Herb miasta Wolsztyn


 

.


Strona główna

Najdawniejsze dzieje

Na ziemi Obrów

Miasto mojej młodości

Czasy przedwojenne
(1929 – 1938)

Przed burzą
(1938 –1939)

Wróg u bram

Niemiecki porządek
(1939-1945)

Obrazki z życia w okupowanym mieście

Okres powojenny

Wyzwolenie Wolsztyna
(26.I 1945)

Powrót do normalności
(1945-1949)

Potomnym ku przestrodze


Artykuły

Legendy i baśnie

Informacje o autorze


 


 


.


        Czy warto wierzyć legendom? 
      
 Legenda o kasztelanie Leszku i jego wiernej żonie  
       
Cyrwus
       
Bycza Góra
       
Legenda o świętym jeziorze
        Sanktuarium Maryjne we Wieleniu
        Paskuda
        Prawda i fikcja w legendzie ,,O Lechu, Czechu i Rusie”


 


Czy warto wierzyć legendom?


           
Kiedy ludzkość nie znała jeszcze telefonu, radia, telewizora ani innych współczesnych form elektronicznego przekazu, większą wagę przywiązywano do odwiedzin i spotkań towarzyskich. W gronie najbliższej rodziny lub zaufanych przyjaciół zabawiano się przekazywaniem sobie w sposób niekonwencjonalny różnych wydarzeń, aktualnych  i dawnych. W odniesieniu do czasów wcześniejszych opowiadania te były  nieraz wręcz niesamowite i niewiarygodne, a rozgrywały się za ,,siedmioma górami”   i tyloma rzekami. Nieraz akcja rozgrywała się  wśród dziewiczych borów, bezkresnych rozdroży i  zdradliwych bagien.

            W przekazywaniu zasłyszanych opowieści  rola ta przysługiwała osobom starszym, takim co to już chleb z niejednego pieca jadły i zwiedziły szmat świata. Były nawet za granicą  ,,na saksach”.  Żądne bieżących sensacji nie pomijały żadnego targu, okresowego jarmarku  czy tradycyjnego odpustu.

            Obok pospolitych  baśni przekazywały  nieraz legendy i opowieści związane z naszą przeszłością. Często wydarzenia te rozgrywały się w  najbliższej okolicy  czy znanej powszechnie  miejscowości. Bohaterami zazwyczaj były  nieokreślone bliżej postacie osnute  tajemniczością, które  czymś nadzwyczajnym się wyróżniły, a spotkał je w  końcu tragiczny los.

            Młodzież słuchała takich opowiadań z zapartym tchem, wczuwała się  w ich treść, przenosząc w wyobraźni akcję do czasów, które poznała dzięki przekazom podręcznikowym. W takich okolicznościach  bohaterowie opowiadań żyją, wychodzą z mroku przeszłości i poruszają się wśród nas. Jak w filmie przewijają się  wtedy obrazy z naszej historii. Słychać szczęk oręża, tętent koni,  jęk konających i płacz matek. W takim tle legendy i baśnie  stają się realne, można je umieścić w określonym przedziale czasowym, rozgrywać na odpowiedniej przestrzeni   i osadzić w kontekście konkretnych  wydarzeń.

            Większość tych legend wiąże się z Przemętem i otaczającymi tę miejscowość bagnami. Nic w tym nadzwyczajnego. Przemęt to  pierwsza kasztelania wzniesiona na  południowo –zachodnich  rubieżach państwa  Piastów. Jeszcze dzisiaj ta miejscowość ze swoją imponującą świątynią uwieńczoną na wzór katedry gnieźnieńskiej strzelistymi wieżami   czyni wrażenie   i staje się godnym pomnikiem naszej historycznej przeszłości.

            Gród kasztelański w Przemęcie został usytuowany nad rzeką Obrą, na skraju wysoczyzny wrzynającej się w głąb rozległych bagien. Tego rodzaju warowne grody zabezpieczały granicę państwa przed niespodziewanym napadem. W naszym przypadku kasztelania  przemęcka ryglowała przesmyk pomiędzy jeziorami, przez co utrudniała dostęp do państwa Wielkopolan od strony Śląska. Strzegła także  przepraw pomiędzy jeziorami  przez które przechodził trakt z Głogowa w kierunku Wielichowa i Poznania.

            W kasztelanii rezydował kasztelan. Był on urzędnikiem podległym bezpośrednio panującemu i w jego imieniu, w podległym mu okręgu: komitacie, wykonywał funkcje administracyjną - sądowniczą i wojskową. W tym przypadku kasztelan przemęcki wiązał z sobą ludność zamieszkującą  całą Nadobrzańską Dolinę wraz z ziemiami obejmującymi rozlewiska  Obry i  Dojcy, aż do rzeki Szarki.

▲   do góry


Legenda o kasztelanie Leszku i jego wiernej żonie


         
   W połowie XII wieku  kasztelanem  przemęckiego grodu został  młody, zasłużony rycerz, syn lednickiego kowala, Leszek.  Był nie tylko zasłużonym i młodym, ale także urodziwym młodzieńcem. Toteż niejedna panna marzyła o tym, aby  szczęśliwy los  do niej się uśmiechnął i dane  jej było posiąść tak znakomitego męża. Ale on nie zwracał na żadną z nich uwagi, bo już wcześniej  na wybrankę swego serca  upatrzył sobie urodziwą córkę wielichowskiego młynarza,  Agnieszkę   i wnet za żonę pojął. Od tego wydarzenia minęły trzy lata.

            Był rok 1157. W kasztelańskim grodzie było rojno i hucznie. To młody kasztelan Leszek pospraszał okoliczne rycerstwo, aby wraz z nimi świętować narodziny pierworodnego syna. Kiedy tak beztrosko raczono się jadłem i napojem, niespodziewanie przybył  wysłannik księcia, który przywiózł ,,wici”, znak, że stało się coś nieprzewidzianego i wyjątkowego. W dołączonym piśmie książę Bolesław  rozkazuje, aby kasztelan wraz ze swoją zbrojną załogą i okolicznym rycerstwem przybył  bezzwłocznie pod Poznań, do miejscowości Krzyszkowo.  Kasztelan rad nierad  musiał podporządkować się rozkazowi swego pana i władcy. Przerwał zatem ucztowanie, aby przysposobić  załogę do bezzwłocznego wymarszu.

            Wyruszyli o świcie. W drodze, niedaleko Kościana dowiedział się, że cesarz niemiecki Fryderyk  ,,Barbarossa” podjął wyprawę zbrojną na Polskę i minąwszy Międzyrzecz  podąża  w kierunku Poznania. Zatem mamy wojnę.

            Taka wiadomość poważnie  zaniepokoiła kasztelana. Przecież w Przemęcie pozostawił żonę  i nowo narodzonego syna. Ale Poznań od Przemętu rozdziela spora przestrzeń,  a do tego bagna tworzą skuteczną zaporę obronną na wypadek, gdyby Fryderykowi przyszło do głowy zmienić kierunek marszu. Jednak to, że pozostawił kasztelanię bez załogi, nie dawało mu spokoju.

            Niepokój ogarnął również młoda kasztelanową i jej służbę. Chociaż wieści docierające spod Poznania nie wskazywały, że może wydarzyć się coś niespodziewanego. W każdym razie dopóki w Krzyszkowie trwały dyplomatyczne rozmowy, można było spać spokojnie i czuć się bezpiecznym.

            Jednak rozmowy niebawem się  zakończyły  i to  dla Fryderyka ,,Barbarossy” szczególnie pomyślnie, zatem cesarz nakazał  swym wojskom  swobodny odwrót. Nikt wówczas nie wnikał w sens cesarskiego rozkazu. Tylko nieliczni  wiedzieli, co taki swobodny odwrót wojska oznaczał. Znaczyło to, że każdy oddział poruszał się samodzielnie po dowolnie obranym szlaku. Umożliwiało to nieokiełznanym żołnierzom najemnym   dokonywanie gwałtów  i grabieży w napotykanych po drodze osadach i grodziskach.

            Kiedy niepokój już minął i nastały dni niecierpliwego  wyczekiwania na powrót Leszka, nagle w grodzie rozeszła się  przerażająca wieść. U bram kasztelani zatrzymał się oddział cesarskich najemników,  którzy tym  traktem podążali do swego kraju. Ponieważ zmrok  zapadał, postanowili  noc spędzić w kasztelańskich zabudowaniach. Rozlokowawszy się w służebnych pomieszczeniach, zażądali  gorzałki, a kiedy jej nie otrzymali, to z pobliskiej karczmy przytaszczyli ogromną bekę  trunku. Rozpoczęła się hulanka. Piwo i gorzała lały się strumieniem. Rozochoceni alkoholową libacją żołdacy postanowili się zabawić. Polecili  służbie, aby sprowadziła im miejscowe dziewki. Kiedy nie udało się tego polecenia wykonać, gdyż niewiasty w porę  uprzedzone zdążyły  zbiec na pobliskie bagna, rozwścieczeni żołdacy przystąpili do demolowania  i grabieży grodowych pomieszczeń.

            W jednej z komnat znaleźli przerażoną Agnieszkę, która troskliwie przytulała  do piersi swoje pierworodne  dziecię. Przeczucie podpowiadało, że dzieje się coś niedobrego, a jej  i dziecku zagraża  śmiertelne niebezpieczeństwo. Zatem należy czym prędzej uciekać!

            Była noc. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Wykorzystując rozprężenie wśród pijanych żołnierzy, nagłym skokiem znalazła się  przy drzwiach alkowy, zamaszystym ruchem odepchnęła tarasującego przejście pijanego osobnika i nie zważając na grożące niebezpieczeństwo, pognała w kierunku najbliższego bagna.

            Wyczuwając doganiających ją żołnierzy, nie miała czasu pomyśleć, co robi i czy właściwą obrała drogę. Pragnęła jedynie znaleźć się jak najdalej od grożącego jej i dziecku niebezpieczeństwa. Szczęśliwie przebyła kładkę nad rzeką. Jeszcze pozostała jedna przeszkoda, najtrudniejsza -  zdradliwa topiel. Tylko ją bezpiecznie przebyć, a znajdą się na wysoczyźnie porośniętej gęstymi krzewami. Tam będą bezpieczni i wolni.

            Aby się powiodło, należało przeskoczyć przez to zdradliwe, stale pulsujące bagno. W normalnych warunkach i przy dziennym świetle może by się udało. Ale w tak ekstremalnej sytuacji, gdy czuła  za sobą  alkoholowy odór doganiających ją żołnierzy nie miała wyboru. Musiała się zdecydować i to natychmiast. Może się uda?

            Bezradna, obezwładniona lękiem  i bezgranicznym uczuciem trwogi wykonała ten ostateczny, desperacki  skok.  Plusk wody, bulgot rozstępującego bagna i ta coraz bardziej wsysająca siła. Nie udało się! Z głębi topieliska dochodził stłumiony, rozpaczliwy jęk matki pochłanianej przez zdradliwy żywioł i coraz cichszy, zanikający płacz umierającego dziecka. Tak zdesperowanej Agnieszce natura dopomogła dochować małżeńskiej wierności, wybawiła ją od poniewierki  i pohańbienia.

            Leszek, gdy dowiedział się jaki los spotkał najbliższe mu osoby, długo nie mógł się z tym pogodzić. Stojąc otępiały, pełen bólu i rozpaczy na  grodowym obwałowaniu, przez długie godziny wpatrywał się w tę bezkresną dal, na rozległe bagna pokryte różnokolorowym kwieciem i szeleszczącymi krzewami. To wśród nich  znajdowała się ta  przepastna, zdradliwa topiel, która pozbawiła go sensu życia.

            Ci, którzy Leszka znajdowali w takim stanie, starali się go zrozumieć  i wytłumaczyć. Przecież on stracił wszystko co miał najdroższego: piękną, młodą, kochającą żonę i pierworodnego syna. A tego w żaden sposób  nie da się  zapomnieć!

▲   do góry

Cyrwus


           
Legenda niniejsza przenosi nas w odległe czasy, gdy na gnieźnieńskim tronie zasiadał najwaleczniejszy z piastowskich władców, Bolesław Chrobry. Za jego panowania, w 1005 roku,  na Polskę napadł  król państwa niemieckiego, Henryk II.
           
            Po  opanowaniu Milska i Łużyc i podporządkowaniu  Czech, Henryk  skierował swe wojsko na Poznań. Bolesław, przewidując zamiary przebiegłego Niemca, zgromadził w tym grodzie najprzedniejsze swoje siły.  Poznań, chociaż utracił  na rzecz Gniezna  rolę  ośrodka administracyjno-politycznego,  to nie przestał nadal pełnić przewodniej funkcji w systemie obronnym kraju. Przekonał się o  tym Henryk,  gdy jego wojska, znalazłszy się naprzeciwko tego grodu, usiłowały sforsować Wartę. Zdecydowana i z determinacją podjęta przez poznańską załogę   walka,  uniemożliwiła wojskom wroga przeprawę  na drugi brzeg rzeki, przez co zniweczyła agresywne zakusy Niemca . Upokorzony  Henryk  musiał zawrzeć  pokój  i  wycofać swe wojska z Polski.

            Tyle na temat niniejszego konfliktu zbrojnego przekazała historia. A co z tego wydarzenia  przetrwało w ludowej opowieści?

            Legenda głosi, że  tę zbrojną wyprawę  Henryka na Polskę wspierał oddział wojska czeskiego, który od Głogowa do Poznania  podążał traktem wiodącym przez Górsko i  Przemęt. W grupie tej znajdował się rycerz , którego  nazywano Cyrwusem.  Spośród wszystkich rycerzy  wyróżniał się   wzrostem, tuszą i niespotykaną siłą. Zatem  z większym trudem    przychodziło mu pokonywanie kolejnych odcinków   drogi. Odczuł to szczególnie, gdy oddział znalazł się na wysoczyźnie i  wraz  ze współtowarzyszami  przyszło mu  brnąć w  zapadającym, rozgrzanym  słońcem  piasku.

            Mimo odczuwalnego  zmęczenia, spowodowanego zbyt forsownym i przedłużającym marszem,  rycerzom nie dawano chwili wytchnienia. Dowódca oddziału zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszy do przebycia odcinek drogi  znajduje  się dopiero przed nimi. Zapewne na myśli miał nadobrzańskie  bagna i rozlewiska rzeczne. Zatem, aby zgodnie z otrzymanym rozkazem dotrzeć w ustalonym terminie do wyznaczonego  rejonu, musiał jeszcze przed zapadnięciem zmroku przeprowadzić  oddział przez ten niebezpieczny i zdradliwy teren.

            Westchnienie ulgi przetoczyło się przez oddział najemnych rycerzy, gdy  wyczerpani zbyt forsownym marszem  ujrzeli  baszty przemęckiego  grodziska. Taki widok dodał im sił i pozwolił zapomnieć o zmęczeniu. Odtąd nie odstępowała  ich perspektywa błogiego odpoczynku.  Nie mogli zatem doczekać się chwili,  kiedy znajdą się w półmrocznej  arendarskiej karczmie, będą mogli  dać wytchnienie strudzonemu ciału i dowoli napić się orzeźwiającego piwa.

            Najbardziej perspektywa rychłego odpoczynku uradowała Cyrwusa.  Już wyobrażał sobie, jak błogo wypoczywa,  a zalękniony  karczmarz podaje mu  dzban złotobrunatnego trunku, który on  z lubością  wlewa  w zaschnięte gardło.   Jakież było rozczarowanie,   gdy po osiągnięciu  obwarowań kasztelu,  dowódca zarządził jedynie chwilowy postój. Powód był ogólnie znany i każdy  rycerz zdawał sobie sprawę,  na jakie  niebezpieczeństwo byłby narażony oddział,  gdyby pogubił się na tym  bezkresnym, bagnistym terenie. Zatem jeszcze przed zapadnięciem zmroku musieli przebyć  ten  trudny odcinek drogi, aby o świcie bezpiecznie i bez przeszkód  dotrzeć do Poznania.

            Kiedy  zabrzmiał dźwięk rogu obwieszczający  wymarsz oddziału, dowódcy  z trudem udało się  zgromadzić rozochoconych  trunkiem rycerzy. I tak niektórzy zignorowali rozkaz dowódcy   i pozostali jeszcze na chwilę w karczmie, aby  do końca wysączyć zawartość dzbana.

            Najdłużej z opuszczeniem karczmy zwlekał Cyrwus. Uważał, że zdąży  w porę dogonić oddalający się  oddział. Zatem zażądał podania  kolejnego dzbana.  Kiedy karczmarz zwlekał, łudząc się nadzieją,  że może takim sposobem prędzej pozbędzie się  kłopotliwego intruza,  Cyrwus wydobył  miecz i wymachując nim wygrażał, że jeśli natychmiast nie otrzyma piwa, to wytnie  wszystkich obecnych w karczmie włościan z arendarzem na czele. Kiedy  pod presją szantażu otrzymał kolejny dzban z piwem,  opróżnił go jednym haustem, po czy kompletnie pijany zwalił się pod ławę.

            Gdy  ocknął się, na  zewnątrz panował półmrok. Doprowadziwszy się  do porządku, bezzwłocznie wyruszył w drogę, pragnąc jak najprędzej dołączyć do współtowarzyszy broni.  Dookoła  rozpościerała się gęsta mgła,  co jeszcze bardziej uniemożliwiało widoczność. W takich warunkach przeprawa przez bagna nawet dla miejscowych kmieci stanowiła śmiertelne zagrożenie. A co dopiero mówić o nie znającym  terenu i kompletnie pijanym cudzoziemskim rycerzu. Nic dziwnego, że się zagubił   i  do  swoich towarzyszy broni nigdy już nie dotarł.

            Bagna na zawsze pochłonęły nierozważnego rycerza, który  może  w boju bywał niepokonanym,  tu jednak  nie miał wyboru i musiał ulec. Zmogła go nieodparta skłonność do alkoholu  i  bezwzględna, nieprzyjazna  dla człowieka przyroda.

            Od tego czasu podążający tą drogą spóźnieni wędrowcy  słyszeli  wydobywające się    z bagiennej otchłani głosy rozpaczliwego nawoływania. To  Cyrwus wzywał na próżno pomocy, której nikt nie był w stanie mu udzielić.

            Również łąccy kmiecie, gdy  późną porą powracali z przemęckiego odpustu, słyszeli nieraz te rozpaczliwe,  rozlegające się na bagnach, pełne trwogi  odgłosy. Przechodząc obok tych miejsc, żegnali się, czyniąc zamaszyście znak krzyża. W taki sposób usiłowali oddalić od siebie nieszczęście, jakie  spotkało Cyrwusa i inne  osoby, które  na skutek zgubnych skłonności  lub własnej nierozwadze  zagubiły się i pozostały w tej nieprzyjaznej  człowiekowi krainie  na zawsze.

▲   do góry


Bycza Góra


         
  Opowiadanie  niniejsze przenosi  nas w nie tak odległe czasy obejmujące lata 1655-60, a związane z najazdem Szwedów na Polskę.

            Kiedy wojska  szwedzkie dotarły w rejon Wolsztyna, zastały  dwory i majątki ziemskie bez właścicieli. Większość   panów, wierna  swemu królowi Janowi-Kazimierzowi,   zaciągnęła się do oddziału starosty babimojskiego Krzysztofa Żegockiego  i pod jego przewodem  walczyła z  najeźdźcą.

            Dowódca oddziału szwedzkiego, kiedy spotkał się z tak nieprzyjazną postawą  tutejszego społeczeństwa, nałożył na miasto Wolsztyn oraz okoliczne wsie i dwory, kontrybucję. Znaczna część społeczeństwa, w obawie przed grożącymi represjami, zapłaciła na rzecz  wroga  tę wymuszoną  wojenną daninę. Znalazły się jednak dwory, które takiemu bezprawiu się sprzeciwiły  i nie uiściły   żądanego   haraczu.

            Do tych niepokornych  dziedziców  należał  pan  ,,na Gościeszynie”. Będąc w podeszłym już wieku i  nie najlepszej kondycji  fizycznej, nie mógł włączyć się  czynnie do walki w  obronie ojczyzny.  Zadokumentował zatem w inny sposób swoją patriotyczną postawę oświadczając, że nie będzie wspierał znienawidzonego wroga, który bezprawnie naruszył granice Polski i jak barbarzyńca  plądruje nasz kraj.

            Zdając sobie sprawę z tego, co może go spotkać  za wyrażanie tak nielojalnych  względem najeźdźcy poglądów,  cały zapas zboża rozdał pomiędzy poddanych chłopów.  Bydło  dworskie polecił wyprowadzić na ustronne,  położone wśród niedostępnych bagien pastwisko. Sam zaś postanowił  najtrudniejszy okres przetrwać   w ziemiance, którą  kazał  wydrążyć  we wnętrzu wzgórza położonego  nie opodal drogi zwanej: ,,gacią”. Do tego ziemnego pomieszczenia zabrał ze sobą ulubionego byczka.

            Kiedy Szwedzi przybyli do Gościeszyna, by wyegzekwować nałożoną kontrybucję i ukarać  krnąbrnego dziedzica, zastali stajnie, obory, chlewnie i spichlerze puste. Dowodzący  oddziałem egzekucyjnym oficer nie był ,,w ciemię bity”. Zdawał sobie sprawę, że  żywy inwentarz został gdzieś wyprowadzony   i ukryty. Tylko gdzie? Sprawę tę pozostawił  jednak na później.

            Najpierw Szwedzi ograbili i zdewastowali pomieszczenia pałacowe. Następnie podpalili zabudowania folwarczne, ostrzegając tym samym miejscową ludność,  że czeka ją  podobny los, jeśli nie wyjawi, gdzie  ukryto dworskie bydło. Taka  groźba okazała się skuteczna, bo skierowani na bagna żołdacy  bez  trudu odkryli pasące się tam  woły i krowy.

            Właścicielem dóbr się nie  zainteresowano. Widocznie uważano,  że za przykładem okolicznych dziedziców przyłączył się do zaciągu Żegockiego. W takiej sytuacji pan ,,na Gościeszynie”  w  swoim podziemnym ukryciu czuł się bezpieczny. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie byczek. Odseparowany od krowiego stada narowisty bydlak, kiedy poczuł, że obok przechodzą wypoczęte i odkarmione krasule, nie wytrzymał i zaryczał na całe gardło. To wystarczyło.

            Szwedzi bez trudu odkryli zamaskowany właz  ziemianki i  wnet z niej wydobyli przerażonego dziedzica  i podnieconego byczka. Dziedzica bezzwłocznie powiesili  na pobliskim drzewie, byczka zaś, po doprowadzeniu na pałacowy dziedziniec, zarżnęli, upiekli na rożnie i zjedli.           

            Od tego czasu  wzgórze,   wewnątrz którego  znajdowała się ta pechowa ziemianka, miejscowa ludność nazywa ,,Byczą Górą”.

                           
▲   do góry

                                                        
Legenda o świętym jeziorze
 

            Nieopodal Krutli, u stóp ,,Kisnej Górki”, nad rzeczką zwaną Pintusem  istniała pradawna osada, którą zamieszkiwał  bardzo pracowity i bogobojny lud.  Nikt nie pamiętał skąd i kiedy   w te strony ludność ta przybyła. Żyjąc w odosobnieniu wśród dziewiczego lasu, pełnego grzybów, jagód i życiodajnych ziół, czuła się bezpiecznie i dobrze. Przynależąc do  niewielkiej wspólnoty rodowej z pokorą wypełniała spoczywające na niej obowiązki. Wiernie także uczestniczyła w obrzędach kulturowych i przestrzegała zasad jakie nakazywała   rodowa tradycja.

            Szczególnie wierni pozostawali wierze swych ojców. Regularnie o określonej porze dnia na dźwięk sygnaturki  gromadzili się wokół niedużej kapliczki, aby wspólnie uczestniczyć w modłach jakie nakazywała im wyznawana  religia. Wtedy wśród leśnej głuszy rozbrzmiewały  modlitewne pienia, które rozchodziły się hen daleko, zanim nie ugrzęzły w konarach wiekowych drzew. Karczujący nadobrzańskie lasy drwale odkładali wtedy swą pracę i wsłuchując się w te nabożne pienia z podziwem przekazywali sobie uwagi na temat tej bogobojnej wspólnoty, która żyjąc wśród niedostępnych lasów z taką głęboką wiarą i żarliwością zanosi modły do Boga .

            Tak było zawsze i codziennie, od kiedy tereny położone po lewej stronie rzeki Obry zostały zajęte przez księcia Wielkiej Morawy, Świętopełka. Wtedy to nadobrzańskie osady zaczęli odwiedzać,  świątobliwi mężowie, którzy mieszkańcom tych ziem przynosili  ,,dobrą nowinę”. Ponieważ  posługiwali się   językiem  powszechnie zrozumiałym, zatem  miejscowa ludność z zaciekawieniem  słuchała ich opowieści, a były one zadziwiające. Szczególnie zainteresował ich Bóg, który był stwórcą wszelkiego stworzenia,  co wszystkich miał w swojej pieczy i nikogo nie odtrącał kiedy było się w potrzebie. Dlatego głoszoną przez tych słowiańskich mnichów ewangelię  lud wieśniaczy akceptował z uznaniem. Ochoczo zatem przyjmował   oferowaną  wiarę i  z powszechnym przekonaniem poddawał się rytuałowi chrztu. W niedługim czasie nie tylko mieszkańcy  Nadobrzańskiej Krainy, ale  całe piastowskie państwo Polan wyznawało wiarę w jedynego Boga, czcząc Go  zgodnie ze słowiańskim obrządkiem , w rodzimym języku.

            Jednak nie długo było dane Polanom jawnie wyznawać  słowiańską wiarę.   Trudności zaczęły się odkąd Książe Mieszko pojął za żonę  córkę  króla czeskiego Dobrawę i na podległych mu ziemiach wprowadził wyznanie  obrządku łacińskiego. Dopóki  nowe wyznanie  obejmowało jedynie dwór i jego otoczenie oraz  drużynę rycerską. tak długo lud  wieśniaczy mógł trwać  wiernie przy wierze swoich ojców  i niezmiennie czcić Boga według  dotychczasowego obrządku . Tak było  do początku XIII wieku.

            Pewnego dnia 1222 roku mieszkańców osady pod ,,Kisną Górką” odwiedzili dwaj drwale, którzy w tamte strony zapuścili się w poszukiwaniu  pszczelich barci. Od nich leśni mieszkańcy dowiedzieli się, że przed paroma dniami w te strony przybyli dziwnie odziani, zakapturzeni podróżni z zamiarem trwałego osiedlenia się.

            Byli  to niemieccy mnisi, którzy  na teren Obry  przybyli z Łekna , w celu zbudowania   klasztoru. Przy pomocy zachodnich  rzemieślników i przy wykorzystaniu miejscowych drwali szybko powstawały klasztorne obiekty, do których sprowadzano niemieckich  zakonników.

            Dziwni byli ci niemieccy przybysze. Chociaż byli zakonnikami to stwarzali  wrażenie osób nieprzystępnych, a obcość ich  wyczuwało się na odległość. W dodatku mowa jaką się posługiwali była twarda i niezrozumiała. Na nowym terenie wnet się zaaklimatyzowali i od razu poczuli się właścicielami tych ziem. W szybkim tempie pomnażali  klasztorne posiadłości i już po kilku latach wszystkie ziemie jak okiem objął stanowiły własność cysterskiego zakonu. Miejscowych chłopów, dotychczas wolnych  smardów uczyniono poddanymi  i obłożono  powinnościami. W dodatku zmuszano  ich, aby uczestniczyli w obrzędach religijnych i modłach odprawianych  w przyklasztornej kaplicy. Czyżby zmierzali, aby pradawni mieszkańcy tych ziem  wyrzekli się wiary swoich ojców?

            Szczególnie ta ostatnia wiadomość zaniepokoiła mieszkańców Kisnej Górki. Odtąd ani na chwilę nie odstępowało ich to dręczące pytanie. Co to będzie kiedy  zacznie się ich przymuszać, by uczestniczyli w klasztornych  obrzędach, aby sprzeniewierzyli się wierze, którą z takim pietyzmem wyznają?

            O tych ludziach żyjących  wśród leśnej głuszy było na razie cicho i odnosiło się wrażenie, że klasztor o nich jeszcze się nie dowiedział. Kiedy już się wydawało, że  są bezpieczni nagle  przybiegł wysłannik zakonu z poleceniem, aby nazajutrz po ,,primarii” wszyscy dorośli mężczyźni zaopatrzeni w topory lub piły przybyli do Żołędnika gotowi  podjąć pracę. Nie bardzo zrozumieli o co klasztorowi chodzi. Dlaczego  powołuje się ich   do pracy na odległym terenie skoro własnych zajęć mają wystarczająco dużo. Mimo  wątpliwości wierni  nakazom religii podporządkowali się temu niezrozumiałemu poleceniu i gremialnie  udali się  na wyznaczone miejsce. Okazało się ,że takich jak oni  wolnych i  nikomu dotychczas niepodległych mieszkańców lasów było więcej.

            Kiedy uznano, że zebrani stanowią kworum, głos zabrał niezmiernie otyły jegomość o kulfoniastym, czerwonym nosie i wybałuszonych oczach. Jak się  okazało był to  przełożony klasztoru.  Do zgromadzonych przemawiał  po niemiecku zatem tylko nieliczni go zrozumieli, a raczej domyślali się, co ten niesympatyczny przeor usiłuje im przekazać. Kiedy zakończył swoje wystąpienie i połą habitu ocierał zapocone czoło ,ci co go  zrozumieli starali się  pozostałym uczestnikom zgromadzenia przybliżyć sens jego wystąpienia. Wtedy przerażeni    dowiedzieli się, że pozbawiono  ich odwiecznych praw rodowych , a ten  wzniesiony nad Obrą klasztor stał się ich panem. Oni zaś, z dziada-pradziada wolni mieszkańcy tych ziem, stali się  poddanymi. Zatem wszystko co ich otacza stanowi odtąd własność zakonu, łącznie z chatami, w których mieszkają  i gruntem, który użytkują. W zamian za to  muszą  na rzecz zakonu wykonywać określone prace, składać odpowiednie daniny  i ponosić  inne wyszczególnione w inwentarzu obciążenia..

            Tego w żaden sposób pojąć nie mogli. Jakim prawem ziemia, którą z takim mozołem  ich dziadowie wydarli lasom i od wieków była przez nich użytkowana nagle stała się własnością niemieckich mnichów, niepożądanych przybyszów, co władają niezrozumiałym językiem  i  reprezentują obcą  na tym terenie kulturę, którzy  lekceważą tradycję rodową i wyszydzają zwyczaje i obyczaje ludowe W dodatku tutejszym mieszkańcom usiłują narzucić  wyznanie   rzymskie i zmuszają  ich , aby uczestniczyli w obrzędach liturgicznych odprawianych  w niezrozumiałym łacińskim języku.

            Tego już było za dużo. Zwołano zatem zgromadzenie starszyzny rodowej, aby  to  najwyższe gremium ustosunkowało się do zaistniałej sytuacji i podjęło stosowne ustalenia. W tej kwestii zgromadzenie wykazało jednomyślność,  a podjęta uchwała była jednoznaczna. Stwierdzała ona, że  osiadłą od niepamiętnych czasów pod Kisną Górką społeczność rodową tworzą ludzie  wolni, od nikogo niezależni. Zatem przenigdy nie zgodzą się, aby  zamieniono ich  w niewolników. Będą  bronić  zagrożonej wolności  z determinacją ,do końca, gotowi nawet, gdy zajdzie taka potrzeba,  poświęcić życie. Nie wolno także godzić się na jakiekolwiek świadczenia na rzecz  klasztoru, a przede wszystkim  nie uznawać porządku prawnego  jaki   mieszkańcom leśnych osad usiłują narzucić  zakonni kolonizatorzy.         

            Taki przejaw jawnego nieposłuszeństwa względem  klasztoru został przez braci zakonnych poczytany za otwarty bunt.  Zatem reakcja klasztoru była natychmiastowa. Należy  tych niepokornych buntowników i mącicieli nowego ładu gospodarczo-społecznego przykładnie ukarać.

            Nazajutrz,  zebrawszy  lojalną  klasztorowi ludność, zakonnicy  zorganizowali wyprawę  egzekucyjną. Aby  ukryć przed uczestnikami prawdziwy cel wyprawy rozgłosili ,że  idą  do siedliska ,,heretyków”,  aby  ogniem  je zniszczyć,  gdyż mieszkańcy ci  plugawią świętą wiarę i czczą Boga nie tak jak należy.

            Kiedy  dotarła już ta bojowo nastawiona ,,krucjata” do skazanej na zagładę osady zastała jej mieszkańców zgromadzonych wokół kapliczki jak w modlitewnym uniesieniu  błagali Boga, aby obronił ich  przed  nadciągającym niebezpieczeństwem. Rozfanatyzowany tłum, żądny przeżyć i sensacji, nie bacząc na  modlitewną  postawę swoich pobratymców  zaczął   pospiesznie gromadzić drwa i wznosić  ciałopalny stos.

            Przerażeni mieszkańcy  ,zdając sobie sprawę ,że są to  ich ostatnie chwile, zwarli się w jeden okrąg, ręce unieśli w błagalnym geście do  góry i w niebo popłynęła pieśń zbawienia. I wtedy stała się rzecz niebywała. Bóg wysłuchał modlitwy swego ludu.  Na oczach rozfanatyzowanego tłumu ziemia zadrżała , odsłoniła swe wnętrze i wchłonęła   ufnych  w Miłosierdzie  Boże , wiernych do końca  wyznawców.

            Utworzone w tym miejscu zapadlisko pokryły  kwiaty, a przepływająca  tamtędy rzeczka  wypełniła wodą . Tak powstał akwen nazywany  przez mieszkańców pobliskiej osady Świętym Jeziorem . 

            Odwiedzając dziadków  w Obrze nieraz udawałem się nad to legendarne jezioro w nadziei ,że może  usłyszę jak z jego głębin  wydobywają się  modlitewne pienia , którym  do taktu  wtóruje rozkołysana falami,  sygnaturka.
                                                                    

▲   do góry

Sanktuarium Maryjne we Wieleniu        
 

            Po raz pierwszy na pielgrzymkę do Wielenia   udałem się z mamą w 1938 roku. Kiedy znalazłem się nad rzeką,  na wiodącym  do Maryjnego Sanktuarium moście, zapytałem mamy. Dlaczego ten kościół wzniesiono po tamtej stronie rzeki kiedy przed mostem  znajduje się tak wiele pustego, niezagospodarowanego terenu. Wtedy mama  odpowiedziała, że takie było życzenie Matki Bożej, aby kościół wzniesiony na chwałę Bożą znajdował się za rzeką. Opowie mi o tym ciekawym wydarzeniu szczegółowo,  gdy po  zakończonym nabożeństwie spoczniemy w jakimś zacienionym miejscu . Słowa danego  dotrzymała.

            Wtedy usłyszałem  legendę związaną z powstaniem wieleńskiego sanktuarium.  Nie odbiega  ona w swej treści od wielu już mi znanych opowieści.  Nawet scenariusz ma podobny,  gdyż akcja toczy się  w bardzo odległych czasach ,kiedy tereny te porastały jeszcze ogromne  puszce. Wtedy to pewnej ubogiej pasterce ukazała się  Matka Boża, która wyraziła życzenie, aby na tym miejscy wzniesiono świątynię, w której by czczono   Jej syna,

            Ponieważ tereny te były  bardzo słabo zasiedlone, dlatego okolicznych mieszkańców nie było stać  na zbudowanie nawet  skromnego kościółka. Jedynie na tym miejscu, gdzie  dziewczynka  doznała objawienia  miejscowi kmiecie wznieśli małą kapliczkę, a w niej umieścili figurę Matki Bożej, którą z lipowego drewna  wystrugał  ludowy rzeźbiarz. Od tego czasu wokół tego uświęconego objawieniem miejsca zbierał się nabożny lud, aby żarliwymi modłami uprosić dla siebie i swoich najbliższych potrzebne łaski. Z czasem     rozpowszechniła się sława tego cudownego miejsca i wzrastał kult Wieleńskiej Madonny.  Pobliską rzekę zaczęto nazywać ,, świętą” ,a sąsiedni akwen :,,Jeziorem Maryi”.

            Kult M. B. Wieleńskiej  wzbogacił osadzony w  1289 roku nad ,,Jeziorem Maryi” zakon cystersów. Oprócz zabudowy klasztornej mnisi postanowili wznieść pierwszy  na tym terenie obiekt sakralny. Miał to być niewielki kościółek drewniany, który by służył  braciom zakonnym do modlitewnej kontemplacji, a okolicznym mieszkańcom do udziału w nabożeństwach i posługach kapłańskich. Problemem tylko było,  gdzie   ten obiekt zlokalizować. Czy ma stanąć za rzeką  obok słynącej cudami kapliczki, czy nieopodal klasztoru .W tej sprawie zdania były podzielone.  W końcu postanowiono,  wznieść kościół w sąsiedztwie klasztoru. Już sprowadzono architekta, zmówiono okolicznych cieśli i kiedy postanowiono przystąpić  do budowy , okazało się, że  budulec gdzieś przepadł. Dopiero po pewnym czasie odnalazł się,  ale po przeciwnej stronie rzeki, tam gdzie w skromnej kapliczce na swój dom oczekiwała Wieleńska Pani.

            Nikt nie potrafił wyjaśnić kiedy i kto okazał się tak fizycznie sprawnym, że potrafił  w sposób niezauważalny taką masę drewna przemieścić na tak znaczącą odległość. Prawdopodobnie powtórzyło się to kilkakrotnie.

            Kiedy braciszkowie zakonni nie mogli sobie z tym zagadkowym zjawiskiem poradzić, powiadomili swego zwierzchnika, opata w Lubiążu. Ten nie omieszkał  bezzwłocznie o tym nadprzyrodzonym zjawisku poinformować biskupa wrocławskiego.

            Biskup wysłuchawszy relacji cysterskiego opata  po krótkim namyśle orzekł: Widocznie Bóg chce , aby świątynia  w której  po wieczne czasy czczona będzie Jego Matka została wzniesiona na lewym brzegu rzeki. Woli Bożej nie należy się sprzeciwiać. Zatem kościół w Wieleniu został  wzniesiony w miejscu, jakie upodobała sobie Matka Boża i tam trwa nieprzerwanie przez wszystkie wieki do dnia dzisiejszego

            Drogę przez rzekę, po której w sposób nadprzyrodzony  został przetransportowany  materiał wyznacza  świetlista wstęga. Jest ona  widoczna  po lewej stronie mostu zawsze kiedy słońce  osiąga zenitu.

            Podobne zjawisko optyczne można zaobserwować na powierzchni Jeziora Wieleńskiego we wczesnych godzinach rannych, kiedy  słońce  wznosi się nad osłonińskim lasem  Związana z tym zjawiskiem legenda tym razem przenosi nas  do XV wieku, w 1418 roku zakon cystersów przeniósł się do Przemętu ,gdzie na gruzach  dawnej kasztelani wzniósł nowy klasztor i zbudował okazałą świątynię.  W  sytuacji, gdy wieleńskie sanktuarium straciło tak możnego protektora  zaczęło stopniowo podupadać i  z czasem przeszłoby w niepamięć. Postanowiono  otoczoną kultem i czczoną przez lud wieśniaczy Figurę M.B.także  przenieść do przemęckiego kościoła. Jednak bezskutecznie, gdyż Ona powracała stale do Wielenia, na miejsce swego objawienia.  Świetlistą zaś smugę rozciągniętą na powierzchni jeziora, po której  stąpała Wieleńska Pani, pobożni pątnicy nazwali ,,Ścieżką Maryi”.

▲   do góry

Paskuda
 

            Moja babcia Antosia  posiadała specjalny  termin na określanie niegodnych postępowań  i zachowań ludzkich. Każdy osobnik, który zachowywał się wbrew obowiązującym nakazom czy normom moralnym stawał się ,,paskudą”. Ten dwuznaczny, niezbyt pochlebny epitet w słowniku  mojej babci stał się powszechnością. Czasem  i pod swoim adresem mogłem go usłyszeć  kiedy postępowałem nie tak jak tego  babcia sobie życzyła.

            Paskuda, to zły duch cysterskiego mnicha, który w podstępny sposób uwiódł córkę niałeckiego młynarza: Andzię . Za ten  niegodny występek i złamanie ślubu czystości  zakonnik ten został przez współbraci  wyklęty i skazany na kilkuletnie odosobnienie .  Na miejsce pokuty obrano, położony wśród lasów i  z dala od siedzib ludzkich, Ruchocki Młyn.

            Zamieszkał w podziemiu,  tuż za  głównym wałem młyńskiego koła. Za tak okazaną  ,,łaskawość”,musiał w ramach  pokuty  dźwigać worki ze zbożem.  Gdy zaś w  jeziorze brakowało wody był  zobowiązany własnoręcznie obracać  młyńskie koło.

            Miejsce swego odosobnienia mógł jedynie opuszczać po zapadnięciu zmroku. Wtedy zbierał się ze swego legowiska i wyruszał na ,,szlak cystersów”. Szedł przez Karpicko i Komorowo. Kiedy  znalazł się na grobli i minął Białą Górę przyspieszył kroku. Wnet znalazł się w Niałku, na moście przy młynie,  skąd przez dłuższy czas wpatrywał się  w obracające koło i wsłuchiwał się w jego skrzypiący rytm. Widocznie  głęboko  coś rozpamiętywał, gdyż nagle ocknął się, przerwał rozmyślanie i ruszył  w dół, wzdłuż rzeki, ku Berzyńskiemu Jezioru. Tam wśród bujnej roślinności znajdowało się miejsce, w którym spotykał się z Andzią i spędzał z nią najprzyjemniejsze chwile  życia. Gdzie rozegrał się  akt, za który musi teraz tak srogo płacić.

            Za lata spędzone  na  pustkowiu, za upokorzenia ,obelgi i zniewagi zawziął się na wszystko i na wszystkich. Zrodził się w nim uraz: do braci zakonnych za to, że tak  dotkliwą  pokutę mu wyznaczyli, do chłopów, że musiał  nosić ciężkie wory z ich zbożem, do niałeckiego młynarza, że ujawnił jego romans  z Andzią  co doprowadziło do skazania  na długoletnią izolację i katorżniczą pracę.

            Po odbyciu pokuty przyjęto go na powrót do grona braci zakonnych, ale w klasztorze wieleńskim. W ramach  przydzielonych obowiązków  sprawował nadzór nad dobrami  cysterskimi w Mochach. Widocznie za bardzo przejął się powierzoną mu funkcją  i nazbyt rygorystycznie traktował  tamtejszych kolonów skoro popadł z nimi w konflikt.  Może  w taki sposób pragnął zrealizować swój plan zemsty, obejmując jednocześnie zakon i podległych mu chłopów-kolonów. W każdym razie chwilowy konflikt z czasem przerodził się w otwarty  bunt. Zdesperowani  chłopi, kiedy nie udało  się im  wydostać  spod zwierzchnictwa klasztornego, posunęli się do ostateczności i  spalili dwór wraz z zabarykadowanymi w nim  mnichami.

            W tym chłopskim samosądzie zginął także  nasz upokorzony  mnich. Chociaż  odbył ziemską  pokutę i  przez  braci zakonnych został przywrócony do łask,  to jednak  nie mógł liczyć na  zbawienie wieczne.  Pozostał zatem  na ziemi jako zły duch określany mianem ,,paskuda”.

            Paskuda chociaż była niewidoczna, jednak skutki jej  złośliwych poczynań  odczuwało się na każdym kroku. Kto złośliwie pogasił  gazowe lampy uliczne przy ulicy Lipowej, wiadomo że paskuda, Kto stale niepokoił mieszkańców ulicy Poznańskiej dzwoniąc do ich mieszkań , oczywiście ,że  paskuda. Złośliwości paskudy nie miały granic. Paskuda niszczyła skwery kwiatowe w mieście  i łamała uliczne ławki, wybijała szyby  w gablotach rozmieszczonych wokół  ratusza   i zrywała plakaty ze słupów ogłoszeniowych.

            Paskuda prowokowała między ludźmi ciągłe konflikty. Potrafiła  nawet poróżnić  najbliższych, długotrwałych przyjaciół. Jeżeli  na kogoś się zawzięła to już ten nieszczęśnik nie zaznał od niej spokoju.

            Głośnym przed laty w mieście stał się  konflikt, który z czasem przybrał  postać obyczajowego skandalu, ponieważ kolega  B. podczas sprzeczki z kolegą  K. zakwestionował jego męskość.. Ten ostatni poczuł się do tego stopnia urażony, że nie pomogły żadne próby zmierzające do polubownego  załatwienia  sporu.  W końcu sprawa  trafiła na wokandę sądową. Sporo kosztowało to czasu i zabiegów zanim sądowi udało się pojednać  zwaśnione strony. Ale paskuda czuwała,  aby do zgody nie doszło Kiedy po wyjściu z sali rozpraw skłóceni koledzy podali sobie ręce na zgodę i przyrzekli  ,że już nigdy do tej drażliwej  sprawy  nie powrócą, wystarczył jedno nierozważne zapytanie: czy prawdą jest, że ma ,,takiego”, wskazując przy tym na mały palec u ręki. To wystarczyło, aby cała sprawa rozgorzała  od nowa i  ku uciesze nie poskromionej paskudy toczyła się nieskończenie długo.

            Skutki  mściwości paskudy  odczuwał  szczególnie dotkliwie znany ze swoich figlarnych poczynań Bernard Domagalski. Należy dodać, że nie oszczędzał on tego zadziornego ducha i przy każdej okazji starał się odsłonić jakiś epizod z jego niezbyt chwalebnego żywota. To też  paskuda czyhała kiedy nadarzy się  okazja ,aby  mogła odpłacić się jemu za wszystkie obelgi i zniewagi. I doczekała się .

            Pewnego  ranka Bernard wybrał się łodzią na ryby. Próbował wędkowania w różnych  częściach jeziora jednak bez rezultatu. W końcu znalazł takie pewne do wędkowania  miejsce,  u wlotu Dojcy. Łódź zacumował  u brzegu rzeki , a sam udał się  na  stanowisko, gdzie pozarzucał swoje wędki. O dziwo ryba brała jak nigdy, ale i paskuda nie  próżnowała. Czyhała tylko na stosowną chwilę , aby  móc się zemścić. Kiedy nasz wędkarz był zajęty swoim hobby, paskuda uwolniła łódź, która niesiona  nurtem  rzeki wnet znalazła się  po środku jeziora.

            Kiedy Bernard zauważył co się wydarzyło,  na ratowanie łodzi było już za późno. W dodatku nadciągała burza. Znalazłszy się w tak zaskakującej sytuacji, pomstując na swoją nierozwagę,  przemoknięty do suchej nitki,  ruszył brzegiem jeziora ku miastu. Szkoda tylko, że nie słyszał co wtedy wyczyniała paskuda, że  udało się jej w taki prosty sposób, tak dotkliwie odegrać  na swoim  prześladowcy i kpiarzu.

            Wiele takich zdarzeń jak  powyższe, które działy się za sprawą paskudy, można by było jeszcze odnotować, Jednak wszystko ma swój koniec..

            Koniec  dotyczył  również paskudy. Stanęła po raz ostatni  w Niałku na moście. Popatrzyła w lewo, spojrzała w prawo i co zobaczyła. Zamiast drewnianych chałup krytych gontem, piętrowe wille. W miejscu rozległej grobli,  asfaltowe ulice, po których jak oszalałe mknęły rzędy luksusowych aut. I ludzi stłoczonych na chodnikach, którym gdzieś bardzo było spieszno. Z politowaniem  raz jeszcze popatrzyła na to wszystko i rzekła: Nic tu po mnie i odeszła. Nikt nie wie gdzie, gdyż słuch wszelki  po niej zaginął.

            Pozostało jedynie wspomnienie i niewybredny epitet. Ale mało kto wie co on faktycznie oznacza.
Niech już tak pozostanie!

▲   do góry

 

Prawda i fikcja w legendzie ,,O Lechu, Czechu i Rusie”

 

            W tym miejscu należy odnieść się do legendarnej postaci Lecha, na którą polska historiografia często się powołuje. Taka kontrowersyjna postać, której nie sposób jednoznacznie umieścić w naszych narodowych dziejach, stwarza nie lada problem.

            Ja również to tak odczuwam i  nieraz zadaję sobie pytanie, czy wierzyć legendom?

            Kiedy przyszło  mi uczyć śpiewu, wertując program nauczania tego przedmiotu, natrafiłem na znaną, popularną piosenkę, odnoszącą się do naszych pradziejów. Zaczyna się ona od słów: „...Kiedy Lech przyszedł w te kraje...” Ponieważ pieśń jest melodyjna, zatem młodzież śpiewała ją z przyjemnością, akcentując z przejęciem strofy tekstu.: ,,Znalazł dziczyznę i gaje, wody i pola nieżyzne”. W tym miejscu  zaczęły się moje wątpliwości.  Zauważyłem w   tekście znaczne rozbieżności mijające się z prawdą historyczną. Dotyczy to również znanej legendy: „ O Czechu, Lechu i Rusie”.  Prześledźmy zatem  ich treści,  starając się je odnieść do naszych  historycznych dziejów.

            Jak wynika z legendy, Lech był przywódcą plemienia, względnie szczepu nazywanego   Lechitami. Na nasze ziemie  przybył ze wschodu. Po przebyciu południowych stoków Karpat,   przez Bramę Morawską,  przedostał się na stronę północną. gdzie w okolicy dzisiejszego Cieszyna, przy źródle zwanym „ Brackim”, pożegnał się  z Czechem   i Rusem.  Następnie Lech na czele  wiernego mu szczepu  ruszył na północ, nad Wartę ,,Polsce obierać ojczyznę”. Nie wiemy, którędy wiódł szlak Lechitów i jak długo to trwało. Była to daleka i uciążliwa   droga. Zapewne wiodła przez  Ziemię Śląską, przez rozlewiska rzeki Baryczy i  bagna Obry, zanim strudzeni Lechici dotarli do  nadwarciańskiej krainy, do miejsca, gdzie napotkali gniazdo białego orła,   pełne wrzaskliwych piskląt. Zgodnie  z przekazem legendy właśnie to miejsce należy przyjąć za kres wędrówki Lechitów.

            Tę dziejową dla każdego Polaka chwilę, gdy Lech oznajmia swoim wiernym współtowarzyszom, że na tym miejscu zbuduje  gród,  obrazuje zamieszczony fragment:

                                „... Tu gdzie gniazdo ma królewski ptak,

                                       ja zbuduję nowy gród wspaniały.

                                      Od orlego gniazda nazwę dam.

                                       Niech się  Gniezno nowy gród nazywa ,

                                       I za  gniazdo niechaj służy nam...”

            Piękna jest ta legenda.  Wzniosły i pełen liryzmu jest także tekst piosenki. Jednak obydwa utwory przeczą faktom historycznym.. Ujmowanie naszych dziejów w taki uproszczony sposób oznaczałoby, że Lech przybył do kraju pozbawionego ludności, pokrytego ogromnymi, dziewiczymi lasami, rozlewiskami wodnymi i polami ,, nieżyznymi”. A tak nie było!

            Miejsce, do którego Lech  dotarł  i  gdzie zamierzał zbudować dla swego ludu okazałe grodzisko, było położone w centrum bardzo żyznej i bogatej krainy. Z tej racji wcześniej niż sięgają nasze pradzieje, tereny te zostały zasiedlone i to w bardzo dużym rozmiarze. Od bardzo dawna rozwijało się tu rolnictwo i hodowla bydła, kwitło rzemiosło i wymiana towarowa, a zaradny i pracowity lud żył  w pokoju i dostatku.

            Również  nie do zaakceptowania  jest przedział czasowy, w jakim Lech miał przybyć ,,w te kraje”. Jak wynika z badań archeologicznych przeprowadzonych na ,,Górze Lecha” w Gnieźnie,  odkryte tam ślady zespołu grodowego pochodzą dopiero z końca X wieku. Zatem Lech nie mógł być tym, który położył podwaliny pod Gniezno, przyszłą stolicę Polski. Również w żadnym przypadku Lech nie mógł być założycielem jakiegokolwiek organizmu plemiennego, bo idea taka zrodziła się dopiero po pięciu wiekach od  pojawienia się  na tych terenach  lechickich  plemion.

            Czy młodzież, przed którą starałem się odsłonić tak pojęte dzieje naszej państwowości, zrozumiała moją intencję? Czy kiedy śpiewała tę popularną i powszechnie znaną piosenkę i z przejęciem akcentowała słowa ,,Kiedy Lech przyszedł  te kraje”, wczuwała się w sens tekstu  i zauważała rozbieżności pomiędzy prawdą historyczną a literacką fikcją? Raczej nie!  Młodzież koncentruje się wyłącznie na tym, co jest jej bliskie i zrozumiałe. Historia natomiast  sięga naszych   pradziejów,  czyli czasów  bardzo odległych  i dotyczy naszych praprzodków, którzy  na tych ziemiach żyli, pracowali, walczyli i odchodzili, przekazując cały dorobek swoim następcom. Tak przebiegało to z  pokolenia na pokolenie, aż dotarło do czasów nam współczesnych. I tak będzie nadal przebiegać!

            A nieścisłości stwierdzone w cytowanych utworach?  Niech sobie będą. Takie jest prawo legend!

            To nic, że są to tylko legendy.  Jakże jednak w swej treści  piękne. Nie ważne, że nie oddają prawdy historycznej. Młodzież zadowala się tym, że je recytuje i śpiewa, nie wnikając w ich treść. Niech  już  tak zostanie. Pozwólmy jej w tym trwać!                                                                                                                                   
▲   do góry