pesymistyczna jej postawa zaczęła w moich myślach narastać do rangi problemu. Dlatego gdy zwiedzaliśmy szkołę w Moszczanicy i przez park zmierzaliśmy ku zabytkowemu pałacowi, przez cały czas obserwowałem żonę, pragnąc znaleźć odpowiedź, gdzie tkwi przyczyna jej pesymistycznego nastroju. Czyżby żona odczuwała jakieś ukryte dolegliwości, których boi się ujawnić? A może miewa przeczucie, że może się coś niepożądanego w naszym życiu wydarzyć? Tego to nikt nie może przewidzieć!

            Tego rodzaju niepokojące zachowanie żony skojarzyło mi się od razu z naciskiem, jaki wywierała na mnie, bym poczynił starania o zabezpieczenie na cmentarzu w Tłuczani stosownego miejsca dla naszego pochówku. Może to dobrze, że tak perspektywicznie myślała. Gdy się jest w podeszłym już wieku, wszystko zdarzyć się może. Dotyczyło to nas obojga.

            Ogólnie żona była osobą fizycznie i umysłowo sprawną i nic nie wskazywało, aby odczuwała w swoim organizmie jakieś niepokojące zmiany. Zresztą sama uważała siebie za osobę zdrową, silną i niezniszczalną. To prawda, że rzadko chorowała, nawet grypa się jej nie imała. Ale były to tylko pozory.

            Niepokojące zwłaszcza były powtarzające się zasłabnięcia i zamroczenia, wiążące się z chwilową utratą przytomności oraz nader częste, dolegliwe bóle głowy. Ale te dolegliwości wnet ustępowały i wszystko powracało do normy. Zatem i ten pesymistyczny nastrój może być chwilowy, więc nie czyniłem z tego dramatu. Byłem zawsze dobrej myśli. I tak też tym razem się stało.

            Życie nasze znowu nabrało tempa. Żona jak dawniej uczestniczyła w spotkaniach towarzyskich, prywatnych i związkowych. Wyjeżdżała do Wadowic. Odwiedzała magazyny mody, skąd zazwyczaj przywoziła jakiś ciuszek. Widocznie dokonywanie tego rodzaju zakupów cieszyło ją i satysfakcjonowało, że może przed znajomymi zaprezentować się w czymś modnym lub atrakcyjnym.

            Nadal prowadziła dom otwarty. Przyjmowała gości, pisała i publikowała artykuły, uczestniczyła w wycieczkach.

            W sezonie letnim wraz z naszym przyjacielem Tadziem organizowaliśmy jednodniowe wypady do Bukowiny Tatrzańskiej i Zakopanego lub na Słowacką Orawę. Zaliczając kolejne miejscowości, zwiedzaliśmy zabytki i odwiedzali znajomych. Zachowywaliśmy się przy tym swobodnie i beztrosko. Może hołdowaliśmy powiedzeniu : ,,Cieszmy się każdą radosną chwilą, bo może ona ostatnią jest”! Niezależnie od tej maksymy było nam ze sobą tak dobrze. Czuliśmy się bardzo szczęśliwi!

            W przyszłym roku czekała nas podróż do Wolsztyna. Mój brat Jurek zaaranżował mini zjazd rodzinny. Do udziału w niniejszym spotkaniu zaprosił także naszych kuzynów z rodziny Wieczorków - reprezentantów rodu, z którego wywodziła się moja mama. Ponieważ z tymi rodzinami nie widziałem się od wielu lat, dlatego zależało mi na tym spotkaniu.

            Perspektywą odbycia tak dalekiej podróży żona moja nie była zachwycona. W końcu jednak dała się przekonać, ale nie omieszkała zaznaczyć, że czyni to po raz ostatni. Zatem znowu zabrzmiało to złowieszcze zastrzeżenie, zabarwione pesymizmem i ostatecznością. Oby nie powtarzało się zbyt często, gdyż potęgowało we mnie niepokój.

            Do Wolsztyna zatem wybraliśmy się razem. Oprócz nas w spotkaniu uczestniczył nasz kuzyn Henio Wieczorek z żoną. Zaproszenie również otrzymał Zygmunt Wieczorek, ale z powodu choroby nie był wstanie przybyć. Na to spotkanie Jurek sporządził wykresy genealogiczne naszych rodów. Należy się mu za to uznanie, zarówno za koncepcję, jak i poniesiony trud oraz precyzję wykonania.

            W zaproszeniu była sugestia, aby każdy z uczestników przywiózł ze sobą zachowane dokumenty lub spisane wiadomości, jakie udało się mu zebrać na temat swego rodu. Muszę obiektywnie stwierdzić, że z powierzonego zadania najsumienniej wywiązał się Henio. Kopie materiałów, jakie dostarczył, mogą w znacznym stopniu dopomóc mi w opracowaniu dziejów rodziny Wieczorków.

            Po południu udaliśmy się samochodami na poszukiwanie ,,korzeni rodowych” mojej mamy. Odwiedziliśmy kolejno Dąbrowę, Gościeszyn i Łąkie - miejscowości, w których żyli i pracowali jej rodzice, zanim przeprowadzili się na Pomorze Gdańskie i dalej do Ickern w Westfalii. Przyjemnie było poznać środowisko, w którym żyli moi pradziadkowie po kądzieli, cmentarz, na którym spoczywają i dom, w którym dorastała moja mama.

            Podróż powrotna przebiegała bez zakłóceń. Żona nie odczuwała żadnych dolegliwości. O dziwo, nawet z głową, na której bóle często się uskarżała, miała spokój. To dobrze, gdyż czekał nas jeszcze w tym roku wyjazd do Żywca.

            Mimo że naszą ubiegłoroczną ,,podróż sentymentalną” żona uznała za ostateczną swą wizytę w Żywcu, to wypadałoby nam raz jeszcze tam pojechać. Szkoła, którą przez 14 lat kierowałem i gdzie pracowała małżonka, obchodzi w roku bieżącym 125-lecie swego powstania. Szykują się bardzo szumne obchody. Otrzymaliśmy już imienne zaproszenie. Wypada nam w tak niecodziennej uroczystości uczestniczyć, tym bardziej, że mam otrzymać odznaczenie.

            Pojechaliśmy. Okolicznościowa akademia odbyła się w Młodzieżowym Domu Kultury. Wzięło w niej udział bardzo wielu naszych znajomych nauczycieli, rodziców i uczniów. Byli także przedstawiciele władz miejskich i powiatowych oraz gość honorowy - Arcyksiężna Krystyna Habsburg.

            Byliśmy mile widzianymi gośćmi, bo kiedy wchodziliśmy na salę, powitały nas entuzjastyczne brawa. Także w przemówieniu Hani Wolskiej – dyrektorki szkoły nader często było wymieniane nasze nazwisko i bardzo szeroko cytowano fragmenty z mego artykułu, jaki opublikowałem ongiś na łamach lokalnego czasopisma z okazji obchodów 100-lecia tejże placówki.

            Dalsza część uroczystości miała już miejsce w gmachu szkoły , gdzie zostało odsłonięte popiersie Adama Mickiewicza, - patrona szkoły i odbył się tradycyjny bankiet. Było przyjemnie i swobodnie. Czuliśmy się doskonale, zwłaszcza żona, która po dwudziestu pięciu latach miała okazję spotkać się ze swoimi dawnymi uczniami i ich rodzicami. Wspomnieniom i zachwytom nie było końca. Byliśmy szczęśliwi i wdzięczni kierownictwu szkoły, że umożliwiło nam wzięcie udziału w tak podniosłej i niepowtarzalnej uroczystości.

            W czasie powrotu rozszalała się śnieżna nawałnica. W krótkim czasie drogę pokryła gruba warstwa śniegowego puchu. Wtedy doceniłem, co to znaczy duży silny samochód o wysokim zawieszeniu. Na podjazdach pod górę małe samochody nie radziły sobie i stawały bezradnie na poboczu drogi. Nasz samochód natomiast, jakby na przekór innym, pokonywał zaistniałe trudności terenowe bez przeszkód. Na wzniesieniu pod Zadzielem przygarnęliśmy do swego auta pasażera, który zrezygnowany stał na przystanku, bezskutecznie czekając na kursowy autobus.

            Byliśmy optymistycznie nastawieni do życia. Aby uprzyjemnić podróż, przekazywaliśmy sobie zabawniejsze spostrzeżenia i uwagi dotyczące odbytego spotkania, bawiąc się przy tym znakomicie.

            Cieszyliśmy się, gdyż nazajutrz czekał nas znowu wyjazd tym razem do Krakowa na premierę operetki Jana Strausa ,,Zemsta Nietoperza” w reżyserii i adaptacji J.Józefowicza. Swoją inwencją reżyserską i pomysłowością scenograficzną Józefowicz prześcignął wszystkie dotychczasowe spektakle, czym zaskoczył i zachwycił nie tylko nas, ale ogół widowni. Byliśmy usatysfakcjonowani i szczęśliwi, że mogliśmy uczestniczyć w takim ekskluzywnym widowisku. Dlatego w drodze do domu dyskutowaliśmy zawzięcie na temat oryginalności ujęć poszczególnych wątków komediowych, szczególnie nad tym, jak po mistrzowsku autor potrafił połączyć wątki żartu i zabawy w intrygę miłosną. Któż by wtedy przypuszczał, że powracamy z imprezy, w której nam jako małżeństwu dane było uczestniczyć po raz ostatni.
 

 

* * *

 


            I stało się to najgorsze, co można sobie jedynie wyobrazić. Ukryta choroba była nieustępliwa. Rozwijała się skrycie, drążyła coraz głębiej wątły organizm żony, aż doprowadziła ją na szpitalne łoże. Mimo wysiłków lekarzy stan jej z każdym dniem się pogarszał. Ona jednak nie poddawała się i do końca toczyła z chorobą zaciętą walkę.

            Jaka silna przejawia się wtedy wola życia, jaki wzmożony wysiłek wkłada organizm w swe przetrwanie! Chciałoby się wtedy tej bliskiej i drogiej osobie ze wszech sił dopomóc przezwyciężyć tę niemoc, ulżyć cierpieniu, uśmierzyć jej ból. A tu jest się bezradnym i bezsilnym. Można jedynie cierpliwie czekać w niepewności i żyć nadzieją.. Kiedy i to okaże się bezskuteczne, pozostaje już tylko beznadziejność i wierne trwanie do końca.

            Śmierć przyszła nocą, nagle i niespodziewanie. Jak złodziej wkradła się do naszej rodziny i zabrała to co było najdroższego, kochaną i kochającą żonę, a wraz z nią moje marzenia, szczęście i miłość. Pozostała ogromna, nieprzemijająca boleść, która moje życie obróciła w nicość, odebrała radość i sens bycia.

            Odeszła bez pożegnania, w samotności, z dala od domu, pozostawiona na pastwę środowiska obojętnego na ból i cierpienie. A zawsze była taka subtelna i wrażliwa na cierpienie innych. Nie przechodziła obok nieszczęścia obojętnie, a potrzebujących wspomagała jak mogła.

            Odeszła, chociaż tak dobrze razem nam było. Żyliśmy przykładnie, byliśmy sobie wierni, kochaliśmy się i szanowali. We wszystkim zgadzaliśmy się ze sobą, mieliśmy wspólne zainteresowania i potrzeby. Była moim przeznaczeniem, ostoją i błogosławieństwem. Jestem dumny i wdzięczny jej za to, że było mi dane przeżyć tyle szczęśliwych lat u boku tak znamienitej żony.

            Była nie tylko kochającą żoną, ale troskliwą matką, opiekuńczą babcią i wyrozumiałą teściową. W domu zaś zaradną gospodynią, a w szkole tytanem pracy.

            Odeszła bezpowrotnie. Byłem świadomy tego, że kiedyś przyjdzie się nam ze sobą rozstać, ale nie przypuszczałem, że to tak prędko nastąpi, że pozostawi po sobie tak dotkliwy, nieprzemijający ból i bezgraniczną żałość.

            Jednak los bywa zazwyczaj bezwzględny i okrutny. Cios spada znienacka w najmniej odpowiedniej chwili. Uderza w najczulsze miejsce, niweczy wszelkie plany i zamierzenia. Burzy dotychczasowe układy, pozostawia niezmierne cierpienie i niepowetowaną stratę. Tworzy przerażającą pustkę, kładzie kres dotychczasowemu życiu.

            Odeszła na wieczność ta, która była moim natchnieniem i spełnieniem życia. Wiedli ją tą sama drogą, którą przed pół wiekiem podążał nasz orszak weselny. Tak samo świeciło słońce, szumiały drzewa i kwitły kwiatki. Ale ona tego już nie zaznała. Wyzbyta trosk, kłopotów, bólu i cierpienia, zmierzała ku widniejącemu w dolinie kościołowi, a stamtąd na mały wiejski cmentarz do miejsca swego wiecznego spoczynku.

            Złożono ją wśród bliskich i znajomych, nie opodal rodziców, w sąsiedztwie siostry, ciotki i dziadka.

            Tak mi jej brakuje! Nic dziwnego, że się wzruszam i gorzkie łzy ronię. Nie sposób prędko przeboleć tak dotkliwej straty, a jeszcze trudniej zapomnieć.

            Odczucia te odżywają szczególnie wtedy, kiedy spoglądam na stojącą przed domem białą ławeczkę, na której po znojnym dniu odpoczywaliśmy razem. Wpatrzeni w zachodzące słońce z rozrzewnieniem wspominaliśmy wtedy przeżyte chwile i snuli plany na najbliższą przyszłość. Teraz ta biała ławeczka stoi samotna. Jedynie czasem przysiądzie na niej jakiś przyjezdny gość. Najczęściej zajmują ją koty, wygrzewając w słońcu swoje puszyste futerka.

            Odeszła. Lecz dla mnie nadal żyje. Widzę ją wszędzie na jawie i we śnie, w pomieszczeniach, w których się poruszam i w sprzęcie, którego używam. Trwa w moich marzeniach, myślach, poczynaniach i odczuciach. Żyje we mnie, w mojej pamięci i miłości.

            I żyć będzie wiecznie! Gdyż ,,Ci, których kochamy, nie umierają, bo miłość to nieśmiertelność!”. A myśmy się kochali! Zatem moja żona żyje, tylko w innym, doskonalszym świecie, gdzie czeka, aż do niej przyjdę, byśmy się mogli ponownie połączyć, już na zawsze, w wieczności!



▲   do góry