Herb miasta Wolsztyn


 

.


Strona główna

Najdawniejsze dzieje

Na ziemi Obrów

Miasto mojej młodości

Czasy przedwojenne
(1929 – 1938)

Przed burzą
(1938 –1939)

Wróg u bram

Niemiecki porządek
(1939-1945)

Obrazki z życia w okupowanym mieście

Okres powojenny

Wyzwolenie Wolsztyna
(26.I 1945)

Powrót do normalności
(1945-1949)

Potomnym ku przestrodze


Artykuły

Legendy i baśnie

Informacje o autorze


 


 


.



Miasto mojej młodości
 

 1. Czasy przedwojenne (1929 – 1938)

 Lata sielskie i anielskie
Hej, do pracy wraz!
 
Antysemickie ekscesy
 
Reakcja wolsztynian na zajęcie Zaolzia
 
Ostatnie wakacje
                                        

2. Przed burzą (1938 –1939)

W obliczu zagrożenia
Mniejszość niemiecka
Wydarzenia 26 sierpnia
Przed nadejściem wroga
Zajęcie Wolsztyna przez Wehrmacht
Wcielenie Ziemi Wolsztyńskiej do III Rzeszy

                                                                

 3. Niemiecki porządek (1939-1945)

 Eksterminacja
 
Kwestia żydowska
 
Przymus pracy
 
Biologiczne niszczenie polskiego narodu
 
Życie towarzyskie pod okupacją

4. Akcja wysiedleńcza

Niemieckie porządki
Pozbawieni ojcowizny
Na służbie u bauera 
Kres mordęgi i zniewolenia

5. Obrazki z życia w okupowanym mieście

Akcja "Generał"
Ostatnia droga francuskiego generała
"Słowicza Górka"
Weronika

 

 


C Z A S Y    P R Z E D W O J E N N E



Lata sielskie i anielskie
 


            Na świat przyszedłem nie w porę. Gdy się pojawiłem, mama przebywała wówczas poza miejscem zamieszkania, z wizytą w Tuchorce u swojej zamężnej siostry Anny. Jako noworodek musiałem być dzieckiem wątłym i fizycznie słabym, skoro nazajutrz postanowiono mnie ochrzcić. Ceremonia odbyła się w Tuchorzy, w wiejskim, drewnianym kościółku. Na rodziców chrzestnych wyznaczono osoby z najbliższej rodziny: ciocię Annę i dziadka Józefa. Jednocześnie moje narodziny potwierdzono wpisem do akt w miejscowym urzędzie gminnym. Z tej racji w księgach Urzędu Stanu Cywilnego figuruje zapis, że dnia 7 września roku pańskiego 1929 przyszło na świat dziecię płci męskiej, któremu nadano imię Zygmunt. Chociaż w Tuchorzy przebywałem niedługo, to jednak sam fakt, że narodziłem się na tym terenie, związał mnie na trwałe z tą miejscowością.

            W tej tak ważnej życiowo chwili ojca z nami nie było. Przebywał na kontrakcie w Billemont we Francji. Z tej racji wszelkie obowiązki związane z moimi narodzinami przejął mój chrzestny: dziadek Józef.

            Kiedy już było wiadomym, że wcale nie zamierzam tego świata opuszczać i z każdym dniem staję się silniejszy, dziadzio przewiózł mnie do Wolsztyna. Nie mając jeszcze czternastu dni, stałem się od razu obywatelem powiatowego miasta. Zamieszkałem w domu przy ulicy Lipowej, który po dziadkach odziedziczyli moi rodzice. Tu wzrastałem i rozwijałem się ku uciesze najbliższej rodziny, sąsiadów i znajomych. Tutaj zaznajamiałem się z najbliższym otoczeniem, osobami i przedmiotami. Najpierw były to obrazy fragmentaryczne, niepełne i mgliste. Z czasem stawały się bardziej wyraziste, interesujące.

            W pierwszą rocznicę moich urodzin mama zabrała mnie do miasta, gdzie wraz z ciocią Franią udała się do fotografa, który wykonał pamiątkowe zdjęcie. Jak pamiętam to fotografia ta była zawsze w rodzinnym albumie, który znajdował się pod troskliwą opieką mamy. Wraz z jej odejściem zdjęcie to gdzieś przepadło. Mam nadzieję, że nie na zawsze. Byłaby to niepowetowana strata, bo fotografia ta zawiera jedyną moją podobiznę z okresu wczesnego dzieciństwa.

            Gdy miałem dwa lata, rodzinę naszą dotknęła tragedia Nagle odszedł od nas na zawsze dziadzio Józef. Wielka i bolesna zapewne była to strata, gdyż mama zawsze, kiedy to smutne wydarzenie wspominała, nie omieszkała podkreślać, jak dziadzio bardzo mnie kochał i jak troskliwie się mną opiekował. Żałuję, że nie było mi dane poznać tej zacnej, dobrotliwej i kochającej mnie osoby.

            Najwcześniejsze chwile mojego życia kojarzą mi się nie tyle z mamą, ale z babcią Antosią i ciocią Franią. One to, gdy mama przebywała w pracy, roztaczały nade mną swoją wszechwładną opiekę, udzielały pierwszych porad i przestróg, wprowadzały w sferę przyszłego życia.

            Może z tego okresu pochodzą, przetrwałe tak wiernie w mojej pamięci, pierwsze obrazy i wrażenia związane z najbliższym środowiskiem. Ilekroć wspominam tamte chwile, zawsze przed moimi oczyma jawi się biały, parterowy budynek pokryty wypalaną dachówką, z dwoma facjatami. W środku budynku znajdowała się sień, która rozdzielała mieszkańców tej posesji. Po prawej stronie mieszkanie zajmowała nasza rodzina, a po lewej rodzina Żoków. Na piętrze, na które wiodły drewniane, niemiłosiernie skrzypiące schody, jedno z mieszkań zajmowała ciocia Frania z rodziną, drugie zaś rodzina Stefańskich, a po niej Zboralskich.

            Na zapleczu domu znajdowało się obszerne podwórze i szopa, w której wujek Józio posiadał warsztat. Dalej znajdowały się budynki gospodarcze, w których mieszkańcy tej posesji przetrzymywali kozy, drób i króliki. W zimie były tam również szczury, które na ten trudny czas wprowadzały się do tych pomieszczeń niemal z całej okolicy.

            Najwierniej jednak w mojej pamięci przechowała się posesja usytuowana po przeciwnej stronie ulicy. Znajdował się tam zakład kołodziejski i olejarnia stanowiące własność pp. Hajnów. Obok tej zabudowy znajdowała się stodoła, przy której składowano materiał służący do produkcji drzewnej. Było to ulubione miejsce naszych zabaw, głównie w chowanego, gdyż wśród stert ułożonych okrąglaków i desek znajdowaliśmy doskonałe kryjówki.

            Kiedy zabawa się nam znudziła, można było popatrzeć jak syn właściciela posesji, Janek, w metalowej tłoczni wyciskał olej lub jak w kołach do wozów nawiercał otwory pod piasty. Tak przygotowane koła na podręcznym wózku transportował do kowala, który je okuwał. Często Jankowi w tej drodze towarzyszyłem. Z zaciekawieniem wtedy przypatrywałem się, jak kowal nakładał rozżarzone do białości obręcze na koła i wbijał w nie metalowe piasty.

            Bardzo miło wspominam podróże do wujostwa w Tuchorce. Trasę tę często przebywałem, jadąc pociągiem w towarzystwie babci. Szliśmy wtedy od stacji Tuchorza w kierunku Tuchorki ścieżką wiodąca skrajem lasu, a następnie wśród zbożowych łanów. Pamiętam, jak natrętne były wówczas zbożowe kłosy, które nieprzerwanie uderzały mnie po twarzy.

            Najczęściej jednak trasę tę przebywałem z mamą na rowerze. Tato sprawił dla mnie wiklinowy fotelik, w którym w czasie podróży miałem się czuć wygodnie i bezpiecznie. Z tym bezpieczeństwem to nieraz różnie bywało.

            Na długo w mojej pamięci przetrwała kraksa, jaka się nam wydarzyła podczas takiej rowerowej eskapady. W podróży tej towarzyszyła nam ciocia Frania, która jechała tuż przed mamą. Jechaliśmy drogą z Niałka do Kiełpin, tzw. ,,glinianką”. Było to przypuszczalnie zaraz po długotrwałych deszczach lub nocnej burzy, gdyż na drodze zachowały się jeszcze kałuże. Jazda rowerem po gliniastym podłożu, na wąziutkim skrawku jezdni ograniczonej koleinami i przydrożnym rowem, wymagała wyjątkowej sprawności. W takich okolicznościach o upadek nie było trudno.

            Kiedy ciocia dojeżdżała do miejsca, gdzie przez drogę przechodziły tory kolejowe linii Wolsztyn – Kopanica, nagle straciła panowanie nad kierownicą i niespodziewanie znalazła się w brunatnej kałuży. Mama, jadąc w nieznacznym oddaleniu za nią , nim się zorientowała, co się wydarzyło, podzieliła jej los. W tym nieprzyjemnym karambolu najmniej ja ucierpiałem, gdyż zostałem wyrzucony na pobocze drogi, gdzie było względnie sucho. Na szczęście, poza zabrudzeniem, nikomu nic się nie stało. Podjęto zatem dalszą jazdę i niebawem, już bez przygód, dotarliśmy do celu.

            Wujo Franek pracował w Urzędzie Gminy w Tuchorzy. Mieszkał natomiast wraz z rodziną w Tuchorce w budynku ewangelickiej szkoły. Obiekt ten był usytuowany na uboczu wsi, przy drodze wiodącej z Reklina do Belęcina. Przy szkole znajdował się obszerny ogród i sad, w którym rosły dorodne jabłonie i grusze. Jednak najokazalszym drzewem w sadzie była morela, która rodziła przepyszne i smaczne owoce.

            Od południowej strony budynku było boisko szkolne, na którym wraz z kuzynami Irkiem i Bolkiem graliśmy w piłkę. Wykorzystując zaś liczne zabudowania gospodarcze, urządzaliśmy często zabawę w chowanego. Częstym miejscem mojego schronienia była sklepiona piwnica, do której od strony podwórza wiodły betonowe schody. Pamiętam, że w tym pomieszczeniu przechowywano gruszki. Były bardzo smaczne, słodkie i soczyste. Na samo wspomnienie tych dorodnych owoców jeszcze teraz cieknie mi ślinka.

            W 1936 roku Urząd Gminny przeniesiono z Tuchorzy do Siedlca. Zmusiło to moich krewniaków do zmiany miejsca zamieszkania. Odtąd Siedlec stał się celem naszych eskapad. Chociaż z Wolsztyna do Siedlca było bliżej, a sama miejscowość o zwartej zabudowie stwarzała wrażenie małomiasteczkowego osiedla, to jednak stale coś nas ciągnęło do Tuchorki, miejsca naszych narodzin.

            Jednak za moje rodzinne środowisko zawsze uznawałem Wolsztyn i ulicę Lipową. Tu przebywałem od najwcześniejszych chwil życia, tu wzrastałem i poznawałem najbliższe otoczenie. Z tego kręgu wywodzili się moi koledzy, w których towarzystwie spędzałem najwięcej czasu.

            Poza podwórkiem ulubionym miejscem moich zabaw była także ulica, na której wraz z rówieśnikami z sąsiednich posesji bawiliśmy się piłką, urządzaliśmy wyścigi lub grywaliśmy w palanta.

            Na końcu ulicy, już na peryferiach miasta, po przeciwnej stronie gospodarstwa ogrodniczego zwanego ,,winnicą”, znajdował się katolicki cmentarz. Z tej racji ulica Lipowa stanowiła trakt, którym odprowadzano zmarłych mieszkańców Wolsztyna na miejsce wiecznego spoczynku.

            Kondukty pogrzebowe były zatem smutną codziennością tej ulicy. Różniły się tylko tym, czy były więcej czy mniej wystawne i ilu za konduktem pogrzebowym podążało żałobników. Atrakcją natomiast było, gdy w tym smutnym obrzędzie uczestniczyła kolejarska orkiestra. Jej minorowe dźwięki napawały mnie smutkiem i grozą. Za to po wykonaniu żałobnej powinności, kiedy jeszcze większość uczestników pogrzebu przebywała na cmentarzu, orkiestra uformowana w kolumnę marszową, przy taktach porywających melodii, podążała dziarsko ulicami miasta do kolejarskiej świetlicy.

            Zapewne bliskość cmentarza zadecydowała także, że przy tej ulicy otworzył zakład kamieniarski znany i szanowany w mieście rzemieślnik Zygmunt Gwiazdowski. Dlatego codziennie można było go spotkać, jak ze swoimi uczniami wytwarzał nagrobki lub jak na granitowych płytach wykuwał stosowne napisy.

            Oprócz takich smutnych codzienności miały przy ulicy Lipowej również miejsce wydarzenia radosne, chociaż nie tak częste, ale za to niezmiernie atrakcyjne.

            Takim bez wątpienia niecodziennym wydarzeniem był ślub córki pp. Hajnów, Heleny. Państwo Hajnowie, znani i cenieni w mieście obywatele, wydawali za mąż swoją jedynaczkę. Dla mieszkańców niedużego miasteczka była to nie lada sensacja. Dlatego w wieczór poprzedzający to wydarzenie przed ich domem zebrała się kawalerka niemal z całego miasta, przynosząc z sobą niezliczoną ilość przeróżnych rupieci, aby je podrzucić w darze nowożeńcom, na szczęście.

            Ten niegodny naśladowania zwyczaj dotarł do nas z Niemiec w okresie zaboru pruskiego. Z tej racji był nazywany ,,pultenabend”. Im więcej rupieci zostało podrzuconych nowożeńcom, tym dłuższe i szczęśliwsze zapowiadało się ich pożycie małżeńskie. Widocznie w ten pamiętny wieczór okazano nowożeńcom szczególną życzliwość, a przede wszystkim ,,szczodrość”, gdyż śmieciami i różnego rodzaju rupieciami zatarasowano wszystkie domowe wejścia. Można jedynie sobie wyobrazić, jak taki przejaw ,,życzliwości” tłumaczyli sobie rodzice panny młodej, kiedy zobaczyli, w jakim stanie znajduje się otoczenie ich domu, w którym nazajutrz ma się odbyć weselne przyjęcie. W dodatku, za tak wyrażone ,,życzenia”, przyszli małżonkowie byli zobowiązani zgromadzoną przed domem młodzież poczęstować ciastem, a kawalerkę wódką.

            Najdotkliwiej skutki takiej niemądrej tradycji odczuł syn gospodarzy Janek. On to, gdy już wszyscy beztrosko spali, musiał to rumowisko wywieźć za miasto, a ulicę doprowadzić do porządku.

            Przyjemnym i bardzo miłym wydarzeniem, jakie głęboko utkwiło w mojej pamięci, był pewien wigilijny wieczór, kiedy po tradycyjnym obiedzie przybyła do nas w towarzystwie anioła i diabła ,,gwiazdeczka”. Mimo przerażenia, jakiego w pierwszej chwili doznałem, wnet opanowałem się, a oczy mi zabłysły, kiedy zobaczyłem, jak ta biała postać taszczy za sobą konia. Był to biały konik na biegunach, przedmiot pożądania i pragnienie każdego chłopca. Zdawałem sobie sprawę, że koń jest na pewno dla mnie przeznaczony, mimo to nie mogłem doczekać się chwili, kiedy będę mógł go dosiąść.

            Tymczasem ,,gwiazdeczka”, zamiast zająć się dziećmi, zaczęła rozglądać się po pokoju, najwyraźniej czegoś lub kogoś szukając. Wreszcie znalazła to ,,coś” ukryte pod łóżkiem i przy użyciu laski wyciągnęła na zewnątrz. Był to nasz sąsiad z naprzeciwka, pan Piotr Brychcy (mąż ,,gwiazdeczki’’), który w obawie przed karą, jaka może go spotkać ze strony żony, tam się przezornie ukrył.

            Uwadze ,,gwiazdeczki” nie uszły również niewłaściwe nawyki i skłonności innych obecnych u nas osób. To, że za dużo wypalają papierosów i nadużywają alkoholu, że wieczorami późno wracają do domu. Jednak jako najgorsze przewinienie wytknęła im to, że lubują się w płataniu sąsiadom figli. Każdy winowajca otrzymywał od ,,gwiazdeczki” odpowiednią reprymendę, a od diabła kilka szturchańców widłami.

            Wreszcie przyszła kolej na mnie. Muszę przyznać, że po tym co przed chwilą spotkało naszych wigilijnych gości, byłem poważnie zaniepokojony. ,,Gwiazdeczka” rozsiadła się wygodnie na krześle, przywołała mnie ku sobie, mamę spytała o moje zachowanie, a kiedy upewniła się, że nie sprawiam jej kłopotu, kazała odmówić ,,paciorek” i przyrzec, że zawsze będę grzecznym chłopczykiem. Wówczas diabeł przywiódł konia, ale zanim mi go przekazał, podroczył się jeszcze ze mną, wygrażając nad moją głową widłami.

            W końcu koń stał się moją własnością i wreszcie mogłem go dosiąść. Co to był za ubaw i jak wiele sprawiło mi to radości. Jeszcze dzisiaj, kiedy wspominam tamte beztroskie, dziecięce lata, nachodzi mnie rozrzewnienie i nostalgia, że tamte przyjemne czasy tak prędko przeminęły i że już nigdy się nie powtórzyły.

            Gdy skończyłem cztery latka, rodzice uznali, że nadszedł czas, aby moje wychowanie oddać w doświadczone ręce. Postanowili, że zapiszą mnie do ,,ochronki”. Tak bowiem w owych czasach nazywano przedszkole, którego wychowankiem niebawem miałem zostać.

            Każdy kandydat pragnący uczestniczyć w przedszkolnych zajęciach musiał posiadać odpowiednie wyposażenie i strój. Zatem ciocia Frania uszyła mi granatowy fartuszek z białym, wykładanym kołnierzykiem. Mama zaś zakupiła torebkę śniadaniową, w której oprócz bułeczki posmarowanej masłem, znajdowała się butelka z mlekiem lub kakao. Z tym ekwipunkiem był ciągły kłopot, bo podczas potknięcia i upadku, co nader często mi się zdarzało, butelka ulegała rozbiciu. W rezultacie cała zawartość torebki nadawała się do wyrzucenia.

            Tak wyposażonego, pewnego wrześniowego poranka, mama zaprowadziła mnie do ochronki. Nie bardzo mi to odpowiadało. Miałem znaleźć się w nieznanym środowisku, gdzie czekało na mnie wiele niespodzianek. Podążając ulicą Wschowską, czułem się jakoś nieswojo. Dlatego przez całą drogę przyrzekałem sobie, że w ochronce zbyt długo nie zabawię.

            Kiedy przechodziliśmy obok klasztornej kaplicy, dotarł do mnie niesamowity gwar. Tak głośno zachowywała się grupa dzieciaków pozostawiona przez chwilę bez opieki wychowawczej. Siostra wychowawczyni załatwiała w tym czasie formalności związane z zapisem dziecka, które doprowadzono do przedszkola, podobnie jak mnie, wbrew woli. Czekając na swoją kolej, miałem wystarczająco dużo czasu, aby przyjrzeć się bliżej otoczeniu.

            Instytucja ta składała się z parterowego budynku, do którego dostawiona została obszerna wiata nazywana przez nas altaną. W niej podczas pory letniej prowadzone były zajęcia dydaktyczno-wychowawcze. Przejściowo służyła również jako sala zastępcza do zabaw i ćwiczeń gimnastycznych.

            Za tym pomieszczeniem był niewielki placyk, na którym znajdowała się piaskownica. W niej bawiła się grupa dzieciaków, która wrzeszcząc niemiłosiernie wyrywała sobie z rąk wiaderka i okładała się nawzajem drewnianymi łopatkami. Taka atmosfera najwidoczniej mnie przeraziła, gdyż poczułem się zagrożony. Kiedy mama dopełniła niezbędnych formalności i oddaliła się w stronę miasta, ja niespostrzeżenie wspiąłem się na okratowanie altany i przez znajdujący się pośrodku otwór przedostałem się na teren parku. Stąd pod osłoną drzew i krzewów dotarłem do niewysokiego parkanu, którego pokonanie nie sprawiło mi większej trudności. Gdy przebiegłem ulicę Wschowską i znalazłem się na ulicy Lipowej, poczułem się tak, jakbym był już w domu.

            Kiedy mama powróciła z zakupami, ja w najlepsze bawiłem się na podwórku. Nie wiem, co sobie wówczas pomyślała. Reakcja jej jednak była natychmiastowa. Zdenerwowana złapała mnie twardo za rękę i tą samą drogą co poprzednio, zaprowadziła ponownie do ochronki.

            Jakież było zaskoczenie siostry-wychowawczyni, kiedy zobaczyła, że mama prowadzi wychowanka, którego nie tak dawno oddała pod jej opiekę. Od tej chwili wychowawczyni w stosunku do mnie stała się niezmiernie czujna, a jednocześnie bardzo troskliwa. Sadzała mnie zawsze w pierwszym rzędzie, abym stale był pod jej bacznym nadzorem. Podczas nauki piosenki lub wiersza zwracała na mnie szczególną uwagę. Często odwoływała się do mojej pamięci, a za każdą poprawną odpowiedź wynagradzała cukierkiem. Cieszyłem się z każdego wyróżnienia, a jednocześnie dziwiłem, gdyż pozostałe dzieci też odpowiadały i to nie gorzej ode mnie, a jednak nie były nagradzane. Dopiero później zrozumiałem jej przebiegłą metodę.

            Również podczas spacerów znajdowałem się zawsze w ostatniej parze, najbliższej jej sąsiedztwa. Taka przesadna ostrożność stała się w końcu zbyteczna, gdyż stosunkowo szybko się adaptowałem i codziennie ochoczo, już sam, bez towarzystwa mamy, spieszyłem do przyklasztornej ochronki.

            Bardzo lubiłem śpiewać i recytować wiersze. Bez większego wysiłku opanowywałem tekst. Odkryła to wnet nasza wychowawczyni. Od tej pory, gdy przygotowywała imprezy estradowe czy sceniczne, powierzała mi zawsze role śpiewane lub wokalne.

            Jak tylko pogoda sprzyjała, wyruszaliśmy na spacer po parkowych alejkach. Najczęściej trasa wiodła aleją główną, w kierunku jeziora, do brodzika, w którym czasem wychowawczyni zezwalała nam zanurzyć stopy.

            Nieraz trasa wiodła w przeciwnym kierunku, ku wznoszącej się na końcu polany figurze, na której stopniach składaliśmy uzbierane po drodze kwiatki.

            Gdy wspominam tamte dziecięce lata, ukwieconą parkową polanę oraz tę figurę Matki Boskiej w neogotyckiej kapliczce i spieszącą ku niej gromadkę dzieci, same nasuwają mi się słowa ludowej pieśni:

                                        ,,...Polskie dziecię zbiera polne kwiecie,

                                        wijąc wianki z wonnych róż

                                        i na ołtarz Twój, Maryjo, niesie,

                                        śląc modlitwę z wonią róż...”



            W razie zbyt głośnego zachowania lub niepodporządkowania się obowiązującym rygorom siostra przywoływała nas do porządku, stukając głośno drewnianą kołatką. Kiedy nieraz i taki sposób bywał mało skuteczny, wówczas z przepastnej kieszeni habitu wydobywała garść cukierków, którymi obdarowywała tych, co nie sprawiali kłopotu i bez sprzeciwu podporządkowali się jej poleceniom.

            Bywało czasem i tak, że nie pomagały ostrzeżenia, przestrogi, a nawet cukierki. Wówczas do akcji wkraczała kołatka. Przy jej użyciu niesforne dzieciaki były przywoływane do posłuszeństwa. ,,Kij i marchewka” już wtedy stanowiły najskuteczniejszy środek wychowawczy.

            W 1934 roku spotkała mnie ogromna radość. Na świat przyszedł braciszek Czesio. Nie byłem już jedynakiem, miałem obok siebie stałego i wiernego towarzysza gier i zabaw. Odtąd już przez dalsze życie szliśmy nierozłącznie razem.

            Pewnego wiosennego dnia 1935 roku odwiedził nas niespodziewanie kuzyn mojej mamy. Mimo że stanowili bliskie pokrewieństwo, to dopiero pierwszy raz się spotkali. Wujek, bo tak mama kazała go nazywać, wywodził się z rodziny Mąkowskich i był siostrzeńcem mojej babci Antoniny. Rodzina ta od dawna mieszkała na Żuławach, gdzie posiadała niewielki majątek ziemski.

            Wujek (nie wiem nawet, jak miał na imię) był zawodowym oficerem Wojska Polskiego. Jego pułk stacjonował w Poznaniu. Do Wolsztyna przybył służbowo w związku z planowanymi manewrami. Kierował grupą kwatermistrzowską, zatem jego rola polegała na przygotowaniu w mieście kwater dla oficerów, a w okolicznych folwarkach pomieszczeń dla szeregowych żołnierzy i koni.

            Odwiedziny wujka zapamiętałem tak wiernie, ponieważ obdarował mnie złotówką i polecił, abym zakupił sobie za tę kwotę słodyczy. Ściskając w dłoni otrzymany pieniądz, udałem się bezzwłocznie na ulicę Biała Góra, gdzie znajdował się sklep spożywczy pp. Pospiechów. Kiedy zdyszany znalazłem się w sklepie i na ladzie położyłem błyszczący krążek, prosząc za to cukierków, sprzedawca osłupiał. Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, uśmiechnął się dwuznacznie, zabrał niklowego pieniążka i poprosił, abym przyprowadził mamę. Ze względu na obecność gościa mama nie mogła zadość uczynić jego prośbie. Napisała jedynie odręcznie karteczkę, w której poinformowała nadgorliwego sprzedawcę, że wie o tym zakupie i prosi, aby go zrealizował. Nie wiem, jak sobie poradziłem z taką dużą ilością cukierków. Zapewne wszyscy mieszkańcy, zarówno z naszej jak i sąsiedniej posesji, zostali nimi obdarowani.

            Zapowiedziane manewry wojskowe odbyły się latem. Przez Wolsztyn, od Zbąszynia do Kościana, przemieszczały się wojska piesze, kawaleria i tabory konne. Przegrupowywaniu poszczególnych formacji towarzyszyły gromkie rozkazy, wybuchy petard, kwik koni i świst kawaleryjskich szabel. A nad miastem przelatywały pobłyskujące w słońcu samoloty. Dla nas dzieci to one stanowiły największą atrakcję odbywających się manewrów.

            Pewnego jesiennego dnia po powrocie z pracy tato zakomunikował, że w najbliższą niedzielę w ,,Grandce” odbędzie się seans filmowy. Tego rodzaju imprezy w Wolsztynie należały do rzadkości, gdyż miasto nie posiadało stałego kina. Z tej racji projekcje filmowe odbywały się w różnych wynajętych na ten cel lokalach. Najczęściej była to sala w ,,Grand Hotelu” lub aula szkoły nr 1.

            Tym razem projekcja filmowa miała się odbyć w ,,Grandce”. Był to film reklamowy, zatem wstęp był bezpłatny. Wykorzystując nadarzającą się okazję, na niniejszą imprezę wybrało się niemal całe nasze podwórkowe towarzystwo. Najstarszymi wśród nas byli: Gerda, Walerek i jego siostra Agnieszka. Ogromną ochotę pójścia z nami do kina przejawiała także siostra Agnieszki, Maryla, i moja kuzynka Irka. Jednak ze względu na wiek i późną porę rodzice im na to nie zezwolili. To dziwne, bo były w moim wieku. Rodzice moi takich rygorystycznych kryteriów nie stosowali i każdorazowo godzili się na mój udział w tego rodzaju imprezach.

            Projekcja filmowa została zaplanowana na godzinę 17- tą. Myśmy jednak udali się tam znacznie wcześniej, aby zapewnić sobie na widowni jak najdogodniejsze miejsca. Oczywiście, że byliśmy pierwsi, zatem przyszło nam sporo czasu czekać.

            Przed oznaczoną godziną zaczęły nadciągać gromadki żądnych sensacji i mocnych wrażeń kinomanów. Sala wnet się zapełniła. Dziwiłem się, że wszyscy zajmowali miejsca w tylnej części widowni, gdy w przedzie pozostawało wiele pustych krzeseł. Wykorzystałem tę sytuację i usadowiłem się pośrodku pierwszego rzędu, tuż przed ekranem, zadowolony, że będę wszystko bardzo dobrze widział i słyszał.

            W pewnej chwili zgaszono światła, a na ekranie ukazało się ogromne, niezdarne ptaszysko z potężnym dziobem. Był to tukan, ,,logo” firmowe zakładów produkujących mydło. Jego pojawieniu się towarzyszyły wydobywające się gdzieś z głębi sceny fortepianowe dźwięki. Film był niemy, więc potrzebował stosownej oprawy muzycznej i objaśnień słownych. Rolę tę spełniał pewien pan, który w czasie wyciszenia fortepianu starał się nas wtajemniczyć w to, co ukazywało się na ekranie. A na nim pokazywano zakłady firmy ,,Tukan” i proces związany z produkcją mydła. Muszę się przyznać, że ta część filmu w ogóle mnie nie interesowała i gdyby nie przyświecała mi nadzieja zobaczenia czegoś ciekawszego, to bym z pewnością opuścił widownię.

            W części drugiej wyświetlano film przedstawiający niewiarygodne przygody ,,Flipa i Flapa” podczas jazdy pociągiem. Ciekawa, pełna przygód, trzymająca widza w stałym napięciu akcja przypadła mi do gustu. Z zabawnych poczynań tych dwóch znakomitych komików uśmiałem się co niemiara. Zapewne byłoby tak do końca seansu, gdyby nie pędząca lokomotywa. Nie wiem, jak się to stało, że ten ziejący kłębami pary potwór pędził wprost na mnie i byłby mnie z pewnością przejechał, gdybym w porę nie zareagował.

            Zerwałem się nagle z miejsca i z przerażającym okrzykiem pobiegłem w kierunku wyjścia. Na mój wrzask operator kina zareagował natychmiast, gdyż w mig zabłysło światło. Również ktoś litościwy zaopiekował się przerażonym malcem, czyli mną, i wyprowadził do holu. Doznany stres musiał być ogromny, gdyż pozostawił we mnie na dłuższy czas uraz do kina.

            Od najwcześniejszych lat obiektem moich zainteresowań był wiatrak, który stanowił własność p. Heindricha. Mieszkałem w pobliżu tego wiatraka i jego charakterystyczna sylwetka znajdowała się stale w zasięgu mojego wzroku. Niezależnie od pory dnia i roku lub warunków atmosferycznych ta zagadkowa budowla wyzwalała we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony potęgowała ciekawość i chęć poznania, z drugiej budziła trwogę i lęk. Lęk był w dodatku świadomie i celowo podniecany przez moją babcię i rodziców, abym samowolnie nie zbliżał się ku temu wiatrakowi, gdyż wirujące skrzydła stanowiły poważne zagrożenie.

            Aby mnie odwieść od takiego zamiaru, posługiwali się różnymi fantastycznymi i przerażającymi opowieściami. Wynikało z nich, że w wiatraku mieszkały duchy przodków młynarza. Natomiast podczas burzy gromadziły się w nim ,, złe moce” i ,,paskudy”, które z mieszkającą pod wiatrakiem czarownicą wyczyniały różne ,,cuda i dziwy”. Młynarz też nie był osobą godną zaufania, skoro wiatrak i położone w jego sąsiedztwie zabudowania upodobały sobie myszy i szczury.

            Faktycznie, w czasie burzy, na tle ponurego nieba i w świetle przeszywających błyskawic oraz ogłuszających grzmotów, sylwetka wiatraka przedstawiała się szczególnie groźnie, czym jeszcze bardziej potęgowała nieprzyjemne skojarzenia. Co się tyczy myszy i szczurów to oczywiste, że te dokuczliwe gryzonie gromadzą się zawsze tam, gdzie znajdują łatwy dostęp do pożywienia. W młynie czy stodole karmy im nie brakowało.

            Kierowane przez rodziców i babcię pod moim adresem uwagi, zakazy i ostrzeżenia podbudowywane odstraszającymi opowieściami, nie na wiele się zdały. Skoro tylko nadarzała się okazja, natychmiast biegiem udawałem się w stronę wiatraka do zaprzyjaźnionego młynarza. Dzięki młynarzowi miałem możność bliżej zapoznać się z wewnętrzną konstrukcją tego obiektu, jego urządzeniami i procesem przemiału zboża na mąkę.

            W 1936 roku moi rodzice przeprowadzili na sąsiednią ulicę, gdzie wybudowali nowy dom. Urwały się zatem moje kontakty z tak bliskim mi środowiskiem przy ulicy Lipowej. Jedynie z wiatrakiem, chociaż nieco innym, zachowałem nadal związek.

            W sferze moich zainteresowań znalazł się wiatrak przy ulicy Młyńskiej. Chociaż nie udało mi się tym razem zaprzyjaźnić z właścicielem tego wiatraka, jednak obiekt ten stanowił atrakcję ze względu na górkę, na której się wznosił.

            Wiatrak na ,,młyńskiej górce” stawał się szczególnie atrakcyjny w okresie zimy. Gdy śnieg pokrył wzniesienie, zamieniało się ono wówczas w ogólnie dostępny tor saneczkowy. Przy dobrym rozbiegu i umiejętnym manewrowaniu saneczkami można było dojechać nawet do placu Kościuszki.

            Atrakcją Wolsztyna były również okresowe powszechne jarmarki. Odbywały się one tradycyjnie w centrum miasta na Rynku. Na targi zjeżdżali kupcy, handlarze i rzemieślnicy z najdalszych zakątków powiatu, a nawet spoza jego granic. Przyjezdni sprzedawcy rozkładali swoje towary na straganach, a w obawie przed deszczem lub rażącymi promieniami słonecznymi zabezpieczali płóciennymi daszkami.

            Stragany ustawiano według ustalonego porządku i w oznaczonych miejscach. Wzdłuż ulicy Kościelnej rozkładali swoje wyroby producenci owoców i jarzyn, następnie cukiernicy, kusząc dzieci różnokolorowymi słodyczami i tandetnymi cackami z wafli. Następne stanowiska zajmowali szewcy, krawcy i kuśnierze oferujący gotową konfekcję.

            Na Rynku po stronie lewej oferowano materiały bławatne, płótna bawełniane i lniane oraz serwety, firany, kotary, zasłony, makaty, kilimy i dywany. Naprzeciw budynku magistratu, bezpośrednio na bruku, swoje wyroby rozkładali kowale, ślusarze, blacharze, bednarze i kołodzieje. Kramy i stanowiska handlowe lokowano również w środkowej części Rynku.

            Środek Rynku zajmowały także wozy, z których prowadzono bezpośrednią sprzedaż zboża siewnego i paszowego, różnego rodzaju nasion oraz ziemniaków, buraków i kapusty.

            W takim zatłoczonym i gwarnym kłębowisku trudno było się ustrzec przed złodziejami, różnego rodzaju naciągaczami i oszustami.

            Szczególnie niebezpieczne były tzw. ,, stoliki szczęścia”, przy których sprytni kuglarze z użyciem kart, kostek lub lusterek naciągali naiwnych, którzy im uwierzyli, że przy odrobinie szczęścia mogą stać się bogaci. Skutek najczęściej był odwrotny. Kiedy uczestniczący w grze całą uwagę skupiał na wybranym lusterku i z napięciem oczekiwał szczęśliwego trafienia, w tym czasie sprytny złodziej opróżniał jego kieszenie.

            Nie brakowało również nieuczciwych rzemieślników. Pamiętam takiego szewca, który oferował sprzedaż butów w bardzo szerokim zakresie i to po bardzo atrakcyjnej cenie.

            Zwłaszcza oko przyciągały porozwieszane na regale starannie odrobione, piękne, lśniące buty z cholewami tzw. ,,oficerki” Można było im się przyglądać do woli, dotykać, a nawet przymierzać. Posiadać takie buty było marzeniem niejednego mężczyzny. Kiedy któryś zdecydował się na zakup, wnet dobijano targu. Po dokonaniu transakcji sprzedawca opakowywał starannie towar, przy tym często schylał się pod stragan, gdzie szukał papieru lub sznurka, po czym starannie obwiązaną paczkę wręczał zadowolonemu nabywcy.

            Po oddaleniu się klienta taki oszust - rzemieślnik zazwyczaj pospiesznie likwidował stragan i znikał w tłumie. My jedynie możemy sobie wyobrazić, jak zareagował taki oszukany klient, kiedy po powrocie do domu rozpakował towar, a tam zamiast wymarzonych butów, ujrzał dwie blaszane rury.

            Do takiego kompletu oszustów i naciągaczy brakowało jedynie jeszcze Cyganów. Na nich nie było trzeba specjalnie czekać. Pojawiali się wszędzie tam, gdzie wyczuwali możliwość łatwego zarobku, a taką stwarzał im jarmark.

            W przeddzień jarmarku przyjeżdżał do miasta cygański tabor. Składał się zazwyczaj z kilku przystosowanych do zamieszkania wozów. Niektóre z nich były nawet atrakcyjne. Pomalowane w różnobarwne kwiaty, a niekiedy w scenki z cygańskiego życia. Wzbudzały podziw i ogólną ciekawość.

            Wolsztyn Cyganie upodobali sobie szczególnie, dlatego byli częstymi gośćmi w tym mieście. Tutaj się rodzili, zawierali legalne związki małżeńskie i tutaj umierali. Liczne nagrobki Cyganów na miejscowym cmentarzu są ewidentnym tego dowodem.

            Obozem rozkładali się na placu przy ulicy Młyńskiej, tuż za szkołą. Wówczas robiło się tu gwarno, rozpalano ogniska, przyrządzano posiłki, a wieczorem śpiewano i tańczono w rytm cygańskiej muzyki. Z jednej strony Cyganie uatrakcyjniali monotonność życia w mieście, z drugiej zaś wzmagali czujność jego mieszkańców. W trosce o swoje mienie wolsztynianie staranniej niż zazwyczaj zabezpieczali swoje posesje przed Cyganami i starali się unikać bezpośrednich z nimi kontaktów. Cyganów można było wszędzie spotkać, szczególnie Cyganki, które zaczepiały na ulicach przechodniów, aby im ,,powróżyć” lub żebrały, odwiedzając poszczególne domy.

            Uprawianie takiego procederu było domeną Cyganek i ich dzieci. Cyganie - mężczyźni zajmowali się natomiast handlem końmi. Z tej racji interesowały ich głównie targi konne. Takie targi odbywały się nie tylko z okazji tradycyjnych, ogólnych jarmarków, ale także w każdy piątek w ramach cotygodniowego targu.

            Do handlu zwierzętami został w mieście wydzielony odpowiedni plac nazywany targowicą. Pierwotnie targowica znajdowała się pomiędzy remizą straży pożarnej i miejską gazownią. Kiedy okazała się za mała, została przeniesiona nie opodal, na sąsiedni teren, usytuowany u zbiegu ulic: Gajewskich i Lipowej. Teren ten został specjalnie przystosowany do handlu zwierzętami. Z tej racji podzielono go na oddzielne sektory z przeznaczeniem dla bydła, trzody chlewnej i drobnego inwentarza. Największy sektor, zwany ,, majdanem”, przeznaczono dla koni. Dla Cyganów miejsce to stanowiło swoiste ,,eldorado”.

            Aby udało się korzystnie sprzedać nie zawsze najlepszej jakości konia, należało go wcześniej odpowiednio przygotować. Dlatego w przeddzień jarmarku Cyganie wyprowadzali przeznaczone do sprzedaży konie nad ,,głęboki rów”, gdzie je myli, przycinali im ogony i grzywy oraz czernili kopyta. Po takich kosmetycznych zabiegach nawet dwudziestoletnia ,,chabeta” prezentowała się jak podrosły źrebak.

            Często jednak kupujący, chociaż sam nie znał się na koniach, nie pozwalał, aby go zrobiono ,,w konia”. Dobierał sobie osoby doświadczone, które doskonale znały się na tego rodzaju transakcjach, wiedziały jak ustalić wiek konia i sprawdzić jego fizyczną sprawność. Znawcy obchodzili konia dookoła, poklepywali po zadzie, następnie zaglądali mu w zęby, sprawdzali kopyta, a na koniec biegali z nim po majdanie. Przyglądając się z bliska tak prowadzonym transakcjom handlowym, można się było nieraz zdrowo pośmiać.

            W takim to dniu, przy ogólnym rozgardiaszu i rozprężeniu w mieście, mój braciszek Czesio zaserwował rodzinie bardzo niemiłego psikusa.

            Zbliżało się południe. Mama udała się na jarmark, gdyż o takiej porze, kiedy większość handlarzy zwijała już swoje kramy, można było po przystępnej cenie nabyć wiele atrakcyjnych towarów. Ja również nie wytrwałem w domu i w ślad za mamą udałem się na Rynek. Przechodząc obok cygańskiego obozowiska, widziałem, jak taborowe wozy przygotowywano do wyjazdu. Wiedziałem, że niebawem ten plac opustoszeje.

            Mama przed udaniem się na Rynek powierzyła Czesia opiece babci. Babcia, niewiasta w podeszłym wieku, przestała z czasem zwracać uwagę na bawiącego się w domu trzyletniego malca. Zajęta swoimi sprawami nie zauważyła, kiedy Czesio wymknął się z domu i pobiegł w kierunku miasta.

            Kiedy mama powróciła do domu i spytała, jak się Czesio sprawował, wtedy dopiero babcia uświadomiła sobie, że go od pewnego czasu nie widziała. Nawoływanie i przeszukiwanie zakamarków najbliższego otoczenia nie przyniosło skutku. Przeniesiono zatem poszukiwania w dalsze rejony od domu. Od mieszkańców tzw. ,,baraków” mama dowiedziała się, że widzieli, jak przechodził tędy jakiś mały chłopczyk, zmierzając w kierunku miasta. Ponieważ nic nie wskazywało na to, że się zagubił, więc nikt się nim nie zainteresował.

            Wtedy mama się przeraziła, gdyż dopiero teraz do niej dotarło, co się naprawdę wydarzyło. Dziecko podążyło za nią do miasta. Jak je teraz odnaleźć przy tak wzmożonym ulicznym ruchu? W takich okolicznościach nie była w stanie sama sobie poradzić. Powiadomiła tatę. Pracował wtedy w pobliskim tartaku. Na wypożyczonym rowerze rozpoczął poszukiwania, objeżdżając kolejno poszczególne ulice miasta. Ja, nieświadom tego, co się wydarzyło, podążałem beztrosko do domu. Na ul. Biała Góra spotkałem zrozpaczoną mamę. Przekazawszy mi zatrważającą wiadomość, udała się w kierunku ulicy 5 Stycznia, aby na niej prowadzić poszukiwania. Ja zaś bezzwłocznie zawróciłem na Rynek. Tam spotkałem ciocię Franię, która już o sprawie została poinformowana i na własną rękę wszczęła poszukiwania.

            Upłynęło sporo czasu od rozpoczęcia poszukiwań, a nie było widać żadnego efektu. Czesio przepadł jak kamień w wodę. Gdy zrezygnowany podążałem do domu przy placu Kościuszki napotkałem wuja Józia, który w tym rejonie prowadził poszukiwania.

            Kiedy rozważaliśmy, co naszemu Czesiowi mogło się przydarzyć, ruszył cygański tabor. Wtedy wujek popatrzył na mnie przerażonymi oczyma i orzekł: ,,Jego zapewne uprowadzili Cyganie”. Nie czekając jak na takie stwierdzenie zareaguję, zerwał się i pędem pobiegł w stronę pierwszego wozu, aby zatrzymać odjeżdżający tabor. Wytworzyło się ogromne zamieszanie i jak w takich sytuacjach bywa, wnet zebrała się spora grupa gapiów. Nie wiadomo, kto dalej przekazał obawy wuja Józia. Nieważne! W każdym razie w niedługim czasie całe miasto wiedziało, że Cyganie uprowadzili dziecko.

            Wiadomość ta dotarła również do mojego taty. Zatem bezzwłocznie powiadomił policję i razem z dyżurującym policjantem, na rowerach, ruszyli w pościg za cygańskim taborem. Dogonili go w Berzynie przy stacji pomp wodociągów miejskich. W towarzystwie policjanta przetrząsnęli każdy wóz, nie pominąwszy żadnego zakamarka. I nic! Czesia wśród Cyganów nie było.

            Zatem od nowa wszczęto poszukiwania na terenie miasta. W końcu powiodło się! Tym razem szczęście dopisało cioci Frani. Na ulicy Poznańskiej spotkała znajomą kobietę prowadzącą za rączkę małego chłopczyka, którym okazał się nasz Czesio. Kobieta opowiedziała cioci, w jakich okolicznościach i gdzie znalazła to dziecko. Przebieg zdarzeń był następujący.

            Kiedy powracała z jarmarku, na ulicy Kościelnej zauważyła płaczące dziecko. Zainteresowała się nim i postanowiła zaopiekować do czasu powrotu któregoś z rodziców. Myślała, że pozostawiła je chwilowo na tym miejscu jakaś nierozważna matka, która udała się na zakupy. Kiedy czas upływał, a matka nie wracała, zaczęła snuć przypuszczenie, że dziecko to najwyraźniej zostało porzucone. W takim przypadku nie wolno go tutaj bez opieki pozostawić. Co powinna zatem zrobić, jak postąpić, aby ten problem załatwić z korzyścią dla dziecka. Zabrała dzieciaka i zaprowadziła do Magistratu w nadziei, że tam ją od tego problemu uwolnią. W Magistracie także nie wiedzieli, jak w takim przypadku postąpić. Przyjęli zatem wersję zasugerowaną im przez tę litościwą kobietę i jako dziecko- podrzutka przekazali do sierocińca.

            Właśnie na ulicy wiodącej do tej opiekuńczej instytucji ciocia Frania odnalazła naszego Czesia. Co było dalej, nie da się zwykłymi słowami wyrazić!

            W połowie maja do rodziców posiadających siedmioletnie dzieci zaczęły napływać zawiadomienia przypominające im o obowiązku zapisania dziecka do szkoły. Większość zawiadomień dotarła już do zainteresowanych osób. Otrzymała je również sąsiadująca z nami rodzina Wieczorków. Zatem mój rówieśnik, kolega Czesio Wieczorek, był już pewny, że od września będzie uczęszczał do szkoły. Moi rodzice dotychczas takiego zawiadomienia nie otrzymali, zatem z każdym dniem potęgował się mój niepokój. Wreszcie to tak bardzo upragnione zawiadomienie nadeszło, ale na dawny adres przy ulicy Lipowej. Dostarczyła je nam bezzwłocznie ciocia Frania, zdając sobie sprawę, z jaką niecierpliwością tego pisma oczekuję. Na zawiadomieniu była podana data i godziny, w których kierownik szkoły dokonywał zapisu. Nie mogłem się tej chwili doczekać, kiedy stanę się uczniem i będę mógł o tym poinformować moich kolegów.

            Wreszcie nadszedł ten upragniony dzień. Mama umyła mnie, uczesała i odświętnie ubrała oraz przykazała, abym się nie oddalał od domu, zanim ona się nie przygotuje. Takie ostrzeżenie nie było pozbawione słuszności, bo najczęściej zanim mama zdołała wyjść z domu, ja już zdążyłem się zabrudzić do takiego stopnia, że zachodziła konieczność ponownego przebrania. Tym razem tak nie było. Czekałem cierpliwie przed domem, aż mama się pojawi.

            Szkoła, do której zmierzaliśmy, znajdowała się przy placu Kościuszki. Nie było daleko, zatem drogę w mig przebyliśmy. Gdy wkraczaliśmy do budynku szkolnego, właśnie odezwał się dzwonek na przerwę. Jeszcze nie przebrzmiał jego donośny dźwięk, a tu już z hukiem otwierały się jedne za drugimi drzwi od poszczególnych klas, przez które , tłocząc i popychając wzajemnie, wydostawali się chłopcy, aby jak najprędzej znaleźć się na przyszkolnym wybiegu. Szczęście miałem, że w tym natłoku mnie nie stratowali. Poczułem jedynie, jak mama mocno ujęła mnie za rękę i popchnęła w stronę schodów.

            Kancelaria kierownika znajdowała się na piętrze obok pokoju nauczycielskiego. Łatwo było tam trafić, gdyż potwierdzała to zamieszczona na drzwiach tabliczka. Mama niepewnie zapukała w drzwi i kiedy usłyszała stłumione ,,proszę”, nacisnęła klamkę. Przed nami ukazał się niezbyt obszerny gabinet, którego ściany poobwieszane były niezrozumiałymi dla mnie tabelami, wykresami i harmonogramami. W takiej scenerii, w głębi pomieszczenia, za biurkiem, siedział kierownik szkoły Jan Lipiński.

            Kierownik spojrzał na nas życzliwie, z uśmiechem poprosił mamę, aby zajęła miejsce na wskazanym krzesełku, a następnie otworzył teczkę z dokumentami, które długo wertował. W końcu wyjął jakiś zadrukowany arkusz, spisał z niego moje personalia do grubej księgi, zamknął ją majestatycznie i przenikliwie na mnie spojrzał. Przez me ciało przeszły ciarki. Następnie zwrócił się do mamy z zapytaniem, jakie w okresie niemowlęcym przebyłem choroby. Kiedy mama mu coś z przejęciem wyjaśniała, wyczuwałem, że w tym momencie ważyły się moje losy, czy zostanę uczniem, czy też nie. Wszystko mogło się zdarzyć. Wprawdzie byłem chłopcem wyrośniętym, ale jak na swój wiek niezmiernie szczupłym i niepokojąco bladym. Mogło to nasuwać kierownikowi szkoły pewne zastrzeżenia dotyczące stanu mojego zdrowia. Ale wszystko dobrze się skończyło. Kierownik uniósł się znad biurka, dłonią przejechał po moich płowych włosach, przychylnie poklepał po ramieniu, a mamie oznajmił, że może już zacząć zaopatrywać mnie w przybory i podręczniki szkolne.

            Po takim werdykcie mama już nie zaznała z mojej strony spokoju. Zatem nazajutrz zabrała mnie do miasta, gdzie kupiła mi tornister, granatowy fartuszek i worek z kapciami. Zakup dalszych przyborów szkolnych był zbyteczny, ponieważ nabyty tornister zawierał pełne wyposażenie, które obejmowało zeszyty, blok rysunkowy, różnokolorowy papier, liczydło i patyczki. Najwięcej radości sprawił mi piórnik, gdyż oprócz ołówka i obsadki zawierał gumkę do wymazywania błędów, temperówkę do ostrzenia ołówków i różnokolorowe kredki. Powracając do domu z takim wyposażeniem, promieniałem ze szczęścia. Jak niewiele było trzeba, abym stał się najszczęśliwszym dzieckiem na świecie.

            Zanim rozpocząłem naukę w szkole, moją wiedzą zainteresowała się babcia. Na strychu, w kufrze ze starociami, wyszperała tabliczkę, na której jeszcze ona, gdy dzieckiem była, zaznajamiała się z zasadami pisania i liczenia. Uznała, że to archaiczne narzędzie, które jej i jej dzieciom przez wszystkie lata z powodzeniem służyło, może także dzisiaj okazać się pomocne w moim przygotowaniu do nauki szkolnej.

            Tę uniwersalną pomoc stanowiła łupkowa płytka oprawiona w drewnianą ramkę, do której doczepiony był rysik i gąbka. Używając rysika, nanosiłem na tabliczkę litery i cyfry lub rysowałem zabawne stworki. Przy udziale babci radziłem sobie z tym nie najgorzej i nawet udawało mi się odtworzyć niektóre znaki alfabetu, wprawdzie koślawe i niezgrabne, ale w ogólnym kształcie przypominające odwzorowywane litery.

            Kłopot zaczął się z chwilą, gdy wypisał się rysik, a nowego nie było można nabyć. Wtedy wujek Józio podszepnął mi, abym zamiast rysika użył gwoździa. Tak też uczyniłem. Pisało i rysowało się nie najgorzej. Kłopot był w tym, że co się już raz na tabliczkę naniosło nie było można usunąć. Tak po kilku dniach używania ta wiekowa pomoc dydaktyczna, która z powodzeniem służyła trzem pokoleniom, nagle stała się bezużyteczna. Tę wysłużoną i nikomu już nieprzydatną tabliczkę, w przypływie nadzwyczajnego humoru, wujek Józio przerzucił przez dom. Spadła na bruk i rozsypała się w drobne kawałki.

▲   do góry
 

 Hej, do pracy wraz !

            

            Nastał  1 września 1936 rok. Zostałem uczniem klasy pierwszej. Skończyły się lata ,,sielskie i anielskie”. Zaczęły się obowiązki związane z przestrzeganiem narzuconych  norm szkolnych i wykonywaniem w  ustalonym czasie określonej programem nauczania pracy. Z tego okresu  przetrwało w mej pamięci  niewiele wspomnień. Nie kojarzę np. naszej  wychowawczyni i nauczycieli,  którzy uczyli nas poszczególnych przedmiotów. Również słabo pamiętam kolegów klasowych, w których towarzystwie przecież spędziłem większość  czasu   w szkole. 

            Pamiętam natomiast, że poza obowiązkową nauką szkolną uczestniczyłem w zajęciach świetlicowych. Z przyjemnością na nie uczęszczałem, gdyż czułem się tam  swobodnie. Odpowiadała mi  panująca  tam atmosfera, życzliwość nauczycieli i chęć niesienia przez nich pomocy  podczas wypełniania  zdań domowych. Szczególnie mile wspominam czas przeznaczony  na  rozrywkę. Korzystaliśmy  wtedy z różnych gier i zabaw lub słuchaliśmy ciekawych opowieści, zwłaszcza kiedy je przekazywała p. Janiszewska. Opowiadała tak ciekawie i barwnie, że chciało się jej  w nieskończoność  słuchać. Szkoda, że po roku przyszło mi się  z tym środowiskiem szkolnym pożegnać.

            W wolsztyńskich szkołach zostało zlikwidowane wychowanie koedukacyjne. Rozdzielono chłopców od dziewcząt. Dla chłopców przeznaczono  szkołę nr 1 położoną przy ulicy Poniatowskiego, tuż za przejazdem kolejowym. Dla mnie okazało się to bardzo uciążliwe. Aby dotrzeć do  szkoły,   byłem zmuszony codziennie przemierzać  całe miasto z jednego krańca  na drugi. Z czasem do tego przywykłem, gdyż nie byłem w tym osamotniony. Z tego peryferyjnego rejonu uczęszczało nas trzech, więc trzymaliśmy się razem.

            W tej placówce szkolnej nauczanie odbywało się w dwóch budynkach. Klasy pierwsze i drugie uczyły się w jednopiętrowym obiekcie usytuowanym przy ulicy Ogrodowej, tuż przy kąpielisku miejskim ,,Świtezianka”. Aby dotrzeć do tego miejsca, należało jeszcze przemierzyć ulicę Kolejową i część ulicy Ogrodowej.

            Budynek ten w przeszłości  stanowił jeden z obiektów  wchodzących  w skład Ośrodka Kształcenia Nauczycieli i służył adeptom  przygotowującym się do  zawodu  nauczycielskiego jako szkoła ćwiczeń. Teraz służył nam chłopakom pozbieranym z całego miasta. Może to dobrze, że tak się stało, bo  szkoła ta jako jedyna w mieście posiadała  salę gimnastyczną  i bezpośredni dostęp do kąpieliska. Dzięki temu opanowałem technikę pływania i poznałem sztukę posługiwania się sprzętem wodnym. Byłem dumnym, że uczęszczałem do tej właśnie szkoły.

            Uczniowie od klasy  trzeciej wzwyż naukę pobierali w budynku głównym ,,pod zegarem”.

            Do 1939 roku placówką tą kierował Antoni Sturny. Był on doskonałym dydaktykiem i wychowawcą oraz świetnym organizatorem życia pozaszkolnego. Z jego inicjatywy powstało i działało wiele zespołów, wśród których szczególną troską otaczał organizacje sportowe,  muzyczne i harcerstwo. Nic dziwnego, był rezerwowym oficerem Wojska Polskiego i zastępcą Komendanta  Powiatowego Przysposobienia Wojskowego. Dlatego wszystko, co wiązało się z tą służbą, było mu bliskie.

            Widoczne to było podczas obchodów świąt państwowych:  3 Maja i 11 Listopada, w których nasza szkoła zawsze brała liczny udział. Z tej okazji nasz kierownik przywdziewał mundur wojskowy, do butów przytwierdzał błyszczące ostrogi, a do boku przypasywał ułańską szablę. Z jaką dumą patrzyłem w tedy na niego, jak w czasie grania Hymnu Narodowego, wyprężony na baczność, stał przed naszymi szeregami i  szablą wzniesioną  do góry, oddawał honory naszej Ojczyźnie.

            Taka postawa kierownika szkoły udzielała się również  nauczycielom – wychowawcom. Moim nauczycielem i wychowawcą  był pan Patalas, który do tej placówki został zaangażowany po ukończeniu szkoły podchorążych. Nabyte tam nawyki i doświadczenia  starał się przekazać nam, przyszłemu pokoleniu. Patrząc z perspektywy lat na jego poczynania muszę przyznać, że radził sobie z tym zadaniem  doskonale.

            W procesie dydaktyczno - wychowawczym szczególny nacisk kładł na wychowanie patriotyczne . Dlatego na prowadzonych przez niego zajęciach gimnastycznych dominowała musztra wojskowa, a na lekcjach śpiewu marsze i piosenki żołnierskie.

            Szczególnym sentymentem darzył Marszałka Polski Edwarda Rydza – Śmigłego. Dlatego do dzisiaj w mojej pamięci zachowała się melodia i tekst pieśni  wojskowej, sławiącej  waleczne czyny tego  wodza. Również  wiersz podkreślający, jacy to powinniśmy być  wdzięczni Opatrzności za to, że po śmierci Józefa  Piłsudskiego postawiła na czele  naszego wojska tak znakomitego żołnierza.

            Takie systematyczne oddziaływanie na nasze młode umysły musiało osiągnąć zamierzony cel. Zostało też na  trwałe zapisane w mojej pamięci. Zresztą patriotyzm nie tylko w szkole,  ale też w naszej rodzinie był zawsze stawiany na poczesnym miejscu.

            Zafascynowani bohaterstwem Rydza – Śmigłego podjęliśmy myśl, którą z pewnością zasugerował nam nasz wychowawca, aby do klasy sprawić portret Marszałka. By urzeczywistnić ten zamiar, przeprowadziliśmy zbiórkę makulatury, a za uzyskane ze sprzedaży  środki zakupiliśmy upragniony portret. Został on uroczyście umieszczony  na honorowym miejscu w klasie.

            ,,Pomni jego w boju chwały”, postanowiliśmy, aby pieśń sławiąca jego bohaterskie czyny stała się naszym klasowym hymnem. Odtąd ta patetyczna  pieśń była przez nas śpiewana przy każdej nadarzającej się okazji. Refren zaś jej był skandowany pełną piersią, przy rozpierającej nas dumie, że to naszym klasowym bohaterem  został tak znamienity żołnierz.

            Jak silne i z jakim mistrzostwem musiało być prowadzone to oddziaływanie, że tak trwale zapisało się w mojej świadomości, iż po tylu latach te odległe przeżycia jestem w stanie tak precyzyjnie odtworzyć.

▲   do góry


Antysemickie ekscesy
 


            Im dalej sięgam wspomnieniem , tym wyraźniej zarysowują się przed moimi oczyma znane postacie nauczycieli, wychowawców i kolegów. W tym zestawieniu moja klas III b stanowiła zgrany, zżyty z sobą zespół. Nie przypominam sobie, aby w tym zespole klasowym miały miejsce jakieś rażące wybryki jak: bójki, dewastacja sprzętu, wagary czy wzajemna nienawiść. A przecież istniały ku temu podstawy.

            Do naszej klasy uczęszczali uczniowie wywodzący się z rodzin zamożnych i biednych, wierzących i niewierzących, polskich i żydowskich. Nie przypominam sobie ,aby na tym tle dochodziło wśród nas do jakichkolwiek nieporozumień, chociaż wśród dorosłego społeczeństwa niechęć wobec ludności żydowskiej była odczuwalna.

            Żydzi od wieków byli związani z Wolsztynem W przeszłości, ludność żydowska musiała w tym mieście stanowić znaczącą i wcale nie biedną część mieszkańców skoro stać ją było na zbudowanie okazałej synagogi i utrzymywanie własnego cmentarza z przedpogrzebową bożnicą.

            Na przełomie lat 1938 – 1939, w obliczu narastającej psychozy wojennej, zaczęły brać górę nad rozsądkiem nacjonalistyczne hasła. Rozbudzały one niechęć i wrogość w stosunku do mieszkającej na naszych ziemiach ludności niepolskiej, w szczególności do społeczności żydowskiej.

            W Wolsztynie nie obeszło się bez antysemickich nagonek i gorszących wybryków, jakich dopuszczano się względem ludności żydowskiej. Tym niechlubnym akcjom, polegającym na dyskredytowaniu żydowskiego rzemiosła i handlu, patronowali członkowie Stronnictwa Narodowego – organizacji, o bardzo prężnych strukturach działającej zarówno w mieście jak i na wsi. Działacze tej organizacji , występując grupowo, bojkotowali żydowskich kupców ,odstręczając zainteresowanych od czynienia zakupów w ich sklepach. Tych, których nie dało się przekonać, uwieczniali na zdjęciach, które wystawiali na pośmiewisko w miejscach publicznych.

            Tego rodzaju akcje zmierzały do zlikwidowanie niewygodnych konkurentów handlowych i otwierały pole do szerszego działania polskim przedsiębiorcom.

            Antysemickie ekscesy nie były również wolne od przestępczych wybryków, jakich w stosunku do ludności żydowskiej dopuszczały się elementy kryminalne. Zorganizowane bandy napadały na przedsiębiorstwa żydowskie, niszczyły witryny sklepowe, rabowały towar i mienie prywatne. Przyczyny tych grabieży były na ogół znane. Narastaniu tego przestępczego zjawiska sprzyjały niekorzystne warunki ekonomiczno – społeczne, czego efektem było powszechne bezrobocie i rozprzestrzeniająca się bieda.

            Przypominam sobie iście gangsterski napad, jaki miał miejsce pewnego jesiennego poranka w Wolsztynie.. Dokonano wówczas napadu na sklep bławatny braci Simsonów, który znajdował się przy ulicy Biała Góra. Przestępcy byli tak pewni bezkarności ,że na wyprawę łupieską przybyli wozem. Wyposażeni w łomy i siekiery, powyłamywali w drzwiach i oknach kraty, porozbijali witryny sklepowe, a zrabowany towar usiłowali załadować na podstawiony wóz..

            Powiadomiona o napadzie policja skierowała do akcji dwóch swoich funkcjonariuszy. Przybyli na miejsce przestępstwa policjanci podjęli natychmiast interwencję. Kiedy jednak stwierdzili , że mają do czynienia z liczną i wyjątkowo groźną bandą i nie są wstanie zapanować nad sytuacją , wezwali posiłki. Nie przerwało to wcale grabieży.

            Przestępcy pewni swej liczebnej przewagi, poczynali sobie zuchwale. Aby odwrócić uwagę policjantów, rozpoczęli dewastację położonych sąsiedztwie polskich sklepów. Kiedy poczyniono próbę ich podpalenia, policja użyła broni palnej. Doszło wtedy do walki wręcz.. Na ciosy łomów odpowiadano razami kolb karabinowy i ostrzegawczymi strzałami.

            Według relacji naocznego świadka najskuteczniej radził sobie z liczebną przewagą przestępców z-ca komendanta policji – Kujawa .Do chwili przybycia pomocy , sam jeden przy użyciu rewolweru i pałki, odpierał skutecznie atakujących go przestępców. Wobec natychmiastowej, zdecydowanej akcji udało się policji obezwładnić napastników i położyć kres grabieży.

            Ujętych przestępców osadzono w miejscowym areszcie , a po osądzeniu odtransportowano do zakładu karnego we Wronkach. Od tej chwili nie mówiło się już o panującej w mieście samowoli i bezprawiu. Wolsztynianie mogli spać bezpiecznie, spokojni o swoje mienie.

            Wraz ze zlikwidowaniem tej niebezpiecznej bandy w mieście wcale nie ustała kampania antyżydowska. Nagonka na Żydów była prowadzona nadal, tylko pod inną postacią. Polegała ona na malowaniu po żydowskich domach, gwiazd Dawida i obraźliwych, antysemickich napisów. Wobec nasilających się tego rodzaju ekscesów, wielu żydowskich posesjonatów wyzbywało się swojej własności, opuszczało Wolsztyn i przenosiło się do Łodzi.

            Podobną kampanię prowadzono również przeciwko Niemcom. Objęto nią także Polaków, których pomawiano o proniemieckie sympatie. Ich domy i parkany także piętnowano, ale swastykami.

            Akcja ta nasilała się stosownie do narastającej psychozy mającej związek z wybuchem niemiecko- polskiej wojny.

▲   do góry

 

Reakcja wolsztynian na zajęcie Zaolzia
 


            O wkroczeniu Wojska Polskiego na teren Czech i zajęciu Zaolzia dowiedziałem się w szkole. Podczas lekcji matematyki zapukał ktoś bardzo mocno w drzwi klasy i nie czekając na zaproszenie, nagle je otworzył. W drzwiach ukazał się kierownik szkoły, który poprosił naszego nauczyciela na korytarz i coś mu tam bardzo podnieconym głosem relacjonował. Usłyszana wiadomość musiała być dla naszego nauczyciela szokująca, gdyż po powrocie nie omieszkał się nią z nami natychmiast podzielić.

            Dowiedzieliśmy się, że 2 października 1938 roku, wczesnym rankiem, nasze wojsko wkroczyło na Śląsk Zaolziański i jest przez tamtejszą ludność owacyjnie witane. Nie bardzo ta wiadomość do mnie przemówiła. Nie miałem pojęcia: co to jest Zaolzie, gdzie leży i dlaczego Polska je zajęła. Ale wraz z innymi kolegami w klasie wyrażałem swoją radość najgłośniej, jak tylko mnie na to było stać.

            Wracając ze szkoły wybrałem drogę przez miasto, a nie jak zwykle, krótszą, przez ,,łąki”. Miasto było przyozdobione mnóstwem biało-czerwonych flag, a z wystawionych w oknach, nielicznych odbiorników radiowych, dochodziły dźwięki marszów wojskowych. W przerwach, pomiędzy popisami orkiestr, sprawozdawca radiowy, podnieconym głosem, relacjonował jak Marszałek Rydz-Śmigły tryumfalnie przekraczał w Cieszynie most na rzece Olzie i z jakim entuzjazmem witała go tamtejsza ,,Polonia”.

            Po powrocie do domu wspiąłem się na strych i przez znajdujące się tam okienko wywiesiłem niewielką chorągiewkę. Byłem bardzo z siebie dumny, że w taki sposób mogłem wyrazić swoją radość z odniesionego przez Polskę sukcesu. Kilkakrotnie wybiegałem na ulicę, aby się przypatrzeć jak moja skromna chorągiewka reprezentuje się na tle innych flag.

            Moja radość nie trwała zbyt długo. Skończyła się wraz z powrotem ojca. Zamiast pochwały usłyszałem od niego wiele gorzkich uwag. Zganił mnie za to, że bez porozumienia z nim, samowolnie wywiesiłem chorągiewkę. Nijak nie mogłem jego oburzającej reakcji zrozumieć. Usiłował więc swój odmienny pogląd na sprawę zajęcia Zaolzia mi w jakiś przystępny sposób, wytłumaczyć. Dowiedziałem się wtedy , że to z czego się tak cieszyłem i co nasz wychowawca poczytywał za niebywały wyczyn polskiego oręża, nie jest żadnym sukcesem, bo Polska dopuściła się haniebnego czynu, gdyż w zmowie z Hitlerem dokonała napadu na neutralne, nikomu nie zagrażające, państwo. A tego należy się wstydzić.

            To co usłyszałem od ojca, zszokowało mnie do reszty. Zdjąłem bezzwłocznie z okienka moją skromną chorągiewkę i załamany skierowałem się ku miastu. Powiewające do niedawna tak licznie w oknach flagi - znikły. Jedynie na szkole i innych urzędowych gmachach się zachowały. Znać, że tak samo jak nasz ojciec zajęcie przez Polaków Zaolzia rozumiało wielu wolsztynian.

▲   do góry


Ostatnie wakacje

 


            Nastały wakacje 1939 roku, ostatnie przed nadejściem ,,burzy”. Mimo ,że przede mną zarysowywała się perspektywa dwumiesięcznej laby, to nie odczuwałem radości. Nie dało się tego także stwierdzić u dorosłego społeczeństwa. Ogólnie w mieście panowała atmosfera jakiegoś przygnębienia , niepewności. i zdenerwowania .Nadciągającą wojnę wyczuwało się na odległość.

            Te ostatnie w moim dziecięcym życiu wakacje spędziłem u mojego wujostwa w Siedlcu Tam większość dni spędzałem wraz z moimi kuzynami Irkiem i Bolesiem oraz z innymi jeszcze kolegami w lesie za kościołem, gdzie bawiliśmy się wojnę. Widocznie narastająca psychoza wojenna udzieliła się także nam beztroskim dzieciakom.. Nie poprzestawaliśmy tylko na tego rodzaju zabawie, ale także urządzaliśmy koncerty propagandowe. Przed restauracja, usytuowaną przy drodze ze Zbąszynia do Wolsztyna, siadaliśmy na ułożonej tam stercie desek i w takt uderzania o nie patykami wydzieraliśmy się wniebogłosy. Wiem, że była to pod względem treści znajdująca się wówczas na topie niezbyt korzystną dla Niemców piosenka. Zapamiętałem tylko jej fragment, który aż do znudzenia w kółko powtarzaliśmy.: ,,...a stamtąd pojedzie do Berlina, zastrzelić Hitlera bo to świnia..” Nie wiem jak długo by ten koncert trwał,. gdyby nie w porę zareagował właściciel restauracji. Udał się on ze skargą na nas do cioci Anny, która na tego rodzaju wybryk natychmiast zareagowała i w mig przywołała nas do porządku.

            Nadszedł dzień 15 sierpnia, święto kościelne i narodowe. Nie przypominam sobie aby ta kolejna rocznica pamiętnego ,, Cudu nad Wisłą” była w Siedlcu w jakiś szczególny sposób obchodzona. Kto miał wtedy głowę aby zaprzątać ją sobie jakimś świętem , gdy coraz głośniej mówiło się o nadciągającej pożodze wojennej.

            Nazajutrz przyjechała moja mama, aby zabrać mnie do domu. Była poważnie zaniepokojona tym co pisały gazety i atmosferą jaka dominowała w mieście . Wujo Józio otrzymał już kartę mobilizacyjną i numer jednostki wojskowej do której został wcielony. W sklepach zaś masowo wykupywano najniezbędniejsze produkty żywnościowe gromadząc zapasy na wypadek wojny.

            20 sierpnia radio nadało komunikat, że wakacje szkolne zostały przedłużone do 7 września, zaś dwa dni później termin ten przesunięto o dalsze 7 dni. Nie pamiętam czy sprawiło mi to radość . Chyba tak, bo jako dziecko nie odbiegałem pod tym względem od pozostałych rówieśników.

            Od 25 sierpnia życie nabrało odczuwalnego tempa. Każdy kolejny dzień stawał się bardziej nabrzmiały w sensacje i wydarzenia. Prasa codzienna nie mogła nadążyć z informowaniem swoich czytelników o konfliktach i zatargach zbrojnych na pograniczu polsko- niemieckim. Wojna stawała się nieunikniona!

▲   do góry


 


P R Z E D    B U R Z Ą



W obliczu zagrożenia
 


            Wybuch II wojny światowej nie był dla mieszkańców Wolsztyna zaskoczeniem. Do położonego zaledwie 12 km od polsko – niemieckiej granicy, miasta nader często docierały wieści o tym, co dzieje się u naszych zachodnich sąsiadów. Fragmenty na pozór mało znaczących pogłosek, zebrane razem, składały się jednoznacznie na całość wydarzeń, które nie wróżyły naszej ojczyźnie nic dobrego.

            Potwierdzeniem tego były agresywne poczynania Hitlera, który w myśl hasła: ,,ein Volk, ein Reich, ein Fuhrer” dążył do podporządkowania sobie większości krajów Europy. Dowodem na to było wypowiedzenie przez faszystowskie Niemcy ,,traktatów lokareńskich”. Odstąpienie od podjętych w Locarno gwarancji otwierało Hitlerowi drogę do realizacji jego agresywnych planów. Następstwem tego było wprowadzenie wojsk do zdemilitaryzowanej Nadrenii, anektowanie Austrii i Sudetenlandu, opanowanie Czech, Moraw i Słowacji oraz oderwanie Kłajpedy od Litwy. Wokół Polski wytworzyła się bardzo niekorzystna sytuacja polityczna.

            Przy takim osaczeniu naszego kraju przez hitlerowskie wojska, nie trzeba było być strategiem, aby zauważyć, że Niemcy niechybnie przygotowywały się do wojny z Polską. W takich okolicznościach rząd polski nie mógł trwać bezczynnie. Podjął zatem stosowne środki zabezpieczająco-obronne, wprowadzając na obszarze państwa stan wzmożonej aktywności i gotowości bojowej.

            Działania związane z obronnością kraju wprowadzono również w Wolsztynie. W związku z tym uaktywniono pracę organizacji paramilitarnych jak: Przysposobienie Wojskowe , Związek Strzelecki, Liga Obrony Kraju czy Bractwo Kurkowe. Potwierdzeniem tego były częste zajęcia na strzelnicy ,,Sokoła”, gdzie doskonalono ,,sprawność oka” i musztrę zgodną z regulaminem wojskowym.

            W lipcu, w budynku ,,Grand Hotelu” skoszarowano grupę studentów z Poznania, którzy w naszym mieście odbywali przeszkolenie wojskowe. Codziennie rano uformowani w szyk marszowy przechodzili ulicami miasta śpiewając żołnierskie pieśni. Tego rodzaju manifestacje miały wśród wolsztynian pobudzać ducha patriotycznego i wzmacniać morale wojenne.

            W takiej atmosferze na miejskim stadionie im. J. Piłsudskiego w Wolsztynie odbyły się powiatowe zawody wojskowo-sportowe, w których uczestniczyła młodzież zrzeszona w Przysposobieniu Wojskowym (PW) i Związku Strzeleckim (ZS). W tej imprezie, obok władz lokalnych, wzięło udział wielu wyższych rangą oficerów, a wśród nich: dowódca Garnizonu Poznańskiego oraz szef Rejonowej Komendy Uzupełnień z Kościana.

            Po części oficjalnej: raporcie, przemówieniach i defiladzie odbyły się zawody sprawnościowe. Uczestniczyły w nich jedynie drużyny strzeleckie złożone z żołnierzy-rezerwistów. Na test sprawnościowy złożyły się: marsz na czas z pełnym wyposażeniem bojowym po trasie: Niałek – Kiełpiny - Chorzemin i ostre strzelanie. Zwyciężyła drużyna, która wyznaczoną trasę i napotkane przeszkody pokonała w najkrótszym czasie, a w strzelaniu uzyskała maksymalną ilość trafień.

            Zwycięstwo w zawodach odniosła drużyna strzelecka z Obry. Pamiętam doskonale moment wręczania tej drużynie głównej nagrody i pamiątkowego dyplomu, gdyż w jej zespole znajdował się mój wujek - Bronisław Wojtkowiak.

            Po żniwach do rezerwistów zaczęły napływać karty mobilizacyjne wcielające ich do czynnej służby wojskowej. Zaś w okręgach wojskowych wprowadzono podwyższoną gotowość bojową i zarządzono intensywne szkolenie w zakresie działań zaczepno- obronnych. Pomyślano również o dokładniejszym zabezpieczeniu granicy polsko-niemieckiej, wspomagając dotychczasową straż graniczną, regularnym wojskiem, W lipcu jedna z kompani, stacjonującego w Poznaniu 58 pułku piechoty, została skierowana do wzmocnienia granicy na odcinku Obra-Kopanica.

            Również władze Wolsztyna zintensyfikowały działania związane z obronnością miasta. Na galerii widokowej wieży kościoła ewangelickiego i wodociągowej wieży ciśnień (przy ulicy Lipowej) zainstalowano stałe punkty obserwacyjne. Wokół zaś obiektów o charakterze strategicznym jak: dworzec kolejowy, elektrownia, gazownia , wodociągi i wiadukty rozmieszczono zbrojone posterunki.

            Starosta powiatu, na mocy przysługujących mu uprawnień ,,w sytuacjach nadzwyczajnych”, powołał Obronę Narodową. Obrona Narodowa była cywilnym organem władzy wojskowej i miała na celu koordynowanie pracy wszystkich działających w mieście oraz powiecie służb i organizacji związanych z wojskowością.

            Organizatorem i aktywnym członkiem Sztabu Obrony Narodowej, (o czym dowiedziałem się znacznie później) była nauczycielka Ewa Kumoch. Przeszła ona specjalistyczne przeszkolenie w zakresie obronności kraju. Umiejętności tam zdobyte wykorzystała w pierwszych dniach września, biorąc bezpośredni udział w akcjach, które utrudniały natarcie nieprzyjacielskim formacjom wojskowym w głąb naszego kraju.

            Z polecenia Sztabu Obrony Narodowej zarządzono całodobowe dyżury: w Starostwie i Magistracie, szpitalu i remizie OSP oraz biurze PCK. Powołano również osoby odpowiedzialne za przeszkolenie wszystkich dorosłych mieszkańców miasta w zakresie niesienia pierwszej pomocy rannym i poszkodowanym. Podano również przykłady ,w jaki sposób zabezpieczyć swoją posesję przed skutkami ataku lotniczego. Miasto zostało podzielone na sektory, w których wyznaczone osoby wprowadzały w czyn wydawane przez Obronę Narodową dyrektywy i rozporządzenia.

            W naszym sektorze odpowiedzialnym za sprawne przygotowanie mieszkańców do obrony własnych posesji został p. Karol Walkowiak. Z tej racji urządził on na zapleczu domu p. Szaferskich przy ulicy Lipowej szkolenie, w którym wraz z mamą uczestniczyłem. Przejęty tym co tam zobaczyłem i usłyszałem bezzwłocznie zabrałem się do zabezpieczenia naszego domu. Okienka od piwnicy zasypałem piaskiem, a wejście pokryłem workami nasączonymi wodą. Na szybach okien ponaklejałem skrzyżowane papierowe paski, a na parapetach przygotowałem koce do zaciemniania okien. Tata , gdy powrócił do domu i zobaczył efekty mojej nadmiernej gorliwości, roześmiał się, pokiwał głową i chcąc nie chcąc musiał przyznać, że polecenia wydane przez Sztab Obrony Narodowej wykonałem ściśle i zgodnie z zaleceniem.

            Ojciec nasz, który był aktywnym członkiem OSP, został przez komendanta powiatowego p. Nowaka oddelegowany do działań w Lidze Obrony Kraju. Od tej pory bywał jedynie gościem w domu. Za to łatwiej go można było spotkać, jak w strażackim mundurze z opaską LOK na rękawie i przewieszoną przez ramię maską przeciwgazową pełnił nałożone nań obowiązki w sąsiedztwie dworca kolejowego, czy przy moście drogowym na rzece Dojcy. Z powyższego wynika, że władze Wolsztyna uczyniły wszystko, aby zabezpieczyć miasto przed niespodziewanym atakiem nieprzyjacielskiego lotnictwa. Także podjęły stosowne działania w celu zabezpieczenia mienia swoich obywateli przed napadami ze strony rodzimych dywersantów i sabotażystów.

            Aby sprawdzić , w jakim stopniu powołane przez Obronę Narodową służby były gotowe do współdziałania ze sobą w przypadku realnego zagrożenia, urządzono na Rynku, w późnych godzinach wieczornych ćwiczenia pozorujące atak lotniczy i pokazano w jaki sposób należy likwidować jego skutki. Ponieważ w ćwiczeniach uczestniczył nasz ojciec, więc nie mogło tam nie być mnie i mamy. Zresztą nie byliśmy odosobnieni .Oprócz nas w tym niezwykłym widowisku uczestniczyło wielu, zainteresowanych tego rodzaju pokazami, wolsztynian.

            W oczekiwaniu na rozpoczęcie ćwiczeń, odbiegałem od mamy. Najpierw na nieznaczną odległość, a w miarę jak nabierałem odwagi i pewności siebie, coraz dalej. Tę nierozważną zabawę przerwało nagłe wygaszenie świateł. Zainicjowane ciemności przeszył huk petard i oślepiający błysk ogni sztucznych. Zaparło mi dech , bo mamy przy mnie nie było, a w ciemnościach nie miałem pojęcia, gdzie jej szukać. Wiadomo, że w takich przypadkach najprostszą reakcją dziecka jest krzyk, więc przestraszony darłem się przeraźliwie na całe gardło. Nie wiem jak długo to trwało, ale mój rozpaczliwy wrzask musiał być skuteczny, skoro mamie, w zupełnych ciemnościach i przy takim natłoku udało się mnie odnaleźć.

            Doznany przeze mnie stres i zdenerwowanie mamy uniemożliwiły nasz dalszy pobyt na Rynku.. Już przy przeraźliwym wyciu syren, ciemnymi ulicami miasta, podążaliśmy pospiesznie do domu. Wydarzenie to wywarło jednak na mnie niezapomniane wrażenie i na trwałe zapisało się w mojej pamięci.

            Od połowy sierpnia na wszystkich słupach ogłoszeniowych, rozmieszczonych w najbardziej widocznych punktach miasta, obok obwieszczeń o powszechnej mobilizacji osób podlegających obowiązkowej służbie wojskowej , pojawiły się barwne plakaty podkreślające naszą sprawność bojową i gotowość do natychmiastowego odparcia jakichkolwiek wrogich zakusów na naszą narodową suwerenność. Buńczuczne hasła zapowiadały, że nie tylko, nie pozwolimy odebrać sobie rodzimej ziemi , ale nawet nie oddamy guzika od żołnierskiego munduru.

            Spośród wielu o podobnej treści afiszy najbardziej w mojej pamięci przechował się barwny plakat przedstawiający wyniosłą postać Marszałka Polski Edwarda Rydza-Śmigłego , który w galowym mundurze, z buławą w ręku, wskazywał wiernym wojskom kierunek ataku. U góry , naniesione dużymi literami, promieniało hasło: „Silni, Zwarci, Gotowi”. Podobał mi się ten plakat, zwłaszcza przedstawione na nim formacje bojowe jak: atakująca piechota wspierana przez czołgi , sterczące groźnie lufy armat i unosząca się nad tym wszystkim srebrzysta eskadra samolotów.

▲   do góry
 

Mniejszość niemiecka



            Władze Wolsztyna w obliczu zagrożenia wojennego podjęły szereg działań, które miały złagodzić lub ograniczyć do minimum skutki ewentualnego ataku wroga. Przygotowania te nie uszły uwadze miejscowych Niemców. Nie trwali oni bezczynnie. Stali się bardziej operatywni i przy tym przebiegle czujni Dla urzeczywistnienia swoich zakulisowych zamiarów starali się w maksymalnym stopniu wykorzystać należne im prawa i swobody obywatelskie.

            Niemcy tworzący mniejszość narodową w Wolsztynie to potomkowie dawnych osadników, którzy na nasze ziemie przybyli w okresie zaboru pruskiego. Zdążyli oni za ten czas głęboko zapuścić korzenie, by poczuć się współobywatelami tych ziem. Jako mniejszość narodowa, Niemcy z nadanych im praw i swobód obywatelskich korzystali najszerzej. Mieli prawo wyboru własnego reprezentanta do polskiego parlamentu i prowadzenia własnych szkół powszechnych z niemieckim językiem nauczania. Posiadali również prawo zrzeszania się w stowarzyszenia społeczno – kulturalne, związki wyznaniowe i organizacje sportowe.

            Tego rodzaju uprawnienia satysfakcjonowały tutejszych Niemców jedynie do 1933 roku. Od chwili dojścia Adolfa Hitlera do władzy i powstania III Rzeszy bardzo uaktywnili swoją działalność. Nabrali pewności siebie. Coraz odważniej domagali się rozszerzenia dotychczasowych przywilejów. Żądali większych swobód organizacyjnych i prawa do publicznego manifestowania swojej tożsamości narodowej.

            Kością niezgody, pomiędzy niemiecką mniejszością narodową a władzami miasta Wolsztyna, stał się zamiar wybudowania niemieckiego gimnazjum. Niemcy, nie czekając na uzyskanie stosownego zezwolenia, wykupili od pp. Kosteckich dom ( usytuowany u zbiegu ulic: Polnej i Gajewskich, rozebrali go, a na tym miejscu zgromadzili potrzebne materiały budowlane. Pozwolenia na budowę gimnazjum nigdy nie uzyskali, a zgromadzony budulec musieli zużytkować do innych celów.

            Niepowodzenie to bynajmniej nie załamało tutejszych Niemców, lecz przeciwnie, ich skonsolidowało. Zwarli jeszcze bardziej swoje szeregi i podnieśli wrzawę, traktując brak zgody na budowę niemieckiego gimnazjum za przejaw dyskryminacji, próbę ograniczenia należnych praw, oraz jako przykład złej woli i arogancji polskich władz

            Jak wyglądało w rzeczywistości to ,,ograniczanie praw” dla tej mniejszości narodowej wolsztynianie mogli przekonać się naocznie podczas dorocznych zjazdów niemieckiego ziomkostwa zjednoczonego w szeregach ,,Deutscher National- Sozialistischer Verein in Polen”. (Niemieckie Zrzeszenie Narodowo-Socjalistyczne w Polsce) Ta rzekoma ,,niemiecka mniejszość narodowa”, aby zamanifestować swoją zwartość, liczebność i siłę, zbierała się zawsze solidarnie w drugim dniu ,,Zielonych Świątek” w sadzie obok karczmy ,,Berzyński Młyn”, której właścicielem był zacięty wróg polskości i niemiecki szowinista – J.H.Thiem.

            W organizowanych przez niemiecką mniejszość narodową zjazdach, które władze Wolsztyna traktowały jako ,,folklorystyczne festyny”, często uczestniczyli zapraszani z III Rzeszy wyżsi działacze partyjno-administracyjni tak zwani ,,leiterzy”. Jednak najczęstszym gościem, urządzanych w ,,Berzyńskim Mlynie” imprez , bywał inż. Rudolf Wiesner z Bielska.

            Rudolf Wiesner, Austriak z pochodzenia, a zagorzały hitlerowiec z przekonania, dał się poznać jako zaciekły szowinista i nacjonalista niemiecki. Jako przedstawiciel niemieckiej mniejszości narodowej w Polsce zostaje wybrany senatorem. Od tej chwili staje się jej duchowym przywódcą i przewodniczącym ,,Deutscher National-Sozialistischer Verein”, stowarzyszenia, które z czasem utworzyło bardzo agresywną i niebezpieczną organizacyjną przybudówkę młodzieżową pod nazwą ,,Jungdeutsche Partei” (Partia Młodoniemiecka). Organizacje te, zasilane funduszami napływającymi z Niemiec, prowadziły w latach trzydziestych wzmożoną kampanię antypolską, tym niebezpieczną, gdyż skupiały wszystkie środowiska niemieckie w Polsce aktywnie zaangażowane na rzecz hitlerowskiej polityki.

            W takich sprzyjających warunkach ,,Jungdeutsche Partei” rozwijała się niezmiernie dynamicznie. Licząca w 1930 roku zaledwie 300 członków organizacja , w cztery lata później miała już 6 tysięcy, by tuż przed wojną, w 1939 roku, liczba ich osiągnęła pół miliona ( dane liczbowe odnoszą się do całego przygranicznego pasa).

            Na bazie intensywnie rozwijającej się ,,Jungdeutsche Partei”, w sierpniu 1937 roku, w strefie przygranicznej z Niemcami, Rudolf Wiesner tworzy okręgi ,,Freikorpsu” i ,,Selbschutzu”. Były to zakonspirowane bojówki hitlerowskie, które miały w wyznaczonych okręgach szerzyć defetyzm i sabotaż Na rozkaz zaś centrali, której siedziba mieściła się we Wrocławiu, przystąpić bezzwłocznie do akcji czynnej. Z centrali tej wychodziły również rozkazy dla hitlerowskich bojówek szkolonych pod przykrywką zajęć sportowych w ramach tak zwanego ,,Sportvereinu”.

            W Wolsztynie taki ośrodek do szkoleń sportowych znajdował się na zapleczu Zjednoczonego Kościoła Ewangelickiego i w Karpicku na tzw. ,,Kaffenbergu”. W tych ośrodkach gromadzili się wolsztyńscy ,, młodoniemcy”, aby przysposabiać ,,ciało i ducha” do wyznaczonych zadań. Podzieleni na pododdziały, liczące od 20 do 25 osób ,uprawiali te ,,cielesne ćwiczenia” , biegając po pobliskim lesie. Kto to widział, zadawał sobie pytanie. Co ta gonitwa ma wspólnego ze sportem ? I słusznie, że miał takie wątpliwości. Przecież były to rutynowe zajęcia wojskowe prowadzone pod kierunkiem wytrawnych fachowców, przeszkolonych w specjalnym ośrodku ,,Abwehry” w Głubczycach na Opolszczyżnie. Przedostawali się oni do Polski przez tzw. ,,zieloną granicę”, aby tu szkolić przyszłych dywersantów i sabotażystów gotowych w każdej chwili zadać Polakom cios w plecy. Polski kontrwywiad tego rodzaju niemiecką działalność poza granicami Rzeszy nazywał ,,V kolumną”.

            W takiej atmosferze i przy tak wzmożonej aktywności organizacyjnej odbywały się w Wolsztynie doroczne zjazdy niemieckiego ziomkostwa. Im bliżej wojny, tym atmosfera na tego rodzaju spotkaniach stawała się bardziej napięta i nieznośna . Szczególnie w mojej pamięci utrwalił się zjazd, jaki miał miejsce w czerwcu 1939 roku. Było to już po anektowaniu przez wojska niemieckie Austrii i Sudetenlandu oraz zajęciu Czech i Moraw.

            Było to również po odbytej, we wrześniu 1938 roku, w Nurnbergu partyjnej fecie o nazwie ,,Der Parteitag Grossdeutschland”, na której Hitler w obecności półmilionowej rzeszy swoich ideowo wiernych wyznawców i zaproszonych gości zaprezentował militarną potęgę Niemiec.

            Wydarzenia powyższe w szczególny sposób podniecały licznie zgromadzonych w ,,Berzyńskim Mlynie” Niemców. Wpłynął na to również fakt, gdyż w imprezie tej oprócz stałych bywalców Wiesnera i jego kompanów, uczestniczył także zaproszony z Rzeszy ,,politische leiter” Grunbergu, (Zielonej Góry) zagorzały hitlerowiec i nazista. Jako uczestnik ,,nurnberskiej imprezy”, po tym co tam zobaczył i usłyszał, był tak pewny siebie, że nie zamierzał wcale ukrywać swoich antypolskich poglądów czy agresywnych zamiarów Hitlera.

            Znamienne było jego szowinistyczne wystąpienie pełne buty, pogróżek i zapewnień, że Fuhrer nigdy nie wybaczy upokorzeń i zniewag, na jakie są narażeni jego rodacy mieszkający poza granicami III Rzeszy. Przy gromkim aplauzie i niemilknących wiwatach ,,leiter” zakończył przemówienie prowokacyjnym stwierdzeniem: ,,Niemcy nigdy nie były i przenigdy nie będą kowadłem. Niemcy zawsze będą spełniać rolę młota”.

            Ojciec mój, który dobrze znał język niemiecki i z oddali przysłuchiwał się temu prowokacyjnemu, antypolskiemu przemówieniu, do końca życia nie mógł wybaczyć obecnemu na tej imprezie komisarzowi policji Sauterowi i jego zastępcy Kujawie, że w porę nie przerwali ,,leiterowi” tak obraźliwego godzącego w polską rację stanu, wystąpienia

            Nic dziwnego, że tego rodzaju szowinistyczne wystąpienia i podniecająca atmosfera towarzysząca zjazdom, były swoistym wyzwaniem do ,,młodoniemców”, dla których wodą na młyn były agresywne plany Hitlera. Toteż wkrótce ożywili swoją działalność. Potajemnie zbierali się w zacisznych, ustronnych miejscach, np. w ,,Ruchockim Młynie” lub karczmie u Thiema, gdzie przez wiele godzin dyskutowali, naradzali się i ustalali plany na najbliższą przyszłość.

            Szczególnie ożywioną działalność ,,Jungdeutsche Partei” prowadziła we wsiach o dużym skupisku Niemców. Do takich należały: Tuchorza, Obra, Barłożnia, Tarnowa, Mochy i Kaszczor.

            Najwyraźniej antypolska działalność ,,Jungdeutsche Partei” stała się widoczna na terenie Tuchorzy i we wsiach do tej gminy przynależnych jak: Tuchorza Stara i Nowa, Tuchorka, Tuchorzyniec, Mariankowo i Boruja. W tych miejscowościach, gdzie co drugie gospodarstwo stanowiła posesja niemiecka, najwcześniej rozpoczęły także swoją działalność konspiracyjne organizacje o nazwie ,,Selbstschutz” i ,,Freikorps”, skupiając i szkoląc ,,młodoniemców” do zadań sabotażowo – dywersyjnych.

            Tę sprzeczną z polskim prawem działalność komórek hitlerowskiego podziemia na terenie Tuchorzy udało się odtworzyć dzięki mojemu wujowi - Frankowi. Do połowy lat trzydziestych Tuchorza była siedzibą Urzędu Gminy, a on był jej pracownikiem. Nie jestem obecnie w stanie ustalić, jaką funkcję w tym urzędzie mój wujek pełnił. Znał jednak bardzo dobrze tamtejszych Niemców i wszystko, co z nimi się wiązało nie było mu obce Z jego relacji, a także jego żony Anny, uzyskałem wiele cennych wiadomości i szczegółów odnośnie działalności tuchorzowskich ,,młodoniemców”, ich przygotowań do akcji dywersyjno –sabotażowej i szpiegowskiej oraz okoliczności związanych z aresztowaniem przywódcy okręgu - Groha.

            Organizacyjne ożywienie niemieckiej mniejszości narodowej i tworzenie nielegalnych struktur nie mogło pozostać niezauważone przez polskie władze. Nie podjęto jednak żadnych działań ograniczających wzmożoną aktywność Niemców, wobec czego czuli się oni bezkarni. Natomiast coraz śmielszymi poczynaniami swoich niemieckich sąsiadów zaniepokojeni byli mieszkający w tych wsiach Polacy. Do Wolsztyna docierały zatem pełne niepokoju informacje wskazujące na konspiracyjną działalność niemieckich ugrupowań sabotażowo-dywersyjnych przeciw Polsce. Ale tym wieściom władze lokalne jak i powiatowe nie dawały wiary. Pozostawały długo na nie głuche. Wobec tak obojętnego stanowiska wolsztyńskich władz Niemcy działali coraz odważniej i śmielej, nie kryjąc się wcale ze swoją antypolską działalnością.

            W końcu ,,miarka” się przebrała. Latem 1939 roku sprawą tuchorzowskich ,,młodoniemców” zainteresował się polski kontrwywiad. Przy jego pomocy wolsztyńskiej policji udało się ustalić, że na czele działającego tam bardzo prężnie ,,Freikorpsu” stoi syn miejscowego Niemca - Rudi Kuss. ,, Selbschutzem „ zaś dowodził niejaki Pfenig. W tej wywrotowej działalności wspomagali ich bracia: Hans i Kurt Semlerowie z Tuchorki oraz Willi Schwudtke z Mariankowa.

            W toku dalszych działań operacyjnych oficerowie V referatu DOK (Departament Obrony Kraju - komórka kontrwywiadowcza działająca na terenie powiatu) odkryli, że ustalone osoby są postaciami drugorzędnymi. Za tymi figurantami ukrywa się ,,ktoś”, kto pełni rolę przywódczą, co tę działalność organizacyjną napędza i jest za nią odpowiedzialny. Długo nie było dane polskiemu kontrwywiadowi tej osoby ustalić.

            Po żniwach, z inicjatywy DOK, utworzono w Tuchorzy ,,straż wiejską” i wprowadzono nocne patrole.,, Straż wiejska” miała bronić polskich obywateli i strzec ich mienie przed niemieckimi sabotażystami. Jednak najważniejszym zadaniem członków straży było prowadzenie stałej obserwacji najaktywniejszych we wsi Niemców: co robią, z kim się kontaktują i kto ich odwiedza. Już wkrótce okazało się, że było to przedsięwzięcie dobrze przemyślane i w efekcie skuteczne.

            Na początku sierpnia 1939 roku podczas rutynowego obchodu patrol, złożony z braci Stróżyńskich, zatrzymał podejrzanego osobnika, który samotnie podążał drogą od stacji kolejowej w kierunku wsi. Najwidoczniej przybył on do Tuchorzy wieczornym pociągiem. Po wylegitymowaniu stwierdzono, że podróżny ten nazywa się Groh, jest obywatelem polskim niemieckiego pochodzenia i mieszka na stałe w Zbąszyniu. Celem zaś jego przyjazdu są odwiedziny przyjaciela, którego dawno nie widział.

            Tym,, przyjacielem”, którego ten przypadkowy podróżny zamierzał odwiedzić, był Rudi Kuss - przywódca tuchorzowskiego ,,Freikorpsu”. O tym odkryciu powiadomiono komórkę DOK-V w Wolsztynie, która podjęła bezzwłoczną akcję. Bezszelestnie obstawiono posiadłość Kussów i niespodzianie wtargnięto do wnętrza domu. Widocznie szczęście odwróciło się od tuchorzowskich dywersantów, gdyż prawie w komplecie przyłapano ich jak ustalali zadania dla hitlerowskich bojówek na najbliższy okres. Zaistniały zatem podstawy, aby ostatecznie rozprawić się tuchorzowskimi ,,młodoniemcami”.

            Groh został zatrzymany i przekazany do dyspozycji kontrwywiadowczej agenturze w Poznaniu. Pozostałych zaś uczestników konspiracyjnej narady wypuszczono na wolność i poddano pod szczególny nadzór miejscowej policji. Najwidoczniej uznano ich za osoby drugorzędne, zatem mniej szkodliwe. Policję na razie interesowało jedynie, kto to jest Groh i jaką funkcję w tej niemieckiej, konspiracyjnej organizacji sprawuje.

            Już wkrótce kontrwywiad ustalił, że Groh wcale nie mieszka w Zbąszyniu, lecz od dawna przebywa na terenie Tuchorzy. Do tej miejscowości przybył z Rzeszy, by w powierzonym mu okręgu, kierować szkoleniem członków ,,Freikorpsu” i prowadzić działalność wywiadowczą na rzecz hitlerowskich Niemiec.

            Groh był postacią wielce zagadkową. Rzadko pokazywał się publicznie i chociaż od dawna działał w okręgu wolsztńskim oficerom DOK nie udało się go namierzyć. Pozostając w cieniu, stawał się szczególnie groźny i niebezpieczny, gdyż przejawiał duże zdolności organizacyjne. Nawet prowadzona przez kontrwywiad wnikliwa obserwacja działającej na terenie Wolsztyna komórki ,,Jungdeutsche Partei” nie była wstanie ustalić oblicza tego przebiegłego hitlerowskiego przywódcy. Grohowi udawało się nawet kilkakrotnie przechytrzyć oficerów kontrwywiadu i skutecznie zatrzeć za sobą ślady. Trzeba przyznać, że był wytrawnym szpiegiem, świetnie wyszkolonym w robocie dywersyjnej. W końcu jednak wpadł i został unieszkodliwiony.

            Aresztowanie Groha i wyeliminowanie go ze struktur niemieckiego podziemia sparaliżowało w znacznym stopniu dywersyjną działalność ,,młodoniemców” w wolsztyńskim okręgu. Wielu przywódców jak Pfenig czy Kuss zmieniło adres zamieszkania i dalszą swoją działalność prowadziło z ukrycia.

            Rozbicie podziemnych struktur hitlerowskiej działalności w Tuchorzy zapoczątkowało serię aresztowań w innych przygranicznych okręgach, gdzie unieszkodliwiono również wielu, podobnych Grohowi, zakonspirowanych niemieckich dywersantów i szpiegów.

            Przeciw tego rodzaju akcjom wymierzonym w hitlerowskie podziemie Niemcy usiłowali protestować. Nie pomogły nawet interwencje senatora Wiesnera u wyższych władz polskich. Przeciwnie, tego rodzaju działania wręcz mu zaszkodziły. Na nic się również zdały głośne protesty tuchorzowskich ,,młodoniemców”. Wobec stanowczości i zdecydowanej postawy miejscowych władz stali się bezradni i niezdolni do podejmowania jakichkolwiek radykalniejszych kontrakcji. Stworzyli jedynie tzw. ,,czarną listę”, na której umieścili nazwiska członków,, straży wiejskiej” oraz osób znanych z antyniemieckich poglądów.

            Działalność ,,młodoniemców” w wolsztńskim okręgu bynajmniej nie ustała. Została jedynie w jakimś stopniu zahamowana. Wszelkie poczynania związane z dotychczasową działalnością organizacyjną przybrały formę bardziej zakonspirowaną lub mieszczącą się w granicach legalności.

            W wywrotowej działalności ,,Jungdeutsche Partei” zagadkową rolę spełniał Związek Mężczyzn i Młodzieży Zjednoczonego Kościoła Ewangelickiego w Wolsztnie, którego aktywnymi członkami byli: Schulz, Scholtz, Thiem, Bloenz, Tauschke, Widmayer i wielu jeszcze innych Niemców. Ci ostatni swoją dywersyjną działalność mieli ułatwioną, gdyż należeli do stowarzyszenia, które działało legalnie i miało zagwarantowaną ochronę prawną. Niemniej jednak byli ostrożni i działali raczej w ukryciu. Zdawali sobie sprawę, że są pod ścisłą obserwacją wolsztyńskiej policji i w razie jakiejkolwiek wpadki czeka ich los taki sam jaki spotkał tuchorzowskich ,,młodoniemców”.

            Ostateczny cios, wywrotowej działalności niemieckiej mniejszości narodowej, władze polskie zadały, w dniu 6 sierpnia 1939 roku, z chwilą aresztowania ich duchowego przywódcy i inspiratora wszelkich prohitlerowskich poczynań - senatora Wiesnera. Od dawna kontrwywiadowi polskiemu było wiadomym, że prowodyrem i protektorem grup dywersyjno-sabotażowych był Rudolf Wiesner. Jednak wobec jego osoby kontrwywiad był bezradny. Wiesnera chronił mandat senatorski nadany przez Prezydenta RP Ignacego Mościckiego. Dopiero udowodnienie mu działalności szpiegowskiej i praktyk sprzecznych z mandatem senatora pozwoliło na jego izolowanie. Jednak na skutek interwencji Ministra Spraw Zagranicznych Józefa Becka został z więzienia zwolniony.

            Senator Wiesner, zdając sobie sprawę, że jako przywódca ,, niemieckiej mniejszości narodowej” w Polsce został ,,spalony’ ’i stał się ,, bezużyteczny”, udaje się przez Gdańsk do Rzeszy. Usłyszymy o nim jeszcze nie raz, ale już w innej rzeczywistości.

 

Wydarzenia 26 sierpnia
 


            Pierwotny termin hitlerowskiego ataku na Polskę został wyznaczony na dzień 26 sierpnia. Do agresji w tym czasie jednak nie doszło, bo na rozkaz Hitlera, zaplanowany na Polskę atak w ostatniej chwili wstrzymano. Stało się to dlatego, gdyż dyplomacja polska podjęła jeszcze jedną próbę pokojowego rozwiązania spornych kwestii.

            Rozkaz o wstrzymaniu zaplanowanej przez Wehrmacht akcji bojowej nie do wszystkich oddziałów zdążył w porę dotrzeć. Zatem w wielu miejscach wojska niemieckie przekroczyły granicę i wtargnęły na terytorium Polski. Na kierunku Obry patrole niemieckie sforsowały kanał i dotarły w sąsiedztwo klasztoru. W tym samym czasie oddziały wroga nacierające od strony Świętna znalazły się na przedpolach Kębłowa. Przypuszczalnie podobna sytuacja zaistniała w sąsiedztwie Kopanicy. Potwierdzeniem tego była masowa ucieczka ludności polskiej z tych przygranicznych wsi.

            Do Wolsztyna wiadomość o naruszeniu przez niemieckie wojska granicy z Polską dotarła w godzinach rannych. Zwerbowano pospiesznie niewielkie grupy członków Obrony Narodowej, złożone głównie z młodzieży Przysposobienia Wojskowego i skierowano je w zagrożone rejony. Wroga już nie zastały, bo oddziały niemieckie, uprzedzone o decyzji Hitlera, wstrzymały dalszy pochód i wycofały się na pozycje wyjściowe.

            O tym, co było bezpośrednim powodem wycofania wojsk niemieckich z zajętych już terenów , wysłane przeciw agresorowi oddziały nie zostały poinformowane. To też byli przekonani, że to ich przybycie skłoniło wroga do odwrotu. Z takim też przeświadczeniem powrócili do miasta. Zatem z przejęciem rozpowiadali o tym, jak niemieccy żołnierze ,,uciekali”, gdy na swej drodze natknęli się na polski oddział gotowy do walki. Dobrze, że chociaż ten swój ,,bohaterski wyczyn” mogli przekazać nam, otaczającym ich dzieciom oraz nielicznym dorosłym, którzy tych relacji słuchali tak z niedowierzaniem.

            Dziwi mnie to, że nie znalazł się wówczas wśród grona słuchaczy ktoś taki, który by im uświadomił , co by z nich pozostało, gdyby naprawdę doszło do konfrontacji zbrojnej ? Oni nie musieli tego wiedzieć, ale co należy sądzić o osobach, które ich na tę niechybną śmierć wysłały? Nikt się wówczas również nie spytał, co stało się ze Strażą Graniczną? Gdzie się podziało Wojsko Polskie, które przecież ślubowało , że będzie bronić swojej Ojczyzny do ostatniej kropli krwi? Na te i jeszcze inne pytania uzyskano wprawdzie odpowiedź , ale to już nie miało znaczenia.

            Na wieść o niespodziewanym ataku Niemców na Polskę miasto pospiesznie opuścili: starosta Kaczorowski wraz z rodziną, hrabiostwo Michałowscy oraz wielu znanych wolsztyńskich obywateli. Za ich przykładem, nie wiadomo kiedy, ewakuowano miejscowe więzienie. Opustoszała też placówka Straży Granicznej i Powiatowa Komenda Policji.

            Z nadgranicznych wsi nadciągnęli do miasta pierwsi uciekinierzy. Podróżowali wozami załadowanymi całym dobytkiem i z przytroczonym do nich bydłem. Z upływem dnia ilość uciekających nasiliła się, a wieczorem już na wszystkich drogach było tłoczno.

            Sytuację na drogach pogarszały stada folwarcznego bydła, które w obawie, by nie stało się łupem najeźdźcy, przepędzano w głąb kraju. Przez Wolsztyn stada te przeganiano nocą, chyba dlatego, aby uniknąć niepotrzebnych zadrażnień z urzędnikami odpowiedzialnymi za higienę w mieście. Obawy te były uzasadnione, bo można sobie wyobrazić, jak wyglądały reprezentacyjne arterie miasta, gdy po nich przeszły tak liczne stada bydła.

            Nazajutrz, 27 sierpnia, odwiedziły nas ciotki: Stasia i Andzia,- mieszkanki Obry. Spieszno im było podzielić się wrażeniami, jakich doznały przy pierwszym zetknięciu z niemieckimi żołnierzami. Nie mogły się ich nachwalić, jak to sprawnie władali polskim językiem i jacy to dobrzy ludzie, bo dorosłych częstowali papierosami, a dzieci obdarowywali czekoladą . Przed pożegnaniem ostrzegały naszą mamę, aby nie ulegała wzmagającej się panice i pod żadnym pozorem nie opuszczała domu. Jedynie w tym ostatnim byliśmy z nimi zgodni.

            Wydarzenia z 26 sierpnia, niezależnie jak je próbowano później tłumaczyć, czy była to zamierzona prowokacja ze strony niemieckiego wojska, czy nierozważny incydent graniczny. Fakt pozostanie faktem. Wydarzenia te stały się początkiem końca. W pozbawionym władzy mieście zapanowała powszechna dezorganizacja. Wszędzie odczuwało się atmosferę wojny i nerwowego napięcia. Nastąpił czas niepewności, okres ustawicznego oczekiwania na rozwój dalszych wydarzeń. Taki stan utrzymywał się w mieście przez cztery dni.

▲   do góry



Przed nadejściem wroga
 


            W pamięci mojej szczególnie trwale przechowała się noc z 31 sierpnia na 1 września 1939 roku, poprzedzająca bezpośrednio wybuch II wojny światowej.

            Późnym wieczorem zatrzymało się u nas kilku mężczyzn znajomych naszego taty, którzy zmierzali z Obry do Kościana, by tam, w Rejonowej Komendzie Uzupełnień zaciągnąć się ochotniczo do wojska . Ponieważ noc ich zaskoczyła, postanowili u nas przeczekać do rana. Gdy sen ich zmorzył, poukładali się pokotem na pospiesznie przygotowanym posłaniu i zasnęli.

            Noc ta była szczególnie niespokojna. Zewsząd dochodziły odgłosy ludzkich nawoływań, słychać było turkot przejeżdżających wozów i ryk przeganianego bydła. To nieprzerwanie, już trzeci dzień z rzędu, ewakuowała się z nadgranicznych miejscowości polska ludność, która w obliczu zagrożenia wojennego uchodziła wraz ze swoim dobytkiem w głąb kraju w nadziei, że tam uda się jej schronić przed represjami wroga.

            Exodus objął także większą część mieszkańców Wolsztyna. Każdy, kto posiadał rodzinę, krewnych czy znajomych w centralnych rejonach kraju, rezerwował sobie u nich zawczasu bezpieczne schronienie. Teraz, wobec bezpośredniego zagrożenia, podążali pospiesznie do tych wyimaginowanych miejsc azylu, aby tam z dala od rozgrywających wydarzeń wojennych ten trudny okres przeczekać

            Dom nasz był położony na skraju miasta, przy drodze mało uczęszczanej. Stanowił więc doskonałe miejsce, z którego w razie nagłej konieczności można było bezzwłocznie się oddalić. Tak też się stało.

            Jeszcze nie świtało, gdy pierwsze detonacje poderwały naszych nocnych gości na nogi. Wsiedli pospiesznie na rowery i bez pożegnania oddalili się w kierunku Tłoków.

            Przestraszony tymi niecodziennymi odgłosami, zaspany, wybiegłem za nimi na podwórko. Zdawało mi się, że już świta, ale o dziwo, po przeciwnej niż zwykle stronie nieba. Z niedowierzaniem przetarłem oczy i patrzę. Na zachodzie, nad miastem, rozpościerała się ognista łuna. To na folwarkach: w Powodowie, Chorzeminie, Niałku i Krutli płonęły stogi ze zbożem. Po chwili łuny objęły swoim zasięgiem już całe obrzeże miasta. Płonęły teraz stogi na folwarkach: Komorowa, Wroniaw, Dąbrowy i Gościeszyna. Płonął także wol-sztyński dworzec kolejowy.

            Nagle powietrzem wstrząsnął ogromny wybuch. To zdetonowano żelazny most kolejowy na rzece Dojcy przy drodze do Bielnika. Po chwili, w niewielkich odstępach czasu, następowały kolejne detonacje. To wysadzono most na Dojcy obok ,,Vetra”, tory kolejowe w kierunku Kopanicy i Kębłowa oraz wiadukt nad torami kolejowymi do Leszna.

            Z miasta pospiesznie ewakuowano Starostwo, Magistrat i Sąd, oraz podległe im urzędy. Nie funkcjonowała kolej i poczta, zaś siły policyjno – porządkowe ewakuowały się już wcześniej, razem ze Strażą Graniczną i nielicznym oddziałem wojska.

            W mieście zapanował ogólny chaos i zamieszanie. Odnotowano pierwsze rabunki i grabieże pozostawionego mienia. Świadczyły o tym powybijane witryny sklepowe czy powyłamywane drzwi do opuszczonych mieszkań. Miasto opanowała wojenna psychoza.

            Kto jeszcze nie był zdecydowany na ucieczkę, teraz w pospiesznie opuszczał miasto. Na wszelkiego rodzaju wózkach, a najczęściej na rowerach lub plecach taszcząc niewielki bagaż, opuszczano swoje domostwa czy mieszkania. Wszystkim było spieszno, nie wiadomo dokąd, aby tylko znaleźć się jak najdalej od ,, czegoś” co mogłoby się wydarzyć.

            Nad ranem zjawił się nagle wielce podenerwowany nasz tato Pospiesznie pozbył się strażackiego munduru i nieodłącznej przeciwgazowej maski. Zgarnął do teczki przybory do golenia, napompował rower i ruszył przed siebie, sam nie wiedząc dokąd, chyba tam gdzie wszyscy. Przed odjazdem przekazał mamie, aby nie ulegała panice i pod żadnym pozorem nie opuszczała domu.

            Łatwo się mówi ,, nie opuszczać domu’’, ale jak w tym wytrwać, skoro wokół nas wszyscy sąsiedzi już dawno swe domostwa opuścili . Opustoszała cała ulica. Wymarło również miasto. Nawet miejscowi Niemcy się gdzieś pochowali. Wiadomo, przyczajeni w swoich domowych zaciszach wyczekiwali z zapartym tchem przybycia tych, przed którymi ich polscy sąsiedzi pouciekali. Psychoza ucieczki udzieliła się także naszej rodzinie.

            Kto pierwszy poddał tę nierozważną propozycję, aby mimo ostrzeżeń taty się ewakuować , do dzisiaj nie wiem. Chyba inicjatorką była ciocia Frania. W tym przypadku musiała użyć szczególnie przekonywujących argumentów, skoro mama jej uległa i zdecydowała się podjąć ten ostateczny krok.

            Uciekamy! Przed kim wiadomo, przed czym też, ale dokąd, tego to nikt nie wiedział. W każdym razie za wszystkimi, przed siebie.

            Ze spakowanymi naprędce tobołkami, stosunkowo ciężkimi, ruszyliśmy drogą w kierunku Tłoków. Chyba na tę ucieczkę nasza rodzina zdecydowała się jako ostatni w mieście, gdyż na całej trasie, jak okiem sięgnąć, byliśmy jedynymi poruszającymi się istotami.

            Tej zmierzającej donikąd grupie przewodziła ciocia Frania prowadząc obwieszony tobołkami rower. Obok niej postępowała jej córka - Irka ,dźwigając stosowny do jej wieku pakunek Za nimi podążała nasza mama, która przed sobą popychała wózek dziecięcy z moją dziewięciomiesięczną siostrzyczką -Marylką. A wreszcie ja, ciągnący z wysiłkiem gospodarski wózek, na którym ułożono wszystko, co uważano za niezbędne i przydatne w takiej drodze. Na wózku musiało się również znaleźć miejsce dla młodszego mojego brata - Czesia, który jakby mało było nieszczęścia, krótko przed tym wydarzeniem złamał nogę. Całość pochodu zamykała nasza babcia, taszcząc na plecach ogromny wór z pierzynami.

            Kiedy zbliżaliśmy się do „głębokiego rowu”, już zmęczony, zacząłem sobie zadawać pytania: jaki ta nasza ucieczka ma sens? Co to nam daje?.

            Z nastaniem dnia ucichły detonacje. Na lewo, niedaleko od drogi, dopalały się stogi ze zbożem, a w powietrzu unosił się drażniący nozdrza swąd spalenizny. Jaskrawe promienie wschodzącego słońca zapowiadały upalny dzień. A myśmy szli, milcząc, może zadowoleni, że z każdym krokiem oddalamy się od rannego koszmaru i chociaż w moich uszach dudniły jeszcze odgłosy wybuchów, to w duchu rozkoszowałem się tą pozorną ciszą.

            Przed nami las, za nim tory kolejowe i wkrótce znaleźliśmy się w Tłokach. W cieniu, pod murem jakieś folwarcznej zabudowy, mama zarządziła odpoczynek. Trzeba było nakarmić Marylkę, a i nam należała się chwila odpoczynku. Jeszcze nie zdążyliśmy dobrze usadowić się na murawie, gdy powietrzem targnął potężny wybuch, taki, że aż ku nam dotarł jakiś drgający powiew. Nagle oprzytomnieliśmy, zdając sobie sprawę z naszej sytuacji i szybko znowu włączyliśmy się w rytm dalszej wędrówki.

            Droga już nie była taka spokojna, gdyż cały czas towarzyszyły nam, na szczęście oddalające się, odgłosy detonacji.

            Po przebyciu kolejnego odcinka drogi, zatrzymaliśmy się na folwarku w Zdrogowie. Wokół panowała wyjątkowa cisza, a nie tak dawne wybuchy ucichły. To skłoniło nas do pozostania na tym miejscu na dłużej.

            Na podjęcie takiej decyzji wpływ miała nasza babcia. Nie potrafiłem wtedy odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego tak postanowiła? Odniosłem jednak wrażenie, że ten kompleks gospodarczy był jej bliski i znany, gdyż w jego obejściu poruszała się jak u siebie w domu. Ponadto na wszystko spoglądała z jakimś niewymownym rozrzewnieniem czy sentymentem. Usiłowała także mnie coś przekazać, ale w takiej niecodziennej sytuacji nie wiele do mnie docierało.

            Ja i moja kuzynka Irka, mimo odczuwalnego zmęczenia, byliśmy bardziej zainteresowani budynkami gospodarczymi niż wspomnieniami babci. Szczególnie interesował nas budynek, z którego dochodziły jakieś dziwne odgłosy. Wkrótce wyjaśniło się, że te odgłosy wydają zgromadzone tam cielęta . Te, gdy nas zobaczyły, zaczęły rozpaczliwie ryczeć. „ Płaczą, bo są głodne’’- stwierdziła troskliwa Irka. Żal nam się ich zrobiło, więc z pobliskiej sterty znosiliśmy dla nich siano. Ale nie na wiele to się zdało, gdyż nie udało się nam uciszyć tej „ rozryczanej zgrai’’. Może z czasem przenieślibyśmy im całą stertę siana, gdyby w porę nie zjawił się, odpowiedzialny za to gospodarstwo pracownik. Ten nie bacząc na wzmagający się ryk, wypuścił tę niesforną czeredę do pobliskiej zagrody i nagle jak ręką odjął, ucichły. Właśnie tego im brakowało.

            Tymczasem nasza babcia stała się jakaś niespokojna, podenerwowana. Odczuwało się, że myślami była w Wolsztynie, w domu. Niepokoiło ją to, czy dom został dobrze zabezpieczony, bo przy takim pośpiechu i zdenerwowaniu wszystko mogło się zdarzyć. Co się dzieje na podwórku i w chlewku, przecież tam pozostał żywy inwentarz. Po krótkiej naradzie postanowiono, że mama z babcią udadzą się w drogę powrotną do domu, nakarmią pozostawione tam zwierzęta, ugotują obiad i bezzwłocznie do nas powrócą.

            Kiedy już się oddaliły i znikły nam z oczu, wytworzyła się jakaś dziwna, niezrozumiała pustka, niepewność, niepokój, a nawet strach. Nie interesowały już nas cielęta, odeszła ochota do zabaw, w jakimś odrętwieniu siedzieliśmy na przydomowej ławeczce i głęboko rozmyślali.

            Nie wiadomo jak długo to trwało. W każdym razie trwało to dotąd, aż ciocia Frania uświadomiła sobie, co się z nami stanie, gdy babcia z naszą mamą z jakichś nieprzewidzianych przyczyn nie powrócą. W tych niebezpiecznych czasach wszystko mogło się zdarzyć .Zatem obawy jej miały realne podstawy.

            Nurtujące ją myśli musiały być zatrważające, skoro nagle podjęła zaskakującą decyzję. Zbieramy się i wracamy do domu. Ale jak tu sobie poradzić z taką ilością bagażu, z małym dzieckiem i kulawym Czesiem. Widocznie się dało, bośmy niczego w Zdrogowie nie pozostawili. Wiem, że wór z pierzynami, który w tę stronę niosła babcia, ulokowałem na wózku , a resztą bagażu zajęła się ciocia Frania.

            Przechodząc przez tory kolejowe w Tłokach, zauważyłem w nasypie torowym ogromną wyrwę, a wokół porozrzucane podkłady i powyginane szyny. Wyjaśniła się przyczyna porannego wybuchu, który nas tak bardzo przeraził. To cofający się z Wolsztyna oddział minerski niszczył w taki sposób arterię kolejową, aby opóźnić postępy wroga.

            Zziajani i zmęczeni, ledwie powłócząc nogami, ale szczęśliwi, powróciliśmy do domu. Można sobie wyobrazić zdumienie, jakie na babci zrobiło nasze niespodziewane pojawienie się. Podobnie zareagowała mama, gdy powróciła z miasta i zastała nas konsumujących z apetytem sporządzony przez babcię posiłek. Zaspokoiwszy głód z ulgą rozejrzałem się po kuchni. Na kalendarzu widniała data: 1 września 1939 rok.



*  *  *


            Takich, co w porę spostrzegli bezsens dalszej ucieczki , było bardzo wielu. Można to było zaobserwować wieczorem, kiedy strudzeni i zmęczeni wolsztynianie powracali na powrót do swoich porzuconych domostw. Powracali, mimo niepewności jutra, do miasta, z którym na dobre i na złe się zżyli. Wracali w nadziei, że uda się im przetrwać te smutne czasy.

            Wspominając tamten dzień, rodzina nasza chlubiła się tym, że jako ostatnia opuszczała miasto, a jako pierwsza znalazła się w nim z powrotem.

            Nieopodal naszej ulicy znajduje się wieża ciśnień, z której rozprowadza się wodę do mieszkań w mieście. Z tej racji wieża ta została uznana za obiekt strategiczny i jako taki, w obawie przed sabotażem, była cały czas strzeżona .

            Nie wiem, jaką drogą dotarła do nas wiadomość, że obiekt ten został zaminowany i z chwilą wkroczenia wojsk niemieckich do miasta będzie zdetonowany.

            Wiadomość tę potwierdziła, w rozmowie z moją mamą, jej znajoma , która mieszkała przy ulicy Lipowej, niedaleko tej budzącej niepokój budowli. Nie dociekałem, od kogo ta znajoma mamy taką wiadomość uzyskała, i kto tę wieżę miał zniszczyć, skoro od dwóch dni obiektu tego już nikt nie strzeże? Może to jest zwyczajna plotka, jak wiele innych niepotwierdzonych wiadomości rozpowszechnianych przez nieodpowiedzialne osoby. A co się stanie, gdy ta plotka okaże się prawdą?

            Obiekt ten, wzniesiony z cegły, ma kształt cylindrycznej, wysmukłej budowli, wysokiej na dziesięć pięter. Jest położony zaledwie 150 metrów od naszego domu. Uzasadniona zatem była obawa, że w razie detonacji, możemy odczuć ujemne tego skutki.

            Mimo zapewnień mamy, że niezależnie od okoliczności jakie mogą nas spotkać, nie ruszymy się z domu, to w trosce o młodsze rodzeństwo postanowiła, że najbliższą noc spędzimy poza miastem z dala od tego obiektu, w Adamowie.

            Po zachodzie słońca udaliśmy się do tej wsi gdzie, u krewnych naszych sąsiadów pp. Utrajczaków, spędziliśmy noc. Snu naszego tym razem nie zakłóciły żadne detonacje, ani rozpaczliwe nawoływania. A kiedy rankiem, z adamowskiego wzgórza, spojrzałem na miasto i zastałem wieżę wodociągową nienaruszoną i całą, to byłem pewien, że informacja przekazana mojej mamie przez życzliwą znajomą, okazała się plotką.

            Jednak nie żałowaliśmy tego, że noc spędziliśmy poza domem. Spokojny, bez stresowy, sen podziałał na nas kojąco. Oswoiliśmy się z zaistniałą sytuacją. Niestraszne nam już były odgłosy wybuchów czy łuny pożarów. Staliśmy się na tego rodzaju zjawiska uodpornieni . To dobrze, bo najgorsze było dopiero przed nami. Na razie nic nie wskazywało na to, że mamy wojnę. Gdyby funkcjonowały sklepy i urzędy, działała poczta i kolej, a ludzie zachowywali się normalnie, to można by rzec, że to co się wydarzyło, to tylko koszmarny sen, który wraz z przebudzeniem pierzchnie w niepamięć. Ale tak się nie stało. Rzeczywistość okazała się bardziej bezwzględna i brutalna. Nie pozwoliły nam o tym zapomnieć syreny, które coraz częściej oznajmiały pojawienie się na niebie nieprzyjacielskich eskadr .Na szczęście samoloty wroga omijały nasze miasto. A gdyby nadleciały, to od czego były przeciwlotnicze schrony.

            Sam sobie taki przeciwlotniczy schron przysposobiłem i sam z niego skorzystałem. A miało to miejsce w trzecim dniu wojny. Nie wiem, gdzie wszyscy wówczas przebywali, że tylko ja sam znajdowałem się w domu. Pech chciał, że syreny zapowiedziały alarm przeciwlotniczy. Jeszcze nie zdążyły wyciszyć swego przejmującego dźwięku, a tu już było słychać złowrogi pomruk nieprzyjacielskich samolotów. Minęły miasto i skierowały się w stronę Poznania. Prawdopodobnie zbombardowały wtedy poznański dworzec kolejowy , lotnisko i poligon w Biedrusku. W każdym razie o tym dowiedziałem się znacznie później.

            Muszę przyznać, że ta grupa ciężko warczących czarnych maszyn na niebie bardzo mnie przeraziła. .Pospiesznie wsunąłem się do piwnicy, zatrzaskując za sobą bardzo ciężkie zamknięcie. Ulokowawszy się w najdalszym kątku przejmująco zimnej i ciemnej piwnicy, przebywałem w niej sam nie wiem jak długo. Kiedy mi się już to znudziło, postanowiłem wydostać się na zewnątrz. A tu nic z tego. Nijak sobie nie mogłem poradzić z otwarciem zbyt ciężkich drzwi. Chcąc nie chcąc musiałem swój pobyt w tym niezbyt przyjemnym pomieszczeniu przedłużyć.

            Na szczęście nie trwało to zbyt długo. Skoro dotarły do mnie odgłosy sprzeczającego się ze sobą mojego młodszego rodzeństwa, zacząłem wrzeszczeć i kołatać w to nieszczęsne zamknięcie. Usłyszała to mama i wnet pospieszyła mnie z pomocą. Kiedy już uporała się z tą niefortunną zaporą, długo nie mogła zrozumieć czego ja tam, w tak ciemnym i nieprzyjemnym pomieszczeniu, szukałem.

            Jak się okazało, mama z maluchami wybrała się w odwiedziny do cioci Frani i tam przeczekała okres alarmu. Babcia zaś pasła naszą kózkę na tak zwanych ,,dołach” i nawet jej nie przyszło na myśl, że to przeraźliwe wycie syreny oznaczało alarm lotniczy.

▲   do góry
 

Zajęcie Wolsztyna przez Wehrmacht

 

            Patrol niemieckiego wojska wkroczył do Wolsztyna w środę 6 września 1939 roku. Do nas  mieszkańców peryferyjnych ulic, wieść  ta  dotarła około południa. Już wcześniej można było w mieście zauważyć jakieś  podniecenie, strwożone szepty i wzrastający niepokój. Na drodze do  Tłoków pojawili się znowu rowerzyści i piesi, którzy na wieść o  zbliżaniu się do miasta  niemieckich  wojsk po raz kolejny opuszczali swoje domostwa.

            Mnie dziesięcioletniemu chłopcu, nie dawała spokoju ciekawość jak wyglądają żołnierze o których krążą tak kontrowersyjne wieści. Chociaż  mama podawała obiad zrezygnowałem z niego i pobiegłem bezzwłocznie do miasta. Kiedy zbliżałem się do placu Kościuszki zobaczyłem, że od centrum miasta podąża niewielka grupa, odzianych w szaro-zielone mundury uzbrojonych, żołnierzy . Był to niemiecki patrol, który po spenetrowaniu Rynku i zbezczeszczeniu herbu miasta, zmierzał na teren elektrowni i gazowni miejskiej. Po sprawdzeniu tych strategicznie ważnych dla miasta obiektów, żołnierze ci w towarzystwie  niemieckiej młodzieży zmierzali do restauracji ,,u Machoya”, gdzie   na  nich czekało  przyjęcie.

            Podążając  za tą rozbawioną i swobodnie czującą się grupą Niemców nie dopuszczałem nawet myśli, aby ze strony tych roześmianych żołnierzy mogło nam Polakom zagrażać jakieś niebezpieczeństwo.

            Nie wiem jak to się stało, że razem z żołnierzami znalazłem się  we wnętrzu restauracji. W trakcie obiadu, przepijanym wolsztyńskim piwem i wśród często wznoszonych owacji i  gromkiego śmiechu, do lokalu wkroczył burmistrz Wolsztyna p. Klemens Modliński. Stanął przed stołem, za którym siedział najwyższy rangą żołnierz, zdjął z głowy swój charakterystyczny melonik i wsparłszy się na nieodłącznej lasce, wpatrzonemu w niego uważnie kapralowi, przekazał jakąś formułę. Na ten czas umilkł nawet gwar rozochoconych piwem żołnierzy i  bardzo licznie  zgromadzonych w tym lokalu   Niemców. Spełniwszy swoją urzędową powinność skłonił się  zebranym  i dziarskim krokiem skierował się do wyjścia.

            Nie zrozumiałem wówczas tego co burmistrz przekazał niemieckiemu kapralowi. Dopiero później dotarło do mnie, że była to przyjęta i powszechnie stosowana  kurtuazyjna powinność związana z przekazaniem miasta przedstawicielowi zwycięskiej armii.

            Szkoda ,że ten  ,,zwycięzca” nie raczył się nawet unieść, gdy do niego przemawiał najwyższy przedstawiciel miasta, starszy wiekiem i godnością piastowanego urzędu. Może  kapral uważał, że nie wypada, aby zwycięzca okazywał szacunek pokonanemu. A może nie wiedział, że wyrażanie szacunku  starszemu wiekiem należy do dobrego obyczaju i świadczy o kulturze jego narodu.  Ale to nie mnie  sądzić.

            Dowódcą tego rozpoznawczego  patrolu był hauptfeldfebel Carl Beyer

 

*   *   *

 

             Regularne oddziały Wehrmachtu do miasta wkroczyły  w godzinach popołudniowych. Na kwaterę  zajęły budynek szkoły nr 2 przy placu Kościuszki. Jeszcze  tego samego dnia na wszystkich drogach wychodzących z miasta ustawiono żołnierskie posterunki. Miały one przechwytywać powracających z ucieczki wolsztynian. W zasadzie  zatrzymywały tylko mężczyzn, których następnie odprowadzano do Magistratu. Tam skrupulatnie sprawdzano ich  tożsamość i poddawano przesłuchaniu. Kiedy stwierdzono, że nie figurują na  liście osób podejrzanych i nie stanowią zagrożenia dla III Rzeszy, wypuszczano na wolność. Biada zaś tym, których nazwiska znalazły się na  ,,specliście”, wtedy los ich był   przesądzony. Zakuci w kajdany wędrowali do przepastnych cel ratuszowego aresztu lub do zbudowanego pospiesznie  w podziemiach scholtzowej kamienicy, karceru.

            Nazajutrz, skoro świt, zaczęły  przez Wolsztyn, przemieszczać się regularne oddziały wojska. Szły bez przerwy przez cały dzień w kolumnach trójkowych, piechota na przemian z oddziałami  rowerzystów. Za nimi podążały zaprzęgi konne ciągnące kuchnie polowe i tabory z zaopatrzeniem  wojskowym.

           Przeciw komu te siły było skierowane. Przecież wojska polskiego  w tej części kraju  w ogóle nie było. Wierząc zaś w to co donosiła niemiecka prasa to walki toczyły się już pod Kutnem i Łodzią i  kończyły się sukcesem Wehrmachtu. Chyba tym razem propaganda niemiecka nie przesadzała, bo jej rzetelność  potwierdzały  fakty. Wkrótce do Wolsztyna przybył pierwszy transport polskich jeńców wojennych. Dla  nich przeznaczono zabudowania folwarczne w Komorowie, które otoczono podwójnym  ogrodzeniem z drutu kolczastego i zabezpieczono strażniczymi wieżami. Tak  w sąsiedztwie Wolsztyna powstał obóz jeniecki ,,Stalag 6” noszący od 1940 roku  nr XXI D,  który  nieprzerwanie istniał przez cały okres okupacji i tylko   w zależności od kierunku  niemieckiej agresji zmieniał swoich lokatorów. Po jeńcach polskich pomieszczenia obozowe zajmowali kolejno:  jeńcy francuscy, angielscy, włoscy, a od 1941 roku jeńcy radzieccy.

 

*   *   *

 

            6 września 1939 roku, po zajęciu Ziemi Wolsztyńskiej przez wojska Wehrmachtu, Rudi Kuss i Pfenig wychodzą z ukrycia. Nazajutrz, jako jedni z pierwszych, zgłaszają się w komisariacie powołanego w Wolsztynie Reichskriminalpolizeiamtu gotowi do podjęcia w tym urzędzie natychmiastowej pracy. Znając doskonale miejscowe środowisko i patriotyczną działalność wielu Polaków, zostają do tej pracy przyjęci bez zastrzeżeń.

            Współpracują również z wolsztyńskim ,,Gestapo”(skrót od Geheime  Staatspolizei -tajna policja  hitlerowskich Niemiec). Wspólnie przeglądają Sonderfahndunksbuch fur Polen dostarczonej przez funkcjonariuszy gestapo z Zielonej Góry, wyłaniając z niej nazwiska  Polaków, którzy na tym terenie aktywnie działali i mogli w przyszłości stwarzać zagrożenie  dla III Rzeszy. Sami uzupełniają tę księgę, przenosząc  do niej nazwiska ze  sporządzonej przez siebie ,,czarnej listy”.

            Na terenie Tuchorzy reaktywują placówkę ,,Selbschutzu”, której komendantem zostaje Pfenig. Odtąd można było go spotkać jak w czarnym mundurze SS  i ,,trupią główką” na czapce paradował po Tuchorzy  wzbudzającego wśród miejscowych Polaków strach i grozę. To on i jego ,,kamraci” wprowadzili w tej wsi nowy ,,teutoński porządek” oparty na terrorze i zastraszeniu.

            Na drogach wjazdowych do  wsi rozstawili posterunki, których zadaniem  było wyłapywanie powracających z ucieczki Polaków. Podejrzanych odprowadzano do miejscowej komendantury ,,Selbschutzu”na przesłuchanie. Osoby, którym udowodniono  nielojalność wobec Niemców lub ich nazwiska   figurowały na ,,czarnej liście”,  przekazywano do dyspozycji ,,Gestapo” w Wolsztynie.

            Równocześnie przebiegają aresztowania w  sąsiadujących z Tuchorzą wsiach. Szczególnym represjom i prześladowaniom poddano rodzinę Stróżyńskich znaną powszechnie z patriotycznej postawy i antyniemieckich poglądów. Bracia Stróżyńscy: Jan, Józef, Franciszek, Antoni, Stanisław i Ignacy, uznani za osoby szczególnie niebezpieczne, byli  ścigani  listami gończymi. Przy takiej aktywności Pfeniga  i jego hitlerowskich pomocników wnet  polskimi patriotami zapełniły się więzienne pomieszczenia przy ulicy Wschowskiej i pod  Ratuszem. Także  przepełnione były   lochy pod scholtzową kamienicą , w których już od pewnego czasu przebywali, wytropieni przez  ,,Gestapo”, bracia: Józef, Stanisław i Ignacy Stróżyńscy.  Trzeba było pilnie przygotowywać kolejne pomieszczenia , tym razem w budynku ,,Rafii”.

            Pfeniga szczególnie interesował  los aresztowanego przez polski kontrwywiad  organizacyjnego przywódcy i szefa wolsztyńskiego  okręgu  - Groha.  Długo tuchorzowscy hitlerowcy wyczekiwali na jego powrót. Na nic zdały się  poszukiwania prowadzone  przez  niemieckie służby specjalne.  Widocznie nie żył, gdyż  do tego czasu byłby się odnalazł.

            Krążąca we wsi plotka także potwierdzała śmierć Groha. Miał on zginąć gdzieś koło Bydgoszczy, kiedy uwolniony przez wojska Wehrmachtu z więzienia powracał do Tuchorzy, aby  w podległym mu okręgu wypełnić zadanie, którego nie było mu danym  wcześniej dokończyć.

            Za śmierć tego  dywersanta i szpiega, według hitlerowskiej sprawiedliwości, odpowiedzialni byli tuchorzowscy Polacy. Zatem należy pomścić jego śmierć, wymierzając winnym stosowną karę.

            Pod koniec grudnia 1939 roku obok zabudowań Stanisława Modera ustawiono szubienicę. Stracono na niej 15- tu tuchorzowskich chłopów, w większości członków ,,straży  wiejskiej” Spędzeni  na tę egzekucję  z okolicznych wsi Polacy  musieli przypatrywać się,  jak umierali ich bliscy, sąsiedzi i znajomi. Hitlerowskiej sprawiedliwości stało się zadość.

            Za wierną służbę na rzecz ,,Wielkich Niemiec” Pfeniga, Kussa i jeszcze wielu innych  ,,zasłużonych” tuchorzowskich  oprawców  wyróżniono i awansowano. Jako oddani Fuhrerowi i sprawdzeni hitlerowcy, zostali wcieleni do  czynnej służby w podległych SS formacjach  ,,besondernabteillungs”.

            Tak zaczyna się dalsza droga  zbrodniczej działalności Kussa i Pfeniga. Zaprawieni w zbrodniczym rzemiośle, ci dwaj nierozłączni hitlerowscy oprawcy, ,,walczyli” odtąd mężnie w oddziałach SS i zapisali się w pamięci podbitej ludności krwawymi represjami. Najpierw wobec Polaków   w Generalnej Guberni, a później także   na ziemiach okupowanej Francji, Belgii i Jugosławii.

            Nie wiadomo mi jak potoczyły się dalsze losy tych dwóch ,,tuchorzowskich bohaterów”, Wielu im podobnych przepadło bez wieści. Widocznie taki sam los także ich spotkał. Zatem zginęli na ,,polu chwały” oddając życie za Fuhrera  i ,,Wielkie Niemcy”.

            ,,Szczęśliwy los” nie pominął również Kurta Semlera. W 1942 roku został wcielony do specjalnych oddziałów SS- ,,Galizien”. Zwalczał więc z zacięciem  partyzantkę radziecką i polską, szerząc gwałt i terror wśród ludności cywilnej w podbitych krajach. Niedługo jednak było dane Kurtowi cieszyć się tym szczególnym wyróżnieniem. Zapadł na  nieuleczalną chorobę. Nieprzydatnego do dalszej czynnej służby żołnierskiej  chorego hitlerowca odesłano   do domu. Mimo usilnych starań lekarzy nie udało się go utrzymać przy życiu. Zmarł w wolsztyńskim szpitalu.

            Ciekawie przedstawia się również zbrodnicza kariera najważniejszego  spośród organizatorów i protektorów hitlerowskiego podziemia w Polsce – Rudolfa Wiesnera. Za ofiarną i zaangażowaną służbę dla niemieckiego narodu  ,,poza granicami Rzeszy” został  uhonorowany specjalnym odznaczeniem. Od Himmlera zaś otrzymał obietnicę mandatu do Reichstagu i stopień Oberfuhrera SS. W szeregach tej formacji, którą po wojnie uznano za organizację zbrodniczą, sprawował wysoką funkcję kierowniczą.

            Pod koniec 1944 roku Rudolf Wiesner powrócił do Bielska. Jednak nie na długo. W obliczu nadciągających wojsk radzieckich opuścił bezzwłocznie to miasto i przez Wrocław udał się do Berlina. Od tej chwili urywa się wszelki ślad po Oberfuhrerze SS, Rudolfie Wiesnerze, gorliwemu przywódcy ,,Deutscher National - Sozialistischer Verein in Polen”, szpiegu i organizatorze hitlerowskich bojówek młodzieżowych, których dywersyjna działalność była wymierzona przeciwko Polsce.  

▲   do góry

 

Wcielenie Ziemi Wolsztyńskiej do III Rzeszy

 

            W swoim życiu byłem świadkiem wielu wydarzeń. W większości były to zjawiska niepowtarzalne i  niecodzienne, smutne, a nawet tragiczne. Dzięki temu przetrwały  w mojej pamięci do dzisiaj. Bezsprzecznie do takiego smutnego wydarzenia które jeszcze teraz w moich wspomnieniach   przywołuje  negatywne skojarzenie, należy  impreza jaką hitlerowcy urządzili w Wolsztynie w związku z wcieleniem tych ziem do III rzeszy. W tym dniu po raz pierwszy wolsztynianie mogli zobaczyć, zorganizowane na wzór wojskowy i jednolicie umundurowane hitlerowskie oddziały szturmowe (SA)

            Po koncentracji na miejskiej targowicy uformował się pochód, który z niezliczoną ilością sztandarów i orkiestrą na czele przemaszerował ulicami: Wschowską i Poznańską na Rynek. Tam odbyła się centralna uroczystość, na którą przybył z Poznania gauleiter Artur Greiser. Rynek i miasto płonęło w gąszczu czerwonych hitlerowskich flag ze złowrogimi czarnymi swastykami .Wszędzie słychać było niemieckie okrzyki, wszędzie tłumy Niemców. Skąd się ich aż tyle naraz wzięło? Prawda, że  na tych ziemiach mieszkali  potomkowie niemieckich osadników. Ale żeby ich aż tylu było?

            Przyglądając się z zaciekawieniem tej  niecodziennej imprezie, nagle pociemniało mi w oczach, czapka gdzieś odleciała, a ciało  przeszył dotkliwy ból. Sprawił to kopniak zadany mi przez jakiegoś przebranego po cywilnemu, Niemca. Widocznie uznał, że nazbyt  swobodnie  zachowałem się kiedy  wprowadzano hitlerowskie sztandary. To co mnie spotkało nie było  przypadkowe ani odosobnione. W tym dniu wielu Polaków odczuło na własnej skórze co oznacza   ,,niemiecki ordnung”.

            Incydent  ten  sprawił, że odtąd na widok hitlerowca uciekałem panicznie  jak najdalej  Zresztą podobną  postawę wobec Niemców  przejawiała  większość społeczeństwa polskiego. Tak było również i w tym dniu. Wobec takiej ilości  rozentuzjazmowanych hitlerowców wolsztynianie zachowywali się szczególnie  ostrożnie, tak, że można było odnieść wrażenie iż  wymarli. Byłoby to stwierdzenie błędne. Wolsztynianie żyli w tym mieście  tylko w  bezpiecznym oddaleniu.   Ukryci za przysłoniętymi oknami przyglądali się z trwogą temu co się wokół  nich działo . Ci zaś, którym dane było jeszcze mieszkać w okalających Rynek         domostwach z niepokojem słuchali , wspomaganego przez  megafony, buńczucznego i pełnemu  nienawiści,  przemówienia Greisera. A to, o czym mówił,  było nie tylko dla wolsztynian,  lecz dla wszystkich Polaków przerażające.

            Wśród słuchających tego szowinistycznego i pełnego nienawiści  przemówienia znajdował się mój ojciec. Jak pamiętam to jego zainteresowania skłaniały się zawsze ku polityce. Jak wielu wolsztynian, urodzonych i wychowanych pod zaborem pruskim, znał dobrze język niemiecki. W wolnych chwilach wczytywał się drobiazgowo w niemieckie czasopisma. Wyłapywał z nich niezauważalne dla przeciętnego czytelnika fragmenty tekstu czy niedomówień i na ich podstawie wyrabiał sobie obiektywny pogląd na bieżące wydarzenia w Niemczech i na świecie. Należy przyznać, że jego ocena aktualnej sytuacji, oraz uwagi i prognozy odnośnie przyszłych wydarzeń, okazywały się najczęściej trafne.

            Nie mogło go zatem w tym dniu zabraknąć na wolszyńskim rynku. Przez uchylone okno z mieszkania swego kolegi wsłuchiwał się uważnie w treść tego co gauleiter Greiser przekazywał zgromadzonym Niemcom. Niepokojącą  była zwłaszcza ostatnia  część przemówienia, w której mówca zwracał się  do hitlerowskiej administracji    z przesłaniem, by dopilnowała, kiedy ponownie odwiedzi to miasto, aby nie było  mu już dane oglądać tych ,,złowrogich twarzy”.

            Wiadomo kogo  gauleiter miał na myśli wypowiadając te złowieszcze słowa. Zrozumieli je zgromadzeni na wolsztyńskim rynku Niemcy, bo zareagowali na nie niemilknącymi brawami.. Miejscowe zaś  władze polityczno-administracyjne sugestie Greisera  uznały za priorytetowe zadanie w swej pionierskiej pracy na anektowanym do III Rzeszy terenie. Na urzeczywistnienie tych zadań wolsztynianie nie musieli zbyt długo czekać.

            Długo jeszcze po  tej imprezie podnieceni hitlerowcy świętowali tak ważne dla nich wydarzenie. Nawet po zapadnięciu zmroku z restauracji i podrzędnych knajp dochodziły dźwięki  orkiestr, pijackie okrzyki i niemilknące hitlerowskie ,,heilowania”. 

            Nastał najbardziej tragiczny okres w dziejach  polskiego narodu, trwająca prawie sześć lat okupacja hitlerowska, którą wolsztynianie odczuli szczególnie dotkliwie .

 ▲   do góry


 



N I E M I E C K I    P O R Z Ą D E K



Eksterminacja



            Jeszcze trwały działania wojenne na ziemiach polskich, wolna jeszcze była Warszawa, a w Wolsztynie zaczęto już wprowadzać niemieckie porządki. Wolsztyn przemianowano na Wollstein, a ulicom i placom nadano niemieckie nazwy.

            Nie było tajemnicą, że na okupowanych terenach głównym celem hitlerowskiej administracji była eksterminacja ludności polskiej. Było to zamierzenie wszechstronne i dalekosiężne. Polegało na eliminowaniu z życia społecznego i politycznego osób znanych ze swych patriotycznych przekonań. Przywódców i aktywniejszych członków organizacji politycznych oraz działaczy stowarzyszeń kulturalnych – społecznych izolowano. To też . wnet miejscowe więzienia zostały zapełnione wolsztyńskimi patriotami.

            Widocznie, stosowane dotychczas metody zmierzające do wyeliminowania wolsztyńskich patriotów nie zadawalały hitlerowskich oprawców skoro w mieście i we wsiach przeprowadzili łapanki, zmierzające do ujęcia, ukrywających się działaczy politycznych i społecznych .

            Dla przeprowadzenia takich akcji wybierano zazwyczaj niedzielę, gdy większość polskiego społeczeństwa przebywała w swych domach lub uczestniczyła w nabożeństwie. Taką łapankę w Wolsztynie hitlerowcy przeprowadzili w miesiącu wrześniu. Podczas niedzielnej mszy obstawili zwartym kordonem kościół, a wychodzącą z fary ludność skierowali na Rynek. Po dokonanej selekcji, kobiety, dzieci i starców –zwolniono. Pozostałych zaś mężczyzn poddano szczegółowej kontroli. Nie wiadomo jak ta akcja się zakończyła i czy hitlerowcom udało się wyłapać poszukiwanych wolsztynian. Raczej nie, bo byłoby o tym głośno.

            Podobne akcje, połączone z rewizjami , były przeprowadzane również w okolicznych wsiach, między innymi w Obrze.

            Ażeby zapewnić sobie swobodę przy tego rodzaju poczynaniach, hitlerowcy przetrzymywali stale w miejscowym więzieniu i przejściowych katowniach wyznaczoną grupę wolsztynian jako zakładników,. Byli to znani powszechnie w mieście osędziowie, urzędnicy, kupcy i nauczyciele.

            Dzisiaj wiadomo, że za tym akcjami kryła się tajna policja polityczna- ,,Gestapo”, związana ściśle z organami SS, których celem było realizowanie na okupowanych ziemiach polityki terroru i zagłady. Z inicjatywy ,,Gestapo” powołano w Wolsztynie sąd doraźny nazywany sądem ludowym, (filię Niemieckiego Trybunału Ludowego). którego celem było sądzenie, uznanych za niebezpiecznych dla III Rzeszy, polskich patriotów. Oskarżycielami zaś i katami w tych procesach byli miejscowi Niemcy, członkowie Selbschutzu.

            Ruszyła zatem machina niemieckiego wymiaru sprawiedliwości, która przy nadmiarze spraw pracowała nawet w nocy. Sądy Ludowe miały co robić, bo uzbrojone bojówki, złożone z rodzimych Niemców, wyłapywały w terenie ukrywających się działaczy organizacji politycznych i stowarzyszeń kulturalno- społecznych, dostarczały do Wolsztyna i stawiały przed obliczem hitlerowskiego prawa. Biada również tym Polakom, którzy swym sąsiadom - Niemcom w przeszłości się czymś narazili, lub okazali się nagle dla nich niewygodni. Wystarczyło fikcyjne oskarżenie, aby ich aresztowano i osadzono w budynku ,,Rafii”, przekształconym w przejściowe więzienie i katownię ,,Gestapo”, gdyż dotychczasowe miejsca izolacji pod Ratuszem , kamienicą Scholtza oraz przy ulicy Wschowskiej, aż nadto były przepełnione.

            Wyroki wydawane przez Sądy Ludowe były z góry do przewidzenia i kończyły się zazwyczaj śmiercią .Egzekucji dokonywano w godzinach rannych, wybierając do tego miejsca ustronne, zazwyczaj wśród lasów, z dala od osad ludzkich.

            Pierwszą ofiarą wśród wolsztynian skazaną przez hitlerowski wymiar sprawiedliwości był urzednik Starostwa Szymański. Egzekucji wykonano obok leśniczówki przy drodze do Ruchockiego Mlyna i tam go pogrzebano.

            Inne miejsca straceń, które udało się ustalić to położony niedaleko miasta lasek na Bielniku, Kuźnica Zbąska, Barłożnia, Gościeszyn i las ,,Winnica” koło Dąbrowy. Początkowo egzekucji dokonywano w ukryciu, zacierając wszelkie ślady. Jednak wolsztynianie o tych zbrodniach dowiadywali się niezwłocznie.

            Wiadomość o pierwszych rozstrzelanych na Bielniku dotarła do nas jeszcze w tym samym dniu, to jest 7 listopada1939. Tę przerażającą wieść przyniosła nasza mama, która w owym czasie pracowała w rozlewni wód gazowanych. Podsłuchała ona rozmowę jaką jej szef prowadził z przybyłym po towar znajomym Niemcem. Nie przypuszczając, aby któraś z obecnych tam pracownic rozumiała język niemiecki, bez skrupułów zdawał relację z przebiegu tej egzekucji . Mama doszła do wniosku, że Niemiec ten, jako dawny ,,bojówkarz” Jungdeutsche Partei a obecnie członek Selbschutzu , był bezpośrednim uczestnikiem tego morderstwa.

            W okresie późniejszym egzekucje były wykonywane w miejscach publicznych, na oczach zgromadzonej polskiej ludności. Takiej publicznej egzekucji dokonano, pod koniec grudnia 1939 roku w Tuchorzy, obok posesji St. Modera, gdzie powieszono 15 miejscowych chłopów. Po raz drugi publiczną egzekucję w tej miejscowości wykonano 9 lipca 1942 roku. W lasku ,, za torami” w odwecie za zastrzelenie miejscowego policjanta. Na szubienicy stracono 15 więźniów przywiezionych z Fortu VII w Poznaniu. Zaś w Kopanicy, 15 grudnia 1940 roku, rozstrzelano 19 członków, głównie działaczy Związku Obrony Kresów Zachodnich.

            Nieopodal tej miejscowości w Jaromierzu Starym hitlerowcy dokonali styczniu 1945 roku ostatniej na Ziemi Wolsztyńskiej zbrodni likwidując grupę 41 kobiet- więźniarek.

            Miejsca kaźni znajdujące się w sąsiedztwie miasta lub na terenie wolsztyńskiego powiatu zostały przez Komisję do Badania Zbrodni Hitlerowskich odkryte i zabezpieczone. A ileż pozostało jeszcze w naszych lasach takich miejsc, które kryją mogiły zbiorowych lub pojedynczych ofiar hitlerowskich egzekucji? Tego nikt nie wie. A ile na mieszkańcach Wolsztyna i Ziemi Wolsztyńskiej wyroków śmierci wykonano w obozach koncentracyjnych lub w więzieniach, np. w poznańskim ForcieVII? Dane te możemy określić jedynie szacunkowo.

            Wspominam o tym dlatego, gdyż w Forcie VII zginął Antoni Sturny, kierownik Szkoły Powszechnej nr 1, placówki, do której w latach 1937- 1939 uczęszczałem.

            Antoni Sturny, w tym hitlerowskim kazamacie śmierci, znalazł się na skutek doniesienia wolsztyńskich Niemców: Scholtza i Widmayera , Dotarła do nich przypadkowo wiadomość, że ten poszukiwany przez ,,Gestapo” oficer znajduje się w obozie jenieckim, Oflag II b w Arnswalde .Zatem bezzwłocznie podjęto stosowne działanie. Odnaleziony, został wyłączony z grupy polskich oficerów i jako więzień polityczny, przewieziony do Kościana, a następnie Fortu VII w Poznaniu, gdzie go stracono.

            Podobny los spotkał grupę wolsztynian związanych ze Stronnictwem Narodowym, której przewodził Józef Przybyło. Mimo grożącego niebezpieczeństwa, prowadził nadal działalność polityczną na rzecz tej organizacji. Na skutek denuncjacji, należący do powyższej grupy członkowie zostali aresztowani, osądzeni i straceni

            Represje i zesłania do obozu koncentracyjnego nie ominęły również wolsztyńskich księży, których władze hitlerowskie uznały za duchowych przywódców polskiego narodu. Dlatego postanowili ich zlikwidować.

            Pamiętam tę chwilę, kiedy dotarła do nas wiadomość, że ,,Gestapo” aresztowało dziekana Gustawa Bombickiego i wikariusza Władysława Majchrzyckiego. Ten ostatni przygotowywał mnie do I Komunii , a ponieważ spodziewał się aresztowania, przyspieszył tę uroczystość. Jednak nie zdążył . Komunia odbyła się, nie jak zwykle we farze, lecz w przyklasztornej kaplicy i bez jego udziału. Obaj księża zmarli z wycieńczenia w obozie koncentracyjnym w Dachau lub w Linzu w I942 roku.

            Nie można pominąć represji jakie władze okupacyjne stosowały wobec wolsztynian, nieraz za nieznaczne przewinienia. Pamiętam moment aresztowania p. Maniowej, mieszkanki ulicy Wschowskiej, która jednemu z konwojowanych jeńców francuskich podała kromkę chleba. Zauważył to strażnik, który wszczął natychmiast alarm. Mimo, że usiłowała zbiec na pobliski cmentarz, została ujęta i postawiona przed sądem. Ten bezzwłocznie skazał ją na osiem miesięcy odosobnienia w zakładzie karnym we Wronkach.

            Podobny los spotkał gospodynię z Mariankowa p. Binderową, którą skazano na dziewięć miesięcy pobytu w więzieniu za to, że nielegalnie, dla własnych potrzeb, wyrabiała masło.

            Wyższe kary groziły np. za nielegalny ubój lub handel mięsem. Wtedy orzekane wyroki oscylowały w granicach od 12 miesięcy do półtora roku. Zaś kary pieniężne były nakładane przy każdej nadarzającej się okazji i stawały się codziennością życia w okupowanym przez hitlerowców mieście i powiecie .

▲   do góry



Kwestia Żydowska



            W 1935 roku w Norymberdze zostały wydane przez hitlerowców rasistowskie ustawy skierowane przeciw nie aryjskiej ludności zwłaszcza Żydom, pozbawiając ich praw obywatelskich. Na ich podstawie powstała doktryna definiująca pojęcie kwestii żydowskiej, która zakładała izolację i likwidację ludności pochodzenia żydowskiego i zatarcia wszelkiego śladu po niej.

            Wolsztyńscy naziści wierni ideologii swego Fuhrera, uznali rozwiązanie kwestii żydowskiej w mieście za priorytetowe zadanie. Zatem niezwłocznie zajęli się tym problemem. W pierwszej kolejności pozbawili wolsztyńskich Żydów prawa własności. Dało to podstawy do wyrzucenia ich z zajmowanych posesji. Ponieważ w Wolsztynie nie było warunków do utworzenia żydowskiego getta znaleziono miejsce na ich izolację, w podziemiach miejskiego Ratusza. W jakich warunkach Żydzi tam wegetowali, możemy sobie jedynie wyobrazić.

            Aby Żydzi nie pozostawali bez zajęcia wykorzystano ich do sprzątania ulic i plewienia Rynku. Kiedy ta wiadomość dotarła do mnie, namówiłem swego kolegę i wspólnie udaliśmy się do centrum miasta. To co zobaczyliśmy, przeraziło nas. Kilku znajomych Żydów, a wśród nich dwaj bracia Simsonowie, klęcząc pośrodku Rynku, palcami wydłubywało z bruku zeschniętą trawę. Żal mi się ich zrobiło. Przypomniałem sobie, że nieraz dawali mi dyktę, gdy potrzebowałem jej na zajęcia szkolne.

            Na nic nie zważając , pobiegłem więc tak szybko, jak tylko było to możliwe, do domu. Wybrałem z pojemnika na narzędzia kilka długich gwoździ i po powrocie na Rynek, podrzuciłem je zmaltretowanym Żydom. Było to możliwe, ponieważ nikt ich nie pilnował.Zostali już do tego stopnia zniewoleni i upodleni, że stali się obojętni i głusi na wszystko , co wokół nich się działo. A jednak zareagowali, gdy doszedł ich dźwięk gwoździ, bo spojrzeli z wdzięcznością w moją stronę , a nawet się uśmiechnęli.

            Używając gwoździ, mieli zadanie ułatwione. Lżej im było wydłubywać zakorzenioną między kamieniami trawę, a i palce ochronili przed okaleczeniem. Jednak od tej chwili stali się bardziej czujni, a używając tych prostych narzędzi spoglądali ukradkiem w drzwi Ratusza. Jak tylko spostrzegli w nich więziennego strażnika, natychmiast chowali gwoździe do mankietów spodni.

            Tej upokarzającej pracy przyglądała się zawsze pewna grupka żądnych sensacji gapiów. Czyniąc niestosowne uwagi , nie zdawali chyba sobie sprawy z tego, że to samo może ich niebawem spotkać Najbardziej jednak oburzył mnie fakt, gdy na Rynku pojawiły się dwie kobiety z Obry. Jak się okazało to przybyły one specjalnie do Wolsztyna, aby się upewnić czy to prawda ,że ,,Simsony” Rynek plewią. Kiedy to już naocznie stwierdziły , bardzo je to rozbawiło. Nie omieszkały pod ich adresem rzucić kilku niemądrych uwag, po czym zadowolone się oddaliły. Tak! One się oddaliły, ale pozostał niesmak. Nie było tym kobietom ciężko przebyć tak daleką drogę, aby móc się, po powrocie do domu przed znajomymi, naigrawać z cudzego nieszczęścia.

            Niedługo było dane wolsztynianom oglądać to żenujące widowisko. Nadszedł taki dzień, gdy przed Ratusz zajechały pokryte brezentem auta ciężarowe, na które załadowano wolsztyńskich Żydów i pod ścisłą eskortą wywieziono z miasta.

            Dokąd ich wywieziono, tego nikt nie wie. W każdym razie daleko i na zawsze, gdyż od tej chwili wszelki słuch o nich zaginął. Nietrudno więc było hitlerowcom uporać się z zatarciem po wolsztyńskich Żydach wszelkich śladów. Zabytkową synagogę adaptowali na potrzeby kina. Zaś cmentarz przy ulicy Młyńskiej wraz z bożnicą , zlikwidowali. Do tego barbarzyńskiego czynu wykorzystano francuskich jeńców wojennych. Przy ich pomocy rozbierano zabytkowe, granitowe nagrobki, które pocięte na płyty służyły do wykładania posadzek w domach niemieckich dygnitarzy. Zaś gruz, pozostały po zburzeniu bożnicy i wykonane z piaskowca macewy zostały pokruszone, a uzyskany materiał posłużył za podsypkę, do utwardzania dróg.

            Wspominając losy tej skazanej przez hitleryzm na zagładę społeczności, wypada wspomnieć wydarzenie, jakie miało miejsce w Karnie. Przez pewien czas w obrębie tamtejszego folwarku była izolowana niewielka grupa Żydów, których wykorzystywano do czyszczenia melioracyjnych rowów. Kiedy pewnego razu jeden z Żydów doprowadzony do ostateczności odważył się zbyt ostro zareagować na nieludzkie traktowanie, - został powieszony. Jego zwłoki, złożono na wozie, który pozostali Żydzi byli zmuszeni ciągnąć z Karny na cmentarz w Tuchorzy. Tam je pogrzebano pod płotem jak padłe zwierzę bez prawa do mogiły.

W taki to sposób hitlerowcy rozwiązali w Wolsztynie i powiecie żydowski problem.

▲   do góry
 


Przymus pracy
 


            Przymus pracy zwany łagodniej obowiązkiem pracy został w mieście Wolsztynie wprowadzony rozporządzeniem: ,,o obowiązku zgłaszania się wszystkich Polaków do urzędu pracy lub biur zatrudnienia celem objęcia ewidencją”. Pierwszymi osobami, które zgłaszały się w powyższym urzędzie, a ściślej były doń doprowadzane stanowili Polacy wyłapywani na rogatkach miasta, gdy z ucieczki powracali do swych domostw. Byli to głównie mężczyźni , którym przesłuchujący funkcjonariusze Gestapo nie mogli dowieść żadnych działań sprzecznych z niemieckim prawodawstwem ani udowodnić przynależności do organizacji, które zostały uznane za niebezpieczne dla III Rzeszy.

            Większość mieszkańców Wolsztyna rozporządzenie o obowiązku rejestrowania się uznała za nieszkodliwe i dobrowolnie zgłaszała swoją gotowość do podjęcia wskazanej pracy. Podjęcie pracy w niemieckim przedsiębiorstwie lub zakładzie rzemieślniczym, poza przysługującym wynagrodzeniem, uprawniało do poboru kartek żywnościowych, bez których życie w owych czasach byłoby niemożliwe. Także gwarantowało w przyszłości pierwszeństwo przy wyborze trwałego zatrudnienia na terenie miasta.

            Z osób zarejestrowanych potworzono grupy robocze które były kierowane do pracy przy odgruzowywaniu dworca kolejowego i do usuwania pozostałości po zdetonowanych mostach.

            Wśród grupy osób pracujących w obrębie dworca kolejowego znajdował się nasz ojciec. Zatem został on już objęty ewidencją i mógł w każdej chwili zostać zatrudnionym na stałe w którymś z wolsztyńskich przedsiębiorstw. Na taką ewentualność liczył.. Najbardziej odpowiadała by mu praca na kolei.

            Kampania wrześniowa i dalsze agresywne plany Hitlera wobec pozostałych krajów Europy wymagały liczebnej armii. Toteż każdy zdolny do noszenia broni Niemiec został wcielony do wojska. Odbiło się to niekorzystnie na niemieckiej gospodarce. Obniżył się niebezpiecznie stan pracowników zatrudnionych w podstawowych gałęziach przemysłowych Rzeszy, w tym również produkujących dla potrzeb wojska.

            Lukę tę hitlerowcy postanowili wypełnić siłą roboczą pochodzącą z Polski. Dopiero co powstały Arbeitsamt rozpoczął wzmożoną agitacje w nadziei, że uda się przekonać pewną grupę wolsztynian, aby dobrowolnie zgodziła się na wyjazd do pracy w Niemczech. Kiedy ta akcja się nie powiodła, postanowiono uciec się do podstępu. Tę niechlubną rolę nałożono na Magistrat Miejski. Należy przyznać, że z tego zadania władze magistrackie wywiązały się znakomicie. Pod pozorem werbunku pracowników do stałej pracy w nowo uruchamianych zakładach w mieście, wezwano określoną grupę osób w wyznaczonym dniu i godzinie do urzędu miasta. Nie podejrzewających podstępu wolsztynian, zgromadzono w największej sali. Po sprawdzeniu obecności zakomunikowano im, że zostali zakwalifikowani do pracy, ale na terenie Niemiec. Niebawem zostaną podstawione podwody, które przewiozą ich do Kargowej, skąd już pociągami udadzą się do wyznaczonych miejscowości i zakładów położonych na terytorium Rzeszy. Z tą chwilą miejsce magistrackiego woźnego przy drzwiach zajął policjant. Policja konwojowała również tych ,,ochotników’ ’aż do miejsca przeznaczenia.

            Wśród ,,ochotników” przeznaczonych do deportacji w głąb Niemiec znajdował się również nasz ojciec. To pech, że go to spotkało. Taki ostrożny i przewidujący, a jednak pozwolił się Niemcom przechytrzyć. Trudno! Tego nie dało się przewidzieć. Od tej pory bardzo nam go brakowało.

            Za pośrednictwem p. Brychcego, który na sali jako magistracki woźny wręczał podstępnie zwabionym wolsztynianom skierowania do pracy, ojciec przekazał nam wiadomość, o tym co go spotkało. Prosił także, aby mama dostarczyła mu przybory do golenia i odzież na zmianę.

            Mama ,mimo ciosu jaki ją dotknął, szybko się opanowała. Spakowała wszystko o co ojciec prosił, dodając ze swej strony czapkę oraz ciepły sweter i niezwłocznie mu to dostarczyła. Miała szczęście, bo właśnie rozlokowywano ich na wozach.. Ojciec znalazł się w grupie osób przeznaczonych do prac polowych na folwarku.

            Był to okres zbioru ziemniaków i buraków cukrowych. Dotychczasowi, stali pracownicy zostali wcieleni do wojska. Nie było zatem możliwości, aby te prace w porę wykonać Deportowani z Wolsztyna pracownicy stanowili więc cenny nabytek. I tak nasz ojciec, zamiast na kolei, znalazł się na folwarku w Niederwitzach.

            Jednak szczęście mu sprzyjało. Długo przy pracach rolnych nie pracował. Ponieważ posiadał uprawnienia w zakresie obsługi kotłów i maszyn parowych, zatem gdy tylko miejscowy palacz gorzelniany został wcielony do wojska, zajął jego miejsce. Na tym stanowisku pracował nieprzerwanie do 5 lutego 1945 roku.

▲   do góry
 



Biologiczne niszczenie polskiego narodu




            Celem okupanta było biologiczne unicestwienie polskiego narodu. Tę politykę hitlerowcy urzeczywistniali bezpośrednio poprzez izolację najaktywniejszej części społeczeństwa w więzieniach i obozach zagłady.. Temu celowi służyło również zatrudnianie nieletnich do prac wykraczających poza ich możliwości fizyczne, przesunięcie granicy wiekowej, po osiągnięciu której można było uzyskać pozwolenie na zawarcie związku małżeńskiego. Srodkiem było również rozdzielanie małżeństw przez kierowania jednego ze współmałżonków do pracy w ośrodkach oddalonych od miejsca zamieszkania.

            Środkiem najbardziej jednak dotkliwym, powszechnie odczuwalnym było racjonowanie żywności. Temu celowi służyły kartki żywnościowe.

            Kartki żywnościowe były przydzielane przez urzędy magistrackie i sołtysów według określonej kategorii. Ta zaś była zależna od narodowości, wieku i wykonywanej pracy.

            W myśl przyjętych kryteriów kształtowała się wielkość przydziału, rodzaj, względnie kaloryczność. Najniższe pod tym względem przydziały otrzymywały osoby niepracujące, starcy i polskie dzieci.

            Przypominam sobie jak pewnego razu nasza mama, powróciwszy z miasta po zrealizowaniu takiego kartkowego, tygodniowego przydziału, rozpaczała, , jak ma te skromne ilości żywności racjonalnie rozdzielić , aby wystarczyły do następnego zakupu.

            Obojętnie jakby dzieliła i tak by nic nie zyskała. Przysługujący naszej rodzinie tygodniowy przydział chleba, tłuszczu, marmolady, mąki i cukru był tak minimalny ,że gdyby zezwoliła, to zjedlibyśmy cały ten przydział na raz i wątpię czy bylibyśmy pojedzeni . Dlatego , aby żyć i przeżyć te trudne okupacyjne czasy, należało kombinować

            Pod tym względem nasza rodzina znajdowała się wyjątkowo w korzystnej sytuacji. Wpływ na miało to, że mieszkała na peryferiach miasta, posiadała niewielką działkę i z tej racji miała wystarczającą ilość świeżych jarzyn oraz ziemniaków. Z tych płodów poza naszą korzystała także dalsza rodzina.

            Dostatek paszy zielonej pozwalał na utrzymanie kozy, królików i kur. Koza była naszą żywicielką, bo dostarczała mleka, bez którego trudno byłoby mamie wychować moje młodsze rodzeństwo. Pod tym względem rodzina nasza radziła sobie znakomicie.

            Problemem był chleb. Jak pamiętam, tego , podstawowego artykułu spożywczego w tych trudnych okupacyjnych czasach szczególnie nam brakowało. Aby temu zaradzić, nasza babcia przypomniała sobie ,jak to podczas pierwszej wojny światowej , gdy wystąpiły podobne trudności aprowizacyjne, domowym sposobem wypiekała chleb. Pomysł genialny, ale do wypieku chleba potrzebna była mąka, a ta podobnie jak inne artykuły żywnościowe podlegała reglamentacji . Zatem należało pomyśleć o zastępczym rozwiązaniu.

            W tym celu babcia udała się do Adamowa, gdzie u znajomego gospodarza zakupiła kilka kilogramów żyta. Była ta transakcja nielegalna, gdyż na rolnikach ciążył obowiązek sprzedaży jakichkolwiek nadwyżek zboża do niemieckich magazynów. Należało więc być ostrożnym, niosąc w torbie tak nielegalny towar.

            Na szczęcie babci udało się bez przeszkód dostarczyć zboże do domu. Zatem przystąpiła bezzwłocznie do jego przetwórstwa. W młynku do mielenia kawy rozpoczęła przemiał zakupionego żyta. Szło jej to bardzo powoli i chociaż starałem się jej w tym mieleniu dopomóc, to po kilku godzinach takiej żmudnej pracy otrzymaliśmy nieznaczną ilość wątpliwego gatunku mąki, wyglądem przypominającą śrutę. Doszliśmy również do wniosku, że przy użyciu takiego urządzenia nie będziemy wstanie uzyskać wystarczającej ilości surowca a otrzymana śruta nie bardzo nadaje się do wypieku, babcia postanowiła skorzystać z innego sposobu produkcji

            Określoną ilość żyta zalewała wrzącą wodą, a po napęcznieniu przepuszczała przez maszynkę domielenia mięsa. Czynność tę powtarzała kilkakrotnie, aż uzyskała ciągnącą się kleistą masę. Tę po wymieszaniu z uzyskaną uprzednio śrutą i dodatkiem drożdży rozkładała na blachy i wstawiała do nagrzanego piekarnika. Wypiek trwał stosunkowo długo, a uzyskany produkt ani wyglądem, ani smakiem nie przypominał tak pożądanego chleba.

            Pierwszy skosztowałem tego babcinego wypieku. W smaku był podobny do zakalca, może więcej gąbczasty, więc z pogryzieniem nie było problemu. O dziwo, po zjedzeniu bardzo szybko odczuwało się sytość. Gorzej było później, kiedy żołądek stawał się jakiś ciężki i zaczęło odczuwać się dolegliwości oraz bóle ,aż wreszcie nastąpiły wymioty. Dobrze, że się to tylko tak zakończyło.

            Chlebo-placek, w którego wyprodukowanie nasza babcia włożyła tyle zachodu, pracy i serca, zamiast uzupełnić brak upragnionego chleba, został przeznaczony na paszę dla kurek.

            To niepowodzenie wcale nie zniechęciło naszej babci do wypróbowania jeszcze innych zastępujących chleb, wypieków. Tym razem wykorzystała ziemniaki.

            Ziemniaków było pod dostatkiem, więc serwowano je w najrozmaitszym wydaniu. Najczęściej były to placki ziemniaczane czyli ,,plince”, do których pieczenia wykorzystywano olej roślinny lniany lub rzepakowy . W wielu przypadkach z masy ziemniaczanej po dodaniu mąki, jajek i drożdży próbowano wypiekać cos zbliżonego do grubego ziemniaczanego placka. Ponieważ tego rodzaju wypiek, wymagał dłuższego czasu i częstszego przekładania ,dlatego ten ,,umęczony” placek nazywaliśmy, –męczennikiem.. Wiadomo, że tego rodzaju pokarmy mogły spożywać wyłącznie osoby o bardzo zdrowych żołądkach. W żadnym wypadku nie należało nimi karmić dzieci i osób cierpiących na schorzenia układu pokarmowego. Na szczęście nasza rodzina na tego rodzaju dolegliwości nie cierpiała.

            Dzięki różnym nowatorskim pomysłom naszej babci, nie zaznaliśmy głodu, Tak było w naszej rodzinie A jak sobie z tymi problemami, w tych trudnych okupacyjnych czasach, radzili pozostali wolsztynianie, którzy nie mieli możliwości, ani pomysłu na to, jak je rozwiązać To tylko im było wiadome?

▲   do góry

 


Życie towarzyskie pod okupacją



            Zastosowanie polityki eksterminacyjnej wobec ludności podbitej pozwoliło hitlerowcom poważnie zmniejszyć polską społeczność w Wolsztynie. Na skutek masowych wysiedleń unicestwiona została miejscowa inteligencją. Z tej racji w mieście zamarło życie kulturalne, a sławne przedwojenne spotkania towarzyskie zostały ograniczone do ścisłego grona najbliższych przyjaciół. Zakazana została wszelka działalność kulturalno – społeczna. Dla Polaków zamknięte zostały popularne w mieście kąpieliska i plaże jak: ,,Świtezianka ,,Oaza’’ i ,, Szczetka oraz stadion sportowy. Zamarło także życie kulturalno - społeczne w takich ośrodkach jak:, ,Strzelnica’’, ,,Grand Hotel’ czy ,,Bielnik’. Wszędzie widniały tablice informujące:,, Nur fuhr Deutsche’’ albo,, Fuhr Polen eintritt verboten’’.

            Mimo obostrzeń i zakazów życie towarzyskie wśród ludności polskiej całkowicie nie zamarło. Wolsztynianie nadal odwiedzali się z okazji jubileuszy czy imienin, jednak bez wystawnych przyjęć, w zaciszu domowym, przy udziale członków najbliższej rodziny lub sprawdzonych przyjaciół. Podczas takich spotkań opowiadano kawały, przekazywano najświeższe wiadomości polityczne i plotkowano.

            Kogo nie stać było na organizowanie spotkań towarzyskich, lub nie posiadał ku temu odpowiednich warunków, organizował wypady za miasto, w miejsca zaciszne, wolne od wglądu Niemców .Najczęściej dla dłuższych spacerów wybierano drogę w kierunku Powodowa, Adamowa, Karpicka czy Tłoków. Osoby mniej sprawne fizycznie, w podeszłym wieku i kochające przyrodę oraz rodziny z małymi dziećmi, można było spotkać na biwakach, w lasku obok ,,Bielnika”, w cieniu sędziwych brzóz przy drodze do Tłoków lub na tak zwanych ,,komorowskich dołach’’.

            ,,Doły’’, to po prostu podłużne w kształcie szerokich rowów zagłębienia, w których niegdyś kiszono liście buraczane na paszę dla folwarcznego bydła. Teraz już do niczego nieprzydatne, były jedynie eksploatowane przez zdunów celem pozyskiwania iłu, niezbędnego do budowy pieców. Ze względu na .nieznaczną głębokość i bezpieczną odległość od drogi, ,,doły’’ były wymarzonym miejscem zabaw dla dzieci, które pod okiem wypoczywających rodziców, mogły bezpiecznie oddawać się ulubionym rozrywkom.

            Muszę przyznać , że tereny te w pewnym okresie były również dla mnie i moich kolegów atrakcyjne, dlatego tam spędziłem wiele beztroskich chwil.

            Przy drodze do Tłoków, zaraz za zdewastowanym przez hitlerowców żydowskim cmentarzem znajdowało się miejsce, które ze względu na rosnące tam drzewo określaliśmy ,, pod wiśnią ’’. Pod tym pospolitym owocowym drzewem, nijak nie przystającym do rosnących wokół brzóz, miejsce dla swoich spotkań obrali sobie dwaj wolsztyńscy muzykanci: dudziarz p.Wawrzynowicz i skrzypek p. Czarnecki. W każde letnie, niedzielne popołudnie, jak tylko aura na to zezwalała, można ich było zastać na tym miejscu, wygrywających i śpiewających skoczne, ludowe przyśpiewki. Tego rodzaju ,,koncerty’’ stawały się atrakcją, więc przyciągały coraz więcej, wrażliwych na muzykę wolsztynian. Mając takie ,, audytorium’’ , nasi rodzimi muzykanci starali się zadowolić jego upodobania. Tym głośniej i odważniej śpiewali, im bardziej obniżał się poziom ,,płynu’’ w przykrytej kapeluszem butelce.

            Nie przypominam już sobie od jakiego czasu te niedzielne koncerty zamilkły. Stało się to zapewne z chwilą aresztowania naszego znakomitego dudziarza. Zginął , jak wielu wolsztynian, w obozie koncentracyjnym. Skrzypek zaś zmarł w sierpniu 1951 roku. w miejscowym szpitalu.

            Popularnym miejscem dostępnym dla ludności polskiej były także tereny nad jeziorem w Karpicku. Łagodny , trawiasty stok, częściowo ocieniony przez rosnące tam drzewa i krzewy oraz bezpośredni dostęp do wody, w letnie upalne dni przyciągał całe rzesze wolsztynian. Tu można było, z dala od obecności Niemców, zażywać do woli kąpieli słonecznej i chłodzić swe ciało w przejrzystej wodzie jeziora.

            W okresie zimy stok ten bywał również wykorzystywany przez dzieci i dorosłych do uprawiania sportów zimowych, głównie saneczkowania. Zamarznięta zaś tafla jeziora umożliwiała organizowanie spacerów na wyspę oraz w kierunku, Bielnika czy ,,Kaffenbergu’’.

            We wszystkich dostępnych dla Polaków miejscach nie brakowało członków naszej rodziny. Ponadto rodzina nasza urządzała piesze wycieczki do krewniaków mieszkających w Siedlcu i Obrze. Wypady te sprawiały mi zawsze ogromną radość i przyjemność, gdyż wiązały się ze spotkaniem z moim kuzynostwem.

            W pamięci mojej szczególnie trwale zachowała się rodzinna wycieczka piesza do Obry. Bratanica mamy, a moja kuzynka Mania przystępowała do I Komunii. Św. Z tej okazji urządzono okolicznościowe przyjęcie, w którym uczestniczyła cała nasza rodzina. Miało to miejsce 22 czerwca 1941 roku. Data szczególna, łatwa do zapamiętania, gdyż jest związana z ważnym wydarzeniem politycznym.

            Kiedy zbliżaliśmy się do Krutli , spotkaliśmy wujka Stasia , który na rowerze udawał się do Wolsztyna. Od niego dowiedzieliśmy się, że wczesnym rankiem Niemcy napadły na Związek Radziecki. Wiadomość tę przekazywał nam z ogromnym przejęciem i podnieceniem. Z takiej jego spontanicznej reakcji odniosłem wrażenie, że zaistniały fakt mój wujek poczytywał za wydarzenie zasadnicze. W jego mniemaniu konflikt zbrojny ze Związkiem Radzieckim otwarł końcowy rozdział w dziejach wojny. Przyspieszy to klęskę Niemiec i upadek Hitlera.

Przewidywania te się potwierdziły.

▲   do góry
 

 

A K C J A   W Y S I E D L E Ń C Z A

 

Niemieckie „porządki”

 

            Jedną z form eksterminacyjnej polityki hitlerowskiego okupanta w stosunku do podbitej ludności polskiej była akcja wywłaszczeniowa. Wywłaszczenie czyli przymusowe pozbawienie dotychczasowego właściciela jego nieruchomości dokonywane było w trybie konfiskaty mienia i wiązało się z wysiedleniem.

            Pierwsza tego rodzaju masowa akcja miała miejsce w Wolsztynie i powiecie pod koniec listopada 1939 roku. W okresie tym wysiedleniem objęci zostali wszyscy wolsztyńscy przedsiębiorcy i kupcy, wyżsi urzędnicy Starostwa i Magistratu, służby mundurowe oraz znaczna część znanych ze swych patriotycznych przekonań, rzemieślników i nauczycieli.

            Każdorazowa akcja wysiedleńcza, przeprowadzana zarówno w mieście jak i w terenie, była okryta ścisłą tajemnicą. Przeprowadzano ją równocześnie w wielu punktach, w wyznaczonym dniu, we wczesnych godzinach rannych.

            Zaplanowane przez niemiecką administrację, na tak masową skalę, przedsięwzięcie wymagało mobilizacji znacznej ilości osób, a po wsiach również przygotowania podwodów. W takim przypadku służby policyjno-administracyjne były wspomagane, przez usłużne, jak zwykle, oddziały SA.

            Przeprowadzana w listopadzie akcja wysiedleńcza była szczególnie okrutna i brutalna. Pozbawieni całego dorobku życiowego wysiedleni Wolsztynianie z niewielkim bagażem podręcznym konwojowani byli przez uzbrojonych żandarmów i członków SA do obozu w Komorowie k/Wolsztyna.

W obozie tym byli przetrzymywani do 5 grudnia.

            W tym pamiętnym dniu ( tj. 5 grudnia 1939r. ), we wczesnych godzinach rannych, na bocznicę wolsztyńskiego dworca podstawiony został pociąg złożony z wagonów przeznaczonych do przewozu bydła. Kilka godzin później, w mieście, zaroiło się od umundurowanych członków SA. Na zszokowanych niedawnymi wydarzeniami mieszkańców padł paniczny strach -  „Będą znowu wysiedlać” -przekazywali sobie tę niepewną wieść strwożeni Wolsztynianie.

            Sytuacja wyjaśniła się, gdy umundurowane oddziały obstawiły zwartym kordonem plac Kościuszki oraz ulicę Gajewskich i Strzelecką.

            Jako dziesięcioletni chłopak, jak zwykle wszystkiego ciekaw, przedostałem się niepostrzeżony pod sam plac Kościuszki. Również wielu Polaków z zaciekawieniem przyglądało się, temu niecodziennemu szpalerowi, zadając sobie pytanie, do czego ma on służyć?

            Niebawem rozniosła się wieść i wszyscy dowiedzieli się, że tym niezwykłym szpalerem żandarmi pędzą z Komorowa na stację kolejową wysiedlonych Wolsztynian.

            Potwierdzeniem tego był potężniejący z każdą chwilą gwar, okrzyki, nawoływania, głośny lament i płacz. Wzmogło się również podniecenie wśród tworzących szpaler Niemców. Stali się agresywni i zaczęli brutalnie usuwać znajdujących się w pobliżu Polaków.

            W trosce o własne bezpieczeństwo, usunąłem się dyskretnie w głąb ulicy Lipowej. Tam zastałem strwożoną grupę mieszkańców, a wśród nich ciocię Franię z całą jej rodziną. Po chwili ukazał się naszym oczom przerażający widok.

            Obarczony walizkami, plecakami i pękatymi workami, popędzany przez uzbrojonych żandarmów, przemieszczał się tłum znanych wolsztyńskich obywateli. Zrezygnowani, zobojętniali rozglądali się na boki, a nuż zobaczą znajomą osobę, poprzez którą będą mogli przekazać wiadomość swoim najbliższym o tym, co ich spotkało. Temu smutnemu, niekończącemu się orszakowi towarzyszył płacz oraz ściszone przekleństwa, przyglądających się z oddali, zdesperowanych Wolsztynian. Przecież wśród deportowanych, nie wiadomo dokąd wysiedleńców, rozpoznawano swoich najbliższych, do których nie można było się zbliżyć, aby ulżyć im w niedoli.

            Mimo grożącego niebezpieczeństwa, wśród stojących mieszkańców ulicy Lipowej można było usłyszeć pomruki oburzenia i nienawiści dla okupanta a nawet spontaniczne wybuchy protestu. Gdyby groźby i złorzeczenia, które pod adresem Hitlera i jego oprawców wykrzykiwała jedna ze zgromadzonych tam mieszkanek, dotarły jakimś trafem do Niemców, to nie oglądałaby ona już nigdy tego świata.

            W podobny sposób na barbarzyńską nieprawość, reagowała większość miejscowych Polaków. Tego rodzaju odczucie utrwaliło się również w mojej świadomości.

            Pierwsze, szczątkowe wiadomości o dalszych losach wysiedlonych, dotarły do Wolsztyna około Świąt Bożego Narodzenia. Z listów i kartek pocztowych przesyłanych do krewnych, przyjaciół i znajomych dowiedzieliśmy się, że wysiedleni Wolsztynianie zostali deportowani w głąb Generalnej Guberni w okolice Siedlec i Sokołowa Podlaskiego, gdzie zostali porzuceni i sami musieli zadbać o własny los, o szansę przeżycia.

            Do domów i mieszkań wysiedlanych Wolsztynian wprowadzono osadników niemieckiego pochodzenia: z Rumunii, Besarabii, Słowenii i krajów nadbałtyckich.  

            Akcja wysiedleńcza była również kontynuowana w latach 1940 – 1941.

Wysiedlanych w tym okresie mieszkańców Wolsztyna wraz z całymi rodzinami wywożono, nie do Generalnej Guberni, a w głąb Niemiec, do rejonów przemysłowych, w których, na skutek przedłużającej się wojny, wzmogło się zapotrzebowanie na stałą, tanią siłę roboczą. Tam wszyscy objęci obowiązkiem pracy byli zatrudniani w zakładach zbrojeniowych, w przemyśle wydobywczym i przetwórstwie, w komunikacji i transporcie, w budownictwie, a w okresie masowych bombardowań przy odgruzowywaniu miast i zakładów.

            O spowolnieniu akcji wysiedleńczej w mieście niewątpliwie zadecydowały czynniki ekonomiczne. W Wolsztynie, bowiem rozpoczęto budowę dużych zakładów drzewnych przez firmę „Hoyer-Holzbau”, w związku z czym wzrosło, tu na miejscu, zapotrzebowanie na stałą siłę roboczą. Odtąd każdy, kto podjął wskazaną przez Arbeitsamt pracę w niemieckim, przedsiębiorstwie, czuł się bezpiecznym - chociaż nie tak do końca!

            Znane są mi przypadki, że również i ta grupa pracowników była eksmitowana ze swoich domów lub okazalszych mieszkań do lokali zastępczych na peryferiach miasta lub okolicznych wioskach.

            Rodziny w skład których wchodzili członkowie w podeszłym wieku, którzy nie posiadali już stałego zatrudnienia w obrębie miasta lub najbliższej okolicy oraz dzieci, były eksmitowane do najbardziej oddalonych zakątków powiatu. Te kryteria pasowały, jak ulał, do naszej rodziny.

            Jedynym zdolnym do podjęcia pracy mógł być nasz ojciec, którego jednak przy nas nie było, gdyż pierwszym  transportem został deportowany w głąb Niemiec do przymusowej pracy. Babcia, osoba w podeszłym wieku, obowiązkowi pracy już nie podlegała. Dotyczyło to również naszej mamy, która i tak miała wystarczająco dużo pracy, opiekując się trójką małoletnich dzieci.

            Rodzice moi posiadali wzniesiony tuż przed wojną przy ulicy Nowej, własny domek, w którym dotychczas zamieszkiwaliśmy. Trwało to do czasu zakończenia budowy zakładów drzewnych nazywanych powszechnie „Hoyerem”. Do uruchomienia produkcji i jej nadzoru sprowadzono z głębi Niemiec, wraz z rodzinami, znaczną grupę inżynieryjno-techniczną. Dla jej zakwaterowania władze miasta przeznaczyły domy jednorodzinne usytuowane przy ulicy Nowej, Polnej i Krętej. Toteż niebawem wysiedlono z tych domów wszystkich polskich właścicieli, wprowadzając na ich miejsce rodziny „hoyerowskich” fachowców.

         Przy ulicy Nowej, w rękach polskiego właściciela, ostał się jeszcze tylko nasz domek. Wiadomym było, że przy kolejnym napływie niemieckich pracowników los nasz zostanie przesądzony.

         Nie trzeba było na to długo czekać.

▲   do góry

 

Pozbawieni ojcowizny

 

            Pod koniec stycznia 1942 roku, niespodziewanie naszą rodzinę odwiedził  magistracki urzędnik. Mamy nie było wtedy w domu, a babcia krzątała się gdzieś po obejściu. Urzędnik spojrzał na nas, bawiących się przy stole wycinanymi z kartonu niemieckimi żołnierzykami, burknął coś po niemiecku, a nie uzyskawszy odpowiedzi, zabrał się skwapliwie do penetracji mieszkania. Na początku obejrzał izby, potem zajrzał do piwnicy i na strych,  odnotował coś pospiesznie w notesie i wyszedł tak nagle, jak przybył.

            Oddalającego się urzędnika zauważyła babcia, która później starała się od nas wydobyć: kto to był, o co pytał i czego chciał? Niewiele na ten temat mogliśmy jej powiedzieć. Ale te nieprzypadkowe odwiedziny niemieckiego urzędnika zasiały u niej duży niepokój. Czy to nie ma czasem związku z wysiedleniem?

            Obawy babci potwierdziła mama, gdy powróciła z zakupów. Podsłuchała ona w sklepie szokującą wiadomość, że oto do Wolsztyna przybywa kolejna grupa rodzin, których członkowie już pracują w nowo uruchomionych zakładach „Hoyera” Dla nich Magistrat pospiesznie szuka stosownych mieszkań, a to z pewnością wiąże się z falą kolejnych wysiedleń. Zatem wyjaśniło się, jaki cel przyświecał niepożądanej wizycie urzędnika. Należało więc być przygotowanym na najgorsze.

            Nasza babcia - kobieta przezorna - aby nie dać się zaskoczyć, przygotowała zawczasu worki, do których zamocowała kartonowe plakietki z adresem. Na noc zaś, pośrodku stołu, stawiała gromnicę, a obok kładła zapałki. Gromnica, mimo że wiąże się z symboliką kościelną, w przypadkach losowych stanowiła również awaryjne źródło światła.

            Dla większości Wolsztynian, powszechnie używanym źródłem światła, również i naszym, była lampa naftowa. W okresie okupacji zakup nafty, podobnie jak  opału, był limitowany, a otrzymany przydział wystarczał jedynie na ograniczony czas. Toteż w długie jesienno-zimowe wieczory oszczędzało się nafty i węgla, chodząc bardzo wcześnie spać.

            Sam nigdy nie miałem problemu z zasypianiem. Gorzej było z moim młodszym rodzeństwem, które podczas dnia wysypiało się do woli, więc trudno było je skłonić , aby z chwilą zapadnięcia zmroku, na życzenie, zasypiali. Toteż najczęściej, bardzo długo marudzili, nie pozwalając zasnąć pozostałym członkom rodziny.

            Tak też było tej pamiętnej nocy. Nasze maleństwa były wtedy wyjątkowo niesforne. Gdy wreszcie, znużone, posnęły i pokój zaległa upragniona cisza,  ogarnęła mnie błoga senność.

            Nie wiem, jak długo spałem, przebudził mnie jakiś głuchy łomot, gwar, rozmowy i tupot podkutych butów. Kiedy oprzytomniałem, mama już była na nogach. W wielkim zdenerwowaniu szukała zapałek, które z przyzwyczajenia zawsze kładła na stoliku w pobliżu łóżka. Wtedy jednak nie mogła ich znaleźć. Hałas narastał, a kiedy wreszcie mamie udało się zapalić lampę naftową, dał się słyszećgromki, rozkazujący, głos: „Aufmachen, sofort aufmachen”. Kiedy zdenerwowanej mamie udało się spełnić złowieszczy rozkaz, w drzwiach ukazała się rosła postać niemieckiego żandarma, który bez żadnego wyjaśnienia, wtargnął do mieszkania, powęszył po izbie, poczym wyjął z aktówki jakąś listę, popatrzył z góry na nas przestraszonych i przystąpił do rutynowych czynności. Najpierw ustalił naszą tożsamość, po czym stanowczym tonem oznajmił, że musimy natychmiast opuścić ten dom i jesteśmy wyeksmitowani do miejscowości Marienhein. Wolno nam zabrać jedynie odzież i najniezbędniejsze przedmioty, a na to pozostanie nam trzydzieści minut czasu. Po tych słowach skierował się ku drzwiom i wyszedł.

            Wychodząc z kuchni, potknął się o próg, a czubkiem hełmu zaczepił o górną obudowę drzwi. W rezultacie, tak charakterystyczne dla niemieckiego żandarma, nakrycie głowy znalazło się niespodziewanie na jego ramieniu. Już miał coś niestosownego z siebie wyrzucić, gdy wzrok jego zatrzymał się na komodzie gdzie porozstawiane były pamiątkowe zdjęcia. Zwłaszcza, zaintrygowało go zdjęcie oficera niemieckiej gwardii cesarskiej w galowym mundurze. “Kto to jest?” - zapytał - zdumiony. Mama milczała nie mogąc jeszcze ochłonąć po tym, co przed chwilą usłyszała, więc z odpowiedzią pospieszyła babcia, wyjaśniając, że zdjęcie przedstawia jej syna , który poległ w 1916 roku w bitwie pod Verdun.

            Widocznie to, co usłyszał, nie bardzo do niego dotarło, bo z niedowierzaniem raz jeszcze popatrzył na zdjęcie i na nas przestraszonych, poczym, udał się pospiesznie na podwórko, gdzie na niego  oczekiwał kolega.

            Tymczasem mama zdążyła już ochłonąć, a mimo to wszystko nadal leciało jej z rąk. Nie wiadomo było od czego zacząć. Czy najpierw przebudzić dzieci i je nakarmić, czy rozpocząć pakowanie?

            Mnie to nie dotyczyło. Byłem na tyle już samodzielny, że sam zadbałem o siebie i swój dobytek. Gorzej było z moim młodszym rodzeństwem. Mamie z trudem udało się je zbudzić, co nie obeszło się bez płaczu i zrzędzenia. Jak rozespanym maluchom wytłumaczyć, co nas spotkało?, dlaczego ich się tak wcześnie budzi i dlaczego wszyscy są tacy podenerwowani?

            Najbardziej z nas opanowaną, odporną na stres, okazała się nasza babcia. Ona to przejęła inicjatywę i zadecydowała, aby mama zajęła się dziećmi, spróbowała je nakarmić a przede wszystkim ciepło przyodziać. Powinna również przyrządzić pożywienie dla nas na drogę. Przecież nie wiedzieliśmy, ile czasu zajmie nam podróż i czego na nowym miejscu możemy oczekiwać.

            Wymieniona przez żandarma nazwa miejscowości, do której mieliśmy być deportowani, nic nam nie mówiła. Zapytać się go, gdzie ta miejscowość się znajduje, nikt z nas nie miał odwagi. Czy jest ona położona na terenie Polski czy  w Niemczech? Ta niepewność dręczyła mamę najbardziej. Tak czy owak trzeba było liczyć się z najgorszym.

            Zgodnie z postanowieniem babci mnie wypadło pomagać mamie przy pakowaniu odzieży i sprzętów. Upychałem więc do worków jak popadło: - pierzyny, pościel, odzież. Szło to jednak bardzo opornie, a czas uciekał.

            Jeszcze nie uporaliśmy się z połową rzeczy, gdy dobiegł nas odgłos kół wozów.

            To nadjechały podwody. Ile ich było, nie sprawdziłem. Jeden z wozów zatrzymał się przed naszym domem. Wiadomo, że był przeznaczony dla nas i naszego skromnego dobytku. Przez uchylone drzwi docierały odgłosy rozmowy. Po chwili ukazał się w drzwiach znajomy żandarm, a za nim zarysowała się sylwetka barczystego mężczyzny. W nikłym świetle migocącej lampy postać ta wydała się jakąś znajoma i nie myliłem się. Był to powszechnie znany i szanowany rybak Ksawery Pluczak, który obok rybołówstwa, prowadził w Karpicku niewielkie gospodarstwo rolne. Jego to, między innymi, władze magistrackie wyznaczyły w tym dniu do transportu wysiedlonych  mieszkańców miasta.

            Od P.Pluczaka dowiedzieliśmy się, że miejscem naszej deportacji jest wieś Mariankowo położona wśród lasów na krańcu powiatu i jak dobrze pójdzie, to tam dojedziemy w godzinach popołudniowych. To jednak w niczym nie złagodziło naszego ponurego nastroju.

            Pocieszeniem natomiast mógł być wobec nas zadziwiająco przyjazny stosunek niemieckiego żandarma. Dziwne, co go tak nagle odmieniło? Czas przeznaczony na naszą eksmisję już dawno minął, a on nie ponagla? Przeciwnie, najwyraźniej nadal był zaintrygowany zdjęciem cesarskiego oficera i tym, co na ten temat usłyszał od naszej babci.

            Tym razem do rozmowy włączyła się mama. Od niej dowiedział się, że jej rodzina mieszkała na terenie Westfalii i tam ukończyła szkołę i spędziła dzieciństwo, i że tam nadal mieszkają jej krewni. To wyjaśniło mu po części doskonałą znajomość przez mamę i babcią języka niemieckiego. Na zapytanie, co skłoniło jej rodziców, że znaleźli się w tym mieście, otrzymał przekonywującą odpowiedź. Stało się tak dlatego, że rodzice jej nie przyjęli niemieckiego obywatelstwa, gdyż byli Polakami. Zatem skoro dotarła do nich wiadomość, że powstała Polska,  bezzwłocznie powrócili do kraju, w swoje rodzinne strony.

         Tak więc, zdążyliśmy bez nadmiernego zdenerwowania i pośpiechu spakować swój dobytek i umieścić go na wozie. Obok worków i podręcznego sprzętu na wozie ulokowano mamę z młodszymi dziećmi. Ja z babcią, aby nie obciążać już tak nadmiernie przeładowanego pojazdu, szliśmy piechotą.

          Przez nieludzkie prawo i barbarzyńską ideologię zostaliśmy zmuszeni do opuszczenia własnego domu, w którym przeżyliśmy tyle przyjemnych chwil, do porzucenia środowiska, gdzie znany był każdy zakątek, ulica, drzewo, a nawet przydrożny kamień, gdzie pozostali koledzy, z którymi chodziło się do szkoły i kopało szmacianą piłkę. To wszystko minęło bezpowrotnie.

         Nie trudno również odgadnąć, co wtedy odczuwały moja mama i babcia, gdy po raz ostatni spojrzenie ich padało na opuszczony dom. Przecież w nim tkwił dorobek całego życia moich rodziców i dziadków.

         Trudno było i mnie opanować wzruszenie, gdy usłyszałem zgrzyt obracanego w zamku klucza, który po tym znalazł się w kieszeni niemieckiego żandarma. Czy wówczas dotarło do jego świadomości to, co się przed chwilą wydarzyło? Czy zauważył sprzeczność między tym, co usłyszał od mojej mamy, a niechlubną “misją” jaką przyszło mu wypełnić? To już pozostanie zagadką.

         Szarzało, kiedy opuszczaliśmy Wolsztyn, kierując się szosą wzdłuż parku

w kierunku Karpicka. Koń, szkapina mizerna z trudem radził sobie z przeciążonym wozem, turlającym się po nierównym bruku tzw. „kocich łbach”.

         Obok wozu, trzymając się kłonicy, ociężale kroczył pan Pluczak. Za wozem podążała moja babcia, niewiasta zaawansowana już wiekowo. Wiadomo było, że długo tak nie wytrzyma i będzie zmuszona przysiąść się na wóz. Na razie trzymając się rozwory starała się dorównać kroku koniowi. Ja zaś szedłem w pewnym oddaleniu od wozu, poboczem drogi. Zadanie miałem utrudnione, gdyż taszczyłem dosyć ciężki jak na swój wiek tornister wyładowany ulubionymi książkami, przyborami szkolnymi i innymi, nie wiadomo do czego przydatnymi rzeczami. Za mną zaś podążał niestrudzenie żandarm, prowadząc rower z przytroczonym do ramy karabinem.

         Za Karpickiem skręciliśmy w lewo, w drogę polną, wyboistą, wiodącą do Ruchockiego Młyna. Dotąd droga była mi znana. Nieraz do tego malowniczego zakątka, pod koniec roku szkolnego odbywaliśmy z naszym wychowawcą piesze wycieczki. Dalej jednak już zaczynała się dla mnie “ziemia nieznana”. Z trwogą więc patrzyłem przed siebie, w tę ciemną, bezkresną dal, zamkniętą zewsząd lasem. Kiedy już zwątpiłem, czy uda mi się doczekać końca tego monotonnego krajobrazu, na horyzoncie zamajaczyła jasna, rozległa przestrzeń. Przed nami ukazała się wieś Tuchorza Nowa.

         Kiedy mijaliśmy pierwsze zabudowania, zza chmur wyjrzało słońce. Wtedy dotarło do mnie, że mamy dzień 2 lutego, Święto Matki Boskiej Gromnicznej. Przypomniałem sobie wówczas powtarzane nieraz przez moją babcię ludowe porzekadło „Gdy M.B. Gromniczna zaświeci, to wilk od zagrody do lasu poleci”.

         Las już był, zagroda była i słońce świeciło, tylko wilka brakowało. Może to był wilk ten w mundurze, który krok w krok za nami podążał? Chyba nieco przesadziłem z tym porównaniem żandarma do wilka. Może on nie był aż tak zły, gdyż już raz okazał nam ludzkie uczucie.

         Na leśnej drodze kałuże były zamarznięte. Teraz pod wpływem słońca powstawały rozległe bajora. Skrzypiące podejrzanie od pewnego czasu, tylne prawe koło niespodziewanie rozsypało się. Skutek był opłakany. Część sprzętów zsunęła się z wozu i pospadała w błoto. Spotkało to również moją mamę, która z dziećmi na kolanach znienacka znalazła się na ziemi. Mamie i dzieciom na szczęście nic się nie stało. Gorzej było z kołem, które nie nadawało się już do dalszego użytku. Zaszła zatem konieczność poszukania koła zastępczego.

         W tym celu woźnica udał się bezzwłocznie do najbliższego gospodarza. Oprócz koła, należało przyprowadzić kilku mężczyzn, którzy by pomogli podnieść wóz z ziemi i przysposobić go do dalszej drogi.

         Czas uciekał, ziąb zaczynał nam doskwierać, a naszego woźnicy nie było widać. Kiedy wreszcie powrócił, zdesperowany, bez koła i ludzi, do akcji wkroczył nasz żandarm. Udali się ponownie do tych samych gospodarzy. Nie wiem jakich argumentów użyto, ale to na pewno dzięki żandarmowi, udało się zdobyć potrzebne koło i sprowadzić niezbędnych ludzi.

         Dalsza droga wiodła wśród pól i rosochatych wierzb. Wszędzie wyboje

i pełno błota. Z tej to przyczyny droga stawała się niezmiernie uciążliwa. W błocie grzęzły nie tylko koła, ale i nasze stopy. Na szczęście nie trwało to zbyt długo.

         Przed nami kolejna wieś Boruja. Tu, od napotkanego przechodnia, nasz woźnica dowiedział się, że do Mariankowa jest już niedaleko i że około południa do tej wsi eskortowano jakąś wysiedloną rodzinę.

         Bezzwłocznie ruszamy w dalszą drogę. Przed nami niewielki las, a za lasem otwarta przestrzeń, na której rozłożyła się wieś Mariankowo. Jaka ulga, że to już koniec naszej mordęgi. Przebyte kilometry, niedospana noc i obolałe stopy dawały się we znaki.

         Przy pierwszych zabudowaniach zarządzono postój. Nasz nieodłączny żandarm na krótko oddalił się i zniknął za zwartym opłotowaniem najbliższego gospodarstwa. Po chwili powrócił w towarzystwie niemłodej kobiety, która mu coś z przejęciem tłumaczyła, a ręką wskazywała kierunek. Wysłuchawszy jej uważnie, wsiadł pospiesznie na rower i udał się we wskazanym kierunku.

         Kobieta, którą przed chwilą poznaliśmy była Polką, żoną miejscowego gospodarza, przed którego domem się zatrzymaliśmy. Ona nas poinformowała, że konwojujący nas żandarm udał się po sołtysa.

         Pani Kozłowa, bo tak brzmiało nazwisko naszej rozmówczyni, okazała się kobietą wyrozumiałą, współczującą naszej niedoli, a szczególnie wiele troski okazała dzieciom. Zaprosiła nas do domu, poczęstowała kawą zbożową, a dla dzieci przygotowała po kubku ciepłego mleka. Ona to poinformowała nas, że przywieziona do tej wsi rodzina pochodzi także z Wolsztyna.

Kto to może być?, nie dawało mi od tej chwili spokoju.

         Niebawem powrócił nasz żandarm w towarzystwie sołtysa. Ten ostatni przejął od razu inicjatywę. Obejrzał nas pobieżnie, uśmiechnął się zagadkowo pod rozłożystym wąsem, po czym skierował nasz wóz na podwórze sąsiedniego gospodarstwa.

         Nadciągał zmierzch, więc należało pospieszyć się z  rozładunkiem. Przecież naszego woźnicę czekała daleka droga powrotna.

         Najbardziej pilno było naszemu żandarmowi. Wyjął z aktówki jakieś dokumenty, które pospiesznie wręczył sołtysowi. Następnie pożegnał się z nim, do babci skinął głową, wsiadł na rower i wkrótce zniknął za zakrętem.

         Cały nasz dobytek został pospiesznie złożony do sieni. Po czym usłyszeliśmy głośne do widzenia i turkot oddalającego się wozu.

         Również sołtys, dopełniwszy swoich formalności, też się niepostrzeżenie oddalił. Zostaliśmy więc sami z porozrzucanymi tobołkami, nie wiedząc co dalej robić.

         Niebawem się ściemniło, dlatego w pierwszej kolejności należało przygotować posłanie, aby ułożyć do snu dzieci. Przydałoby się przyrządzić coś do jedzenia. Przecież cały dzień nie mieliśmy nic konkretnego w ustach. Piec był, ale jak stwierdzić czy jest sprawny gdy nie ma w nim czym rozpalić.

         Wtedy mogłem przekonać się naocznie, co to znaczy polska solidarność.

            Gdy zrozpaczona mama z babcią rozważały co robić, nagle uchyliły się drzwi i do pokoju weszła nasza sąsiadka ze swoją córką Moniką, które przyniosły w koszyku półmisek parujących jeszcze ziemniaków, twaróg i dzbanek gorącej kawy. Jakże to skromne pożywienie darowane ze szczerego serca podbudowało nas fizycznie i duchowo. Zziębnięci i głodni mogliśmy wreszcie spokojnie spożyć coś ciepłego i popić gorącą kawą. Byliśmy im za to niezmiernie wdzięczni.

            Od p. Kozłowej dowiedzieliśmy się, że zostaliśmy wprowadzeni do gospodarstwa poniemieckiego, które dotychczasowy właściciel Rausch opuścił, gdy został zawiadowcą stacji kolejowej w Stefanowie, gdzie przejął również dom wraz z gospodarstwem, po wysiedlonym mieszkańcu tamtej wsi.

            Nazajutrz skoro świt wybrałem się z moim młodszym bratem Czesiem na  penetrację najbliższego otoczenia. Dla mnie i młodszego rodzeństwa nowe środowisko okazało się bardzo atrakcyjne. Rozległe podwórze, na którym można było pograć w piłkę, zabudowania gospodarcze, które stanowiły doskonałe schronienie przy zabawie w chowanego, a przede wszystkim przepływająca obok rzeczka, jeszcze pokryta lodem, na której urządziliśmy sobie znakomitą ślizgawkę.

            Szkoda, że moje uczestnictwo w tych zabawach tak prędko się skończyło.

            Najbardziej „atrakcyjnym” obiektem tego gospodarstwa okazał się dom mieszkalny. Była to typowa wiejska chałupa, zbudowana z ociosanych bali, składanych na zrąb i uszczelnionych mchem. Pośrodku, za głównym wejściem była sień, a za nią kuchnia, skąd dodatkowe drzwi wiodły do ogrodu. Po obu stronach sieni znajdowały się identyczne pomieszczenia, złożone z izby i komory. Całość pokrywał ogromny dach kryty strzechą. Taka słomiana kopa i ściany pokryte terem wywierały na nas, nie obeznanych z tego rodzaju budownictwem, przygnębiające wrażenie.

            Tymczasem nasza mama wraz z babcią rozmyślały, jak zagospodarować tak skromnym sprzętem to nowe mieszkanie. Widocznie nie zajęło to im zbyt wiele

czasu, gdyż około południa mama nagle zaproponowała, abym udał się z nią do wsi, by sprawdzić, co to za rodzinę przywieziono przed nami z Wolsztyna.

            Nie było to trudne, gdyż już pierwsza napotkana osoba skwapliwie wskazała nam na położoną pośrodku wsi rozpadającą się ruderę. W takim „obiekcie” umieszczono przywiezionych przed nami wysiedleńców, którymi okazała się znana nam dobrze rodzina Paździorów, która w Wolsztynie mieszkała przy ulicy Polnej. Ich dom w Wolsztynie, podobnie jak i nasz został również przekazany niemieckim osadnikom.

            Nie byliśmy w tej wsi jedynymi wysiedleńcami. W okresie późniejszym przywieziono pod eskortą dalszych wysiedleńców, a wśród nich dwie rolnicze rodziny z Kębłowa pp. Bramborów i Mrugałów. Tę ostatnią rodzinę zakwaterowano w drugiej części zajmowanego przez naszą rodzinę budynku.

            W drodze powrotnej mogłem dokładniej przyjrzeć się wsi. przemianowanej przez okupanta na Marienhein. Była to  miejscowość niewielka i uboga, usytuowana wśród lasów. Nie było tu poczty, telefonu, szkoły, sklepu, kościoła i cmentarza.   

            W takich warunkach i środowisku przyszło nam odtąd żyć.

▲   do góry

  

Na służbie u bauera

        

            W okresie okupacji hitlerowskiej żyć - znaczyło pracować na rzecz „Wielkich Niemiec”. Realizację takiego pojęcia pracy gwarantowało okupacyjne prawodawstwo, które w stosunku do ludności podbitej było bezwzględne.

            Nad urzeczywistnieniem tego prawa czuwał Arbeitsamt. Objął on swoją ewidencją wszystkich Polaków od 13-go do 65-go roku życia, bez względu na płeć. Od tej pory osoby zewidencjonowane podlegały obowiązkowi przymusowej pracy i w miarę potrzeby były przez ten urząd kierowane do  wyznaczonych zakładów przemysłowych lub gospodarstw rolnych.

            Wśród dokumentów, przekazanych przez żandarma sołtysowi, dotyczących nas, znajdowały się pisma wystawione przez wolsztyński Arbeitsamt. Zgodnie

z decyzją tego urzędu przekazano mnie do stałej, przymusowej pracy w gospodarstwie rolnym u Niemca Wilhelma Fischera.

            Mamę moją natomiast przeznaczono do prac sezonowych na roli u miejscowych Niemców. W zakresie tego rodzaju obowiązków praca jej była wykonywana głównie w okresie pilnych prac polowych, przy żniwach i omłotach,, sianokosach,  plewieniu  warzyw, sprzęcie lnu, wykopkach ziemniaków i buraków.

            Inaczej określony został mój stosunek do pracy. Mnie potraktowano jako pracownika stałego, który swoje obowiązki był zmuszony wykonywać pod przymusem, w wyznaczonym gospodarstwie i na rzecz określonego pracodawcy.

            Moim pracodawcą, któremu zostałem podporządkowany, był wspomniany już Wilhelm Fischer. Prowadził on gospodarstwo średnio towarowe  w oparciu o grunty własne i grunty zagrabione po wysiedlonych z tej wsi rolnikach: Raczkowskim i Kasprowskim.

            W gospodarstwie tym, o łącznym obszarze gruntów ok. 50 ha, podstawowy potencjał ludzki tworzyło dwóch zdatnych do pracy fizycznej członków rodziny i jeden parobek. Nie trzeba być znawcą, aby zauważyć, że prowadzenie gospodarstwa o tak znacznym areale, przy tak nikłym stanie osobowym, było niemożliwe. Dlatego w bardzo szerokim zakresie, do wszystkich niemal robót w polu i gospodarstwie wykorzystywano osoby z zewnątrz. Do udoju np. angażowano córkę wysiedlonego z Kębłowa rolnika  Brambora: Jadwigę i mieszkającą w sąsiedztwie p. Nowakową.

            Podstawowy jednak ciężar prac i obowiązków spoczywał na pracownikach stałych – parobkach.

            W chwili podjęcia pracy u Fischerów miałem ukończonych 13 lat i 5 miesięcy. Byłem zatem jeszcze dzieckiem, wprawdzie wyrośniętym, ale fizycznie słabym. Toteż z początku byłem angażowany do prostych zajęć gospodarskich, jak: pilnowanie krów pasących się na pastwisku, doglądanie drobiu, porządkowanie stajni, obory i chlewni oraz przygotowywanie karmy dla trzody chlewnej.

            Ponadto do moich obowiązków należało dostarczanie wody do kuchni, przygotowywanie opału i świadczenie innych jeszcze drobnych prac w obrębie gospodarstwa i domu.

            W związku ze sprawowaniem przez mojego gospodarza urzędu sołtysa, byłem również wykorzystywany do załatwiania różnych posług jak: roznoszenie ogłoszeń, nadawanie i odbieranie przesyłek pocztowych, rozwożenie korespondencji wśród miejscowych Niemców, czy dostarcza        nie pism do Urzędu Gminnego w Siedlcu.

            Bardzo często byłem również angażowany do transportu nabiału i warzyw dla córek Fischera, które mieszkały w Wolsztynie i Zbąszyniu.

            Wszystkie wymienione przeze mnie prace były wykonywane na rzecz rodziny Fischerów nieodpłatnie. Za świadczoną pracę otrzymałem jedynie marne wyżywienie, a czasem jakiś znoszony przyodziewek. W podobny sposób byli traktowani pozostali, angażowani do prac doraźnych, pracownicy. Nie widziałem, aby wobec tak ewidentnego wyzysku, mój gospodarz odczuwał jakieś skrupuły czy zażenowanie.

            Pozycja moja w hierarchii zatrudnienia wzrosła z chwilą ukończenia 14-go roku życia i otrzymania Arbeitsbuchu. Stałem się wtedy dorosłym, zdatnym do wykonywania bardziej odpowiedzialnych prac, za co przysługiwało mi comiesięczne wynagrodzenie w wysokości 5 marek. W związku z tym wzrósł znacznie zakres moich dotychczasowych obowiązków. Przede wszystkim wydłużył się mój czas pracy. Dotychczas udawało mi się często po wykonaniu wszystkich nałożonych na mnie czynności, nocować w domu, przy rodzinie. Teraz było to niemożliwe, więc zająłem pomieszczenie adaptowane do zamieszkania w budynku inwentarskim, które do niedawna zajmował dotychczasowy parobek – Kazio.

            Do stołu zasiadaliśmy oddzielnie, a nasze „menu” ograniczało się do bardzo prostych i jednostajnych potraw. Rano najczęściej podawano nam zupę makową lub mleczną polewkę, z dowolną ilością ziemniaków. Obiad składał się w zasadzie

( z wyjątkiem niedziel i świąt ) z jednego dania, z przysłowiowego „Eintopfu”. Na kolację serwowano nam po dwie kromki chleba posmarowanego marmoladą, którą wysmażano z cukrowego syropu z dodatkiem dyni i buraków ćwikłowych.

            Niezrozumiałe dla mnie było tak poniżające traktowanie naszej godności. Przecież w gminnym rejestrze mieszkańców zostaliśmy zaliczeni w poczet rodziny Fischerów i z tej racji pobierano na nas kartki aprowizacyjne, takie jakie

przysługiwały Niemcom. Kto korzystał za nas z tych przydziałów, nie miałem odwagi się upomnieć. Zresztą co by to dało.Sytuację moją pogorszył fakt wcielenia Kazia do służby wojskowej w Wermachcie. Nie wiem czym się kierował Kazio i jakich argumentów użył Fischer, że udało mu się go przekonać by podpisał Volkslistę. Może to zasługa Ireny – córki gospodarza, gdyż nie było tajemnicą, że tych dwoje już od dawna łączyły zażyłe stosunki.

            Z odejściem Kazia wykonywane dotychczas przez niego obowiązki przeszły automatycznie na mnie. Co gorsze doszła obsługa koni. Z tej racji mój dzień pracy zaczynał się skoro świt i trwał nieprzerwanie do późnych godzin wieczornych. Ponadto niektóre prace musiały być wykonywane nieprzerwanie przez wszystkie dni tygodnia, bez względu na święta czy porę roku.Z braku jakichkolwiek prostych urządzeń technicznych ( z wyjątkiem kieratu ) większość prac była wykonywana w sposób prymitywny. Takie stałe czynności jak: usuwanie obornika, podściełanie bydła czy zadawanie karmy, opierały się głównie na wykorzystaniu siły mięśni ludzkich.

            Brak wody bieżącej był najdotkliwszym mankamentem tego gospodarstwa. Napojenie tak licznego pogłowia bydła i trzody chlewnej przy użyciu wiader wypełnionych wodą wymagało nie lada wysiłku i zdrowia.

            Wykonywana w takim zakresie praca wykraczała poza moje możliwości fizyczne, dlatego pozostawiła trwałe skutki w postaci zwyrodnienia ścięgien dłoni, odmrożeń kończyn górnych i dolnych oraz bólów kręgosłupa.

            Mojej sytuacji nie zmienił fakt przydzielenia przez Arbeitsamt na miejsce Kazia nowego parobka Johanna ( Janka ). Był on o trzy lata ode mnie starszy, fizycznie sprawniejszy, ale co z tego, kiedy wraz z rozwojem fizycznym nie poszedł u niego w parze rozwój umysłowy. Pocieszające było tylko to, że pochodził z rodziny gospodarskiej a zatem znał się na obsłudze koni i uprawie roli. Przywrócony więc został poprzedni podział pracy, który odtąd wyznaczał każdemu z nas wykonywanie określonych czynności i zadań na okrągło przez cały rok.

            Dysząc z wysiłku i postękując z bólu, pracowaliśmy w pocie czoła z nakazu okupanta na rzecz Niemców. Pracując bez słowa sprzeciwu, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy ofiarami eksterminacyjnej polityki stosowanej przez okupanta wobec młodzieży polskiej. Przecież zatrudnienie mnie, nieletniego do pracy wykraczającej ponad moje siły było niehumanitarne. Warunki zaś w jakich przyszło mi żyć wykluczały jakikolwiek dostęp do oświaty i kultury i skazywały mnie na trwałą degradację umysłową i społeczną.

            A to jest niewybaczalne!

▲   do góry

 

Kres mordęgi i zniewolenia

 

            Nadszedł rok 1945, zbliżał się kres naszej mordęgi i zniewolenia. Zmęczony, obolały z lubością wsłuchiwałem się w odgłosy zbliżającego się frontu.

            Wraz z natężającą się kanonadą wzrastał niepokój i zdenerwowanie wśród miejscowych Niemców. Szczególnie dotkliwy niepokój dręczył naszego gospodarza. Może potęgował to strach przed odpowiedzialnością za krzywdy jakie wyrządził mnie i wysiedlonych z tej wsi Polakom.

            15 stycznia odbyła się u naszego gospodarza narada członków „Selbsschutzu”, których jeszcze nie zdążył wchłonąć „Volksturm”. Co było celem narady nietrudno odgadnąć. Wiadomym było, że wobec zbliżającego się frontu ustalono plan ewakuacji Niemców. Szefem odpowiedzialnym za sprawny przebieg całej operacji został mój gospodarz.

            Sytuacja stawała się nagląca od kiedy milczący dotąd telefon nagle się uaktywnił i zaczęły napływać coraz bardziej niepokojące informacje.

            Około 20 stycznia Fischerowie rozpoczęli przygotowania do ewakuacji. Z szaf powyjmowano ciepłą odzież i bieliznę, którą poupychano do obszernych worków, zaś do koszy pakowano cenniejsze przedmioty i artykuły żywnościowe.

            Nam, pogardzanym parobkom nakazano przysposobić do drogi największy wóz, wyposażyć go w nieprzemakalne pokrycie i sprawdzić uprząż konną.

            Następnego dnia około południa pomogliśmy wynosić z domu wypchane wory i przepełnione kosze, które nasz gospodarz starannie układał na wozie. Należało się spieszyć, gdyż zaczęło poważnie śnieżyć. Załadowany pojazd przykryty starannie płachtą wprowadzono do wozowni, skąd w każdej chwili mógł wyruszyć w drogę, która nie zapowiadała się obiecująco. Śnieg sypał i sypał, a gdy ustał, chwycił siarczysty mróz.

            Co tak przynagliło Fischerów, że nie bacząc na tak niesprzyjające warunki pogodowe, postanowili bezzwłocznie się ewakuować? Otóż, rankiem 19 stycznia, córka naszego gospodarza Irena udała się do Nowego Tomyśla w celu odwiedzenia swojej przyjaciółki. Po prawdzie był to rekonesans. Chodziło jej o zasięgnięcie wiadomości na temat aktualnej sytuacji politycznej, gdyż prasa nie dochodziła, a radio na ten temat podawało wymijające informacje.

            Nie było jej dane dotrzeć do celu. W drodze od ewakuowanych pośpiesznie  Niemców, dowiedziała się, że poprzedniego dnia, pod Nowy Tomyśl podeszły radzieckie czołgi. Nie tracąc czasu, pospiesznie powróciła do domu. Ona to skłoniła ojca, aby natychmiast zarządził ewakuację.

            22 stycznia, o bardzo wczesnej godzinie rannej obudziło mnie jakieś szarpanie. Zaspany, zerwałem się szybko z posłania. To nasz gospodarz potrząsał nami, nie mogąc się nas dobudzić. Pospiesznie wdziałem na siebie to co miałem pod ręką.

Nieco więcej czasu zajęło mi odnalezienie kurtki, a buty to już wkładałem na schodach.

            Janek też już zdążył się pozbierać, ziewając przeciągle wpatrywał się zalękniony w naszego gospodarza, co takiego ma on nam o tak wczesnej porze do zakomunikowania.

            Fischer drżącym ze zdenerwowania głosem polecił, aby Janek nakarmił bezzwłocznie konie i przysposobił je do drogi. Ja zaś miałem pobiec do okolicznych Niemców, aby oni nie zwlekając podjechali na punkt zborny, który już wcześniej został wyznaczony na skraju wsi, przy drodze do Belęcina.

            Wykonując ostatnie dane mi polecenie, brnąc po kolana w śniegu przekazywałem przestraszonym Niemcom niemiłą dla nich wiadomość. Muszę przyznać, że ta misja sprawiała mi niekłamaną przyjemność i satysfakcję.

            Przecież to trzy lata temu, może w nieco korzystniejszych warunkach pogodowych, ale na pewno o takiej samej porze dnia, kroczyłem za wozem, na którym wraz z jej skromnym dobytkiem wywożono moją rodzinę.

            Czyż nie w podobnych warunkach uchodzili w sierpniu 1939 roku z nadgranicznych wsi Polacy w obawie przed grożącymi im ze strony Niemców represjami?

            Teraz odwrotnie, ci co kiedyś uczestniczyli w wysiedlaniu polskich rodzin i wyrządzili krzywdę miejscowym rolnikom, sami podzielili ich los.

            Odtwarzając w pamięci te nie tak dawne dla mnie wydarzenia, nawet nie wiem kiedy na powrót znalazłem się w obrębie fischerowego gospodarstwa. Nie wierzę oczom. Brama na oścież otwarta, pies zajadle skowycze, a z ciemności dochodził turkot oddalającego się wozu. Odjechali bez pożegnania pozostawiając cały dobytek na pastwę losu.

            W takich okolicznościach planowa ewakuacja przerodziła się w paniczną ucieczkę. Uciekali, bo każdy ze znanych mi Niemców miał na sumieniu jakieś przewinienie. Uciekali przed grożącą im odpowiedzialnością, aby uniknąć zasłużonej kary za wyrządzone krzywdy i nieprawości. Reszta, chociaż mniej winna uchodziła, bo udzielił się im „owczy pęd”, oraz niepewność jutra i lęk przed tym, co miało niebawem nastąpić.

            Przetaczała się ta żałosna, złożona z Niemców, kawalkada najkrótszą drogą ku granicy z III Rzeszą. Jechali do Führera, któremu tak bezgranicznie ufali i bezkrytycznie realizowali jego patologiczną, pełną zbrodniczych zamysłów ideologię.

            Jechali..., jechali …, aż odjechali na zawsze.

 W takich okolicznościach historia sama wymierzyła sprawiedliwość!!!.

 

 

O B R A Z K I    Z    Ż Y C I A    W    O K U P O W A N Y M    M I E Ś C I E




Akcja ,,Generał’’ ( jesień 1940 rok )
 


            Była cicha, księżycowa noc. Mama jeszcze nie spała. Przy nikłym płomyku lampy naftowej czytała książkę. Nagle zawyły syreny, ogłaszając alarm przeciwlotniczy. W mieście wygaszono światła. Mama przebudziła mnie, nie wiedząc co ma robić. Nie widziałem powodów do niepokoju. Przecież nocne przeloty samolotów, wprawdzie nie często, ale zdarzały się. Nie tak dawno przelatujący nad miastem w nocy samolot wojskowy, na skutek awarii silnika , musiał na pobliskich polach lądować. Ale dlaczego zawyły alarmowe syreny? Nastąpiła długa chwila wyczekiwania. Nagle z oddali dobiegł przytłumiony warkot nadlatujących samolotów. ,, Powarczą, przelecą i znowu zapanuje cisza’’- myślałem.

            Warkot natężał się, stawał się coraz donośniejszy i wcale nie ustępował. To nie dawało mi spokoju. Otworzyłem okno i ulokowałem się na jego parapecie. Na podstawie dochodzących dźwięków ustaliłem, że samolotów musi być kilka i krążą nad miastem. W pewnej chwili dobiegł mnie głuchy wystrzał, a na niebie zabłysła ogromna, jaskrawo paląca się kula .Wokół zrobiło się jasno, że można było bezbłędnie rozpoznać nawet znacznie oddalone przedmioty. W tym jaskrawym świetle krążące samoloty wyglądały jak szare, szybko przesuwające się cienie. Również to tajemnicze światło nie trwało w bezruchu. Obniżało się stopniowo i oddalało w kierunku Chorzemina.

            Kiedy ta świecąca kula już dogasała, na niebie pojawiła się następna, może bardziej jaskrawa od poprzedniej. Tym razem szybowała ona bezpośrednio nad obozem jenieckim i opadała ku Wolsztyńskiemu Jezioru. Byłem tak zafascynowany tym niezwykłym zjawiskiem, że nie zwracałem uwagi na to co działo się w sąsiedztwie obozu. W pewnej chwili uwagę moją odwrócił dziwny dźwięk. Odniosłem wrażenie, że po polu, za ogrodem pp. Orwatów, poruszał się jakiś pojazd wydający przejmująco świszczący dźwięk. Nie przywiązywałem jednak do tego odczucia większej wagi. .

            Jeszcze ta ognista kula znajdowała się nad parkiem, gdy warkot samolotów zaczął się oddalać, aż całkowicie zamilkł . Całe to wydarzenie trwało najwyżej 15 – 20 minut.

            Nie przypominam sobie, czy odwoływano alarm. Widocznie tak, bo w mieście znowu zabłysły uliczne latarnie i na powrót oświetlony został obozowy teren.

            Mama światła już nie zapalała, więc udaliśmy się bezzwłocznie na spoczynek. Mimo tak późnej pory długo nie mogłem zasnąć. Nie dawało mi spokoju . Co oznaczały te dziwne światła? Dlaczego nad miastem krążyły samoloty? Czyje one były?

            Nazajutrz w mieście na temat nocnego wydarzenia podawano sobie różne, kontrowersyjne relacje. Z tych licznych, sensacyjnych i nie zawsze wiarygodnych wieści najbardziej trafną wydała mi się wersja, która głosiła, że były to samoloty angielskie. Przyleciały one do Wolsztyna zza Kanału La Manche, aby z obozu jenieckiego wydostać francuskiego generała. Gdy pewna liczba uczestniczących w powyższej akcji samolotów krążyła nad miastem, jeden z nich wylądował w pobliżu obozu, zabrał generała i odleciał.

            Zafascynowała mnie ta relacja, więc postanowiłem ją potwierdzić. W tym celu wspiąłem się na strych, skąd ze szczytowego okna widać było obóz jeniecki i przyległe doń tereny. Zauważyłem, że w pobliżu strażniczej wieży stały dwa samochody, wokół których poruszali się jacyś cywile. Żadnych śladów po kołującym samolocie z tej odległości nie zauważyłem. Chociaż od tego wydarzenia upłynęło już z górą 60 lat, zawsze do niego powracam. Nurtuje mną ciekawość, jak to naprawdę było. To co rozpowiadano wówczas w mieście na temat tego nocnego wydarzenia, wydaje mi się zbyt banalne i dziecinnie proste, aby mogło być prawdziwe. Ta wątpliwość nie tylko natrętnie do mnie powraca, ale nasuwa coraz nowe zapytania.

            Przypuśćmy, że to co odnośnie tej pamiętnej nocy w dyskrecji sobie opowiadano, naprawdę się wydarzyło. Natychmiast rodzą się wątpliwości. I słusznie! Przecież taka akcja przeprowadzona z powietrza na dalekich tyłach wroga byłaby zadaniem niezmiernie ryzykownym. Wymagałaby wnikliwego przygotowania specjalistycznego. Organizatorzy takiej brawurowej akcji musieliby posiadać doskonałe rozpoznanie terenu, warunków panujących w obozie i jego zabezpieczenia od zewnątrz. To z kolei wymagałoby zaangażowania w całą tę operację służb wywiadowczych, współpracujących z osobami zaufanymi, wywodzącymi się z Wolsztyna lub najbliższej okolicy. Tylko przy takim wszechstronnym współdziałaniu zaplanowana na tak szeroką skalę ryzykowna akcja mogła zakończyć się powodzeniem.

            Mimo nasuwających się wątpliwości, to ,,coś” jednak się wydarzyło i to jest bez- spornym faktem. Wątpliwość jedynie budzi oddalenie przeprowadzonej akcji od miejsca dyspozycyjnego i sposób jej przeprowadzenia pod względem technicznym.

            Uczestniczące w akcji samoloty mogły przylecieć do Wolsztyna jedynie z Anglii lub z wolnych jeszcze krajów bałkańskich. Innej możliwości nie było, bo do jesieni 1940 roku wszystkie kraje Europy na zachód od byłego Związku Radzieckiego zostały już podbite przez hitlerowskie Niemcy lub były z nimi sprzymierzone. Wykluczam także możliwość, aby akcja ta mogła być przeprowadzona zza Bugu, z terytorium polskiego zajętego, 17 września 1939 roku, przez Armię Czerwoną.

            Jakiego typu samolotów użyto do przeprowadzenia tej akcji, że były one w stanie pokonać tak znaczną odległość bez międzylądowania? Mogły być do tego celu użyte dwusilnikowe bombowce angielskie, które zamiast bomb do swych luków zabierały dodatkowe zbiorniki z paliwem. Ale jak sobie z tym problemem poradziły myśliwce, bez osłony których przelot nad terytorium wroga byłby niemożliwy. A jednak samolotom tym udało się bez przeszkód dotrzeć do Wolsztyna i osiągnąć zamierzony cel. Na jakiej zatem wysokości leciały? Przecież w początkowym okresie wojny pułap samolotowych lotów był jeszcze ograniczony.

            Jak na takie ewidentne naruszenie granicy państwowej przez wrogie samoloty zareagowały niemieckie służby odpowiedzialne za obronność kraju? Bo nie wydaje się możliwe, aby tak znaczną przestrzeń powietrzną mogły obce samoloty przebyć niezauważone. Przecież w tamtych latach Niemcy posiadały doskonale zorganizowaną obronę przeciwlotniczą i dysponowały dalekosiężnymi działami, dla których taka wysokość nie stanowiła przeszkody. A gdzie były niemieckie myśliwce, że pozwoliły, aby nieprzyjacielskie samoloty bezkarnie buszowały nad ich terytorium? Tego rodzaju zapytania cisną się same na usta i budzą niedowierzanie.

            Również wiele niejasności wiąże się z przeprowadzeniem akcji na ziemi, pod obozowym ogrodzeniem. Przecież obóz był stale strzeżony prze wojsko. Zatem jak zachowali się niemieccy żołnierze pełniący tej pamiętnej nocy służbę wzdłuż obozowego ogrodzenia, gdy zauważyli zbliżający się nieprzyjacielski samolot? Dotyczyło to również wartowników pełniących służbę na wieżach strażniczych.

            Złośliwi rozgłaszali, że wartownicy, gdy zauważyli co się dzieje, ze strachu pochowali się pod pulpitami, do których przytwierdzone były karabiny maszynowe. Może tak się faktycznie zachowali, bo co innego wypadało im zrobić, gdy stwierdzili, że z góry i dołu zostali osaczeni przez nieprzyjaciela.

            Dlaczego nie zarządzono alarmu bojowego w jednostce wojskowej stacjonującej w budynku szkoły przy placu Kościuszki i nie poderwano jej do akcji. Przecież ten obiekt znajdował się zaledwie 500 metrów od miejsca, gdzie rozegrało się to niecodzienne wydarzenie.

            Jak sobie z tym niewygodnym incydentem poradziła Abwehra? Czy poleciały za to głowy? Przecież brak jakiejkolwiek reakcji ze strony oddziału Wehrmachtu odpowiedzialnego za zabezpieczenie obozu jenieckiego było niewybaczalnym przewinieniem. Takie zaś zaniedbania w hitlerowskich Niemczech nie uchodziły bezkarnie. .

            Jeżeli mnie pamięć nie myli, to reakcją Niemców na to wydarzenie było: wymiana odpowiedzialnej za nadzór nad obozem jednostki wojskowej i rozmieszczenie na wzgórzu w Adamowie baterii dział przeciwlotniczych.

            W końcu należy odpowiedzieć na pytanie, jaki był cel tej brawurowej akcji? Wszystko wskazuje na to, że całe wydarzenie dotyczyło jednej tyko osoby, a był nią francuski generał. Co to była za osobistość dla której uwolnienia podjęto tak ryzykowną akcję? Musiała to być bardzo cenna i ważna osobistość nie tylko dla generała de Gaulla ale i Anglików.

Tak to widziałem, słyszałem i odczułem. A jak było naprawdę? Pragnąłbym się dowiedzieć.

▲   do góry



Ostatnia droga francuskiego generała



            10 maja 1940 roku Niemcy rozszerzając agresję uderzyły na neutralną Belgię, Holandię i Luksemburg, a po opanowaniu tych państw rozpoczęły ofensywę na Francję.

            Zanim jednak doszło do tych wydarzeń Niemcy rozpoczęli gruntowną modernizację obozu jenieckiego w Komorowie .Znacznie rozszerzono dotychczasowy teren przez włączenie obszarów przyległej doń,, Strzelnicy’’, w obiektach której urządzono obozowy lazaret. W budynku głównym, na piętrze , przygotowano pomieszczenia dla jeńców wymagających szczególnego dozoru.

            Pod koniec maja do obozu w Komorowie dotarł pierwszy transport francuskich jeńców wojennych. W miarę jak wojska Wehrmachtu posuwały się w głąb Francji, to liczba transportów z jeńcami wzrastała. Napływającej coraz liczniejszej rzeszy jeńców nie były wstanie pomieścić adaptowane dla celów obozowych budynki folwarczne .Dlatego całą wolną przestrzeń zastawiono dodatkowo namiotami wojskowymi, w których lokowano nadmiar francuskich jeńców.

            Wraz z szeregowymi jeńcami do obozu w Komorowie trafiło wielu wyższych rangą oficerów francuskich, w tym dwóch generałów. Jeden z generałów na skutek odniesionych ran niebawem zmarł , Został on pochowany na miejscowym katolickim cmentarzu. Pamiętam ten pogrzeb, w którym wraz z liczną rzeszą wolsztynian uczestniczyłem . Był to zdumiewające, że władze niemieckie zezwoliły na urządzenie generałowi wrogiego państwa tak podniosłego pochówku.

            Trumnę z ciałem generała wieziono na wojskowym transporterze, przed którym kroczył wojskowy kapelan i oddział francuskich jeńców. Na czele i z tyłu konduktu żałobnego maszerowały zwarte szeregi uzbrojonych niemieckich żołnierzy. Wiadomo ,że mieli oni pilnować uczestniczących w pogrzebie francuskich jeńców. Jednak wyposażenie i paradny krok oraz werble, w takt których się poruszano, nadawały konduktowi dostojeństwa i powagi.

            Na cmentarz nas cywilów jednak nie wpuszczono. Za to skoro tylko jeńcy francuscy wraz uczestniczącą w pogrzebie niemiecką eskortą opuścili bramy cmentarza, zaraz świeżą jeszcze mogiłę otoczyli wolsztynianie.

            Wśród uczestników tej niecodziennej pogrzebowej ceremonii zauważyłem osoby znane w mieście z przedwojennej działalności kulturalno –społecznej. Szczególnie zapamiętałem pewną aktywistkę Stronnictwa Narodowego, bezpośrednio zaangażowaną w tę ceremonię, która zza kaplicy cmentarnej przyniosła ogromny wieniec. Został on uwity ze świeżych kwiatów: niebieskich, białych i czerwonych czyli w barwach wyobrażających flagę narodową Francji. Osoba ta wygłosiła okolicznościowe przemówienie, złożyła wieniec na mogile i niespodziewanie oddaliła się.

            Patrząc z perspektywy lat na tą niecodzienną ceremonię przy grobie francuskiego generała muszę stwierdzić, że miała ona charakter manifestacji politycznej wyrażającej solidarność narodu polskiego z walcząca Francją. Przecież te dwa państwa połączone od zarania dziejów przyjaźnią i braterstwem broni znalazły się aktualnie w podobnej sytuacji politycznej. Obydwa państwa stały się ofiarami niemieckiej agresji.

            Należy przyznać ,że wolsztynianie mogiłę generała otaczali zawsze należną czcią. Pod krzyżem, na którym figurowało obco brzmiące nazwisko, można było ujrzeć zawsze świeże kwiaty, a podczas Zaduszek płonące znicze.

            Z biegiem czasu liczba mogił jenieckich na wolsztyńskim cmentarzu wzrosła. Były one zawsze zadbane i aż do ekshumacji otoczone pamięcią. Znać ,że wolsztynianie, mimo wojennych trudności ,nie zapomnieli o swoich francuskich sprzymierzeńcach.

▲   do góry



Słowicza Górka
 


            Im głębiej sięgam do swojej pamięci, tym więcej odkrywam takich chwil czy momentów, do których jak mi się zdawało, nie przywiązywałem większej wagi. Teraz w kontekście odtwarzanych wspomnień, wypływają jak oliwa na powierzchnię wody, ukazując swoją tajemniczość i piękno. Do takich bez wątpienia należał ,wznoszący się naprzeciw klasztoru, niewielki, ustronny i zaciszny pagórek. Był on czołem rozległego usypiska morenowego, zaczynającego się przy ulicy Młyńskiej, a zamkniętego ulicami Wschowską i Krętą.

            Na wierzchu tego morenowego czoła, kończącego się tuż pod murami klasztornej zabudowy, wznosił się niewielki domek. Służył on emerytowanym księżom za dożywotnie mieszkanie. Mieszkającymi tam księżmi opiekowały się siostry zakonne, za to oni spełniali posługi kapłańskie w klasztornej kaplicy.

            Ten przeuroczy zakątek miasta, gęsto porośnięty starodrzewem i bujną krzewiastą roślinnością był gniazdowiskiem dla różnego gatunku ptactwa, a w tym również dla słowików. Chociaż słowiki w zasadzie nie życzą sobie sąsiedztwa pobratymców, to w tym przypadku widocznie odstąpiły od tych kryteriów. Świadczyły o tym niemilknące trele, jakie te ptaki urządzały w ciepłe, letnie poranki. Z tej racji miejsce to nazywaliśmy ,,Słowiczą Górką’’lub ,,Słowikowym Gaikiem”

            Znajdując się w sąsiedztwie tego uroczyska, staraliśmy się obchodzić je w milczeniu, aby nie spłoszyć gniazdującego tam ptactwa. Tę ostrożność wpajano nam w ochronce chyba dlatego, abyśmy zbyt głośnym zachowaniem nie zakłócali mieszkającym tam staruszkom – księżom ich ostatnich chwil w życiu.

            Ten romantyczny pagórek zagradzający wylot z ulicy Poznańskiej stwarzał poważne utrudnienia w ruchu komunikacyjnym, zwłaszcza pojazdom zmechanizowanym. Wąska, niewygodna droga wiodła wzdłuż klasztornego muru w stronę kaplicy, po czym nagle skręcała do Komorowa. Na tym niebezpiecznym łuku zdarzały się nader często wypadki i kolizje.

            Szczególnie dało się to odczuć w czasie wojny, kiedy zmierzające w kierunku Poznania zmotoryzowane kolumny dział wystającymi lufami rysowały klasztorny mur. Toteż hitlerowcy, skoro tylko ochłonęli ze zwycięskiej euforii, natychmiast przystąpili do likwidacji tego komunikacyjnego utrudnienia. Wiekowe drzewa wykarczowano, a morenowe usypisko zniwelowano, przemieszczając nadmiar ziemi na plac św.Wincentego.

            Przechodząc w tym miejscu, zawsze widzę w mojej pamięci to urodziwe wzgórze, porośnięte bujną roślinnością, przez które prześwitywały pobielane ściany znajdującego się tam tajemniczego domku.

Po miejscu tym pozostało jedynie wspomnienie.

▲   do góry
 

Weronika

 


            Wśród okupacyjnej codzienności, spośród osób, z którymi się pośrednio stykałem, należy wspomnieć Weronikę. Jej charakterystyczna postać i rzucający się w oczy ubiór stanowiły nieodłączny element wolsztyńskiego pejzażu.

            Weronika była niewiastą w średnim wieku, przystojna, zazwyczaj uśmiechnięta, może zbyt przesadnie umalowana. Latem nosiła wzorzystą suknię przyozdobioną naturalnymi koralami. W czasie chłodu odziewała się nieco przydługawym, skrojonym na miarę, granatowym płaszczem. Głowę i siwiejące włosy, niezależnie od pory roku czy pogody, przykrywała , fantazyjnym, czarnym kapelusikiem ozdobionym sztuczną czerwoną różą. Jednym słowem-pierwsza w mieście dama.

            Jedynym mankamentem Weroniki było to, że od urodzenia była kaleką. Posiadała krótszą nogę, dlatego używała buta na stosunkowo wysokim koturnie. Mimo kalectwa posiadała swoiste poczucie humoru, a dowcipami, nieraz nazbyt słonymi, sypała jak z przysłowiowego rękawa.

            Była osobą bezpośrednią, towarzyską, dlatego bardzo łatwo nawiązywała kontakty , nie tylko ze znajomymi, ale z każdą przygodnie napotkaną na ulicy osobą. Dlatego nie obce jej były bieżące wydarzenia i plotki. Była chyba w mieście najbardziej skutecznym kurierem przenoszącym z lubością zasłyszane wiadomości.

            Posiadała przy tym bardzo cięty język, czasem nazbyt rubaszny. Zaczepiana przez dzieci, straszyła je, wygrażając prowokacyjnie nieodłączną laską. Powszechnie jednak była osobą lubiana, a na jej widok, odpoczywający na przydomowych ławeczkach mieszkańcy ulicy Lipowej, przekazywali sobie nawzajem informację: O ! Weronika się turla’.

            Chociaż to niezbyt stosowne odezwanie docierało do niej, to nie zrażała się tym zbytnio .Zresztą temu, że ten epitet przylgnął do niej na trwałe, była sobie sama winna. Kiedy do jej świadomości docierało, że już zbyt długo prowadzi te uliczne pogaduszki, podrywała się i pod własnym adresem oświadczała: No, Weroniko! Turlaj się. Po tym nie zwlekając ruszała w dalszą drogę.

            Jak tylko pogoda sprzyjała, można ją było spotkać jak ulicą Lipową podążała w kierunku cmentarza, lub w stronę przeciwną, ulicą Poniatowskiego, ku Niałku.

            By to nieodłączny ,codzienny rytuał. Tak było przed wojną i tak już pozostało po zajęciu miasta przez hitlerowców. Nie zrażały ją nadęte butą oblicza dobrze jej znanych Niemców, ani ostrzegające napisy , ,Nur Fuhr Deutsche’. Tego wszystkiego nie dostrzegała albo nie chciała dostrzegać Ona była ponad wszystkim. Swoje poglądy na temat zaistniałej sytuacji politycznej wyrażała bez trwogi, jakby jej na niczym nie zależało I o dziwo, uchodziło jej to bezkarnie. Zapytana przez mojego wujka, co sądzi o zajęciu Polski przez Niemców, odpowiadała bez zastanowienia; A co pan myślał! Kiedy brama jest otwarta, to na podwórko każda świnia wlezie’. Zadowolona z tak trafnej i przekonywującej odpowiedzi, postukiwała laseczką o ziemię i ,,turlała’ ’się dalej.

            Tego rodzaju poglądy co Weronika reprezentowało wielu wolsztynian, ale żaden z nich nie odważył się ich tak publicznie ujawniać.

▲   do góry