Herb miasta Wolsztyn


 

.


Strona główna

Najdawniejsze dzieje

Na ziemi Obrów

Miasto mojej młodości

Czasy przedwojenne
(1929 – 1938)

Przed burzą
(1938 –1939)

Wróg u bram

Niemiecki porządek
(1939-1945)

Obrazki z życia w okupowanym mieście

Okres powojenny

Wyzwolenie Wolsztyna
(26.I 1945)

Powrót do normalności
(1945-1949)

Potomnym ku przestrodze


Artykuły

Legendy i baśnie

Informacje o autorze


 


 


.




 

   
      O produkcji sukna i ostatnim w mieście foluszu
      Wolsztyńskie wiatraki – ich rozwój i kres
      
Między Odrą a Nysą Łużycką - wspomnienie o Józefie Prządce
     
Narodziny monumentu - wspomnienie o Edwardzie Przymuszale
      
Tragiczny pochówek - wspomnienie o Florianie Lemańskim
    
  Alosza
     
Wyprawa po ,, złote runo”
    
 
Gimnazjum i Liceum w Wolsztynie - W hołdzie profesorom i wychowawcom 
      
Radziecka ofensywa zimowa – styczeń 1945 roku



 

O produkcji sukna i ostatnim w mieście foluszu
 

            W Wolsztynie przy ulicy Biała Góra (obecnie Roberta Kocha) po przeciwnej stronie sklepu spożywczego pp. Pospiechów znajdował się mało okazały i częściowo zapadnięty w ziemię, podłużny parterowy budynek. Mnie obiekt ten kojarzył się zawsze z zakładem garbarskim i przepływającą obok cuchnącą rzeczką .

            Obraz taki zachował się w mojej pamięci od czasu, gdy jako uczeń w drodze do i ze szkoły zatrzymywałem się wraz z kolegami przy tym budynku, aby przez otwór w płocie popatrzeć na przepływającą  tam rzeczkę. Najbardziej interesowało nas,  a mnie szczególnie, to miejsce, gdzie woda płynęła w kamiennym żlebie i z szumem zlewała się na niższy poziom. Stąd płynęła już swobodnie ukrytym pod ulicą przepustem, aby ponownie ukazać się, ale już na tak zwanych ,,łąkach”.

            Wykorzystywaliśmy ten wartki nurt rzeczki, wrzucając doń kawałki kory lub drewna, po czym biegiem udawaliśmy się na przeciwną stronę ulicy, aby popatrzeć jak z tego mrocznego tunelu wypływają. Cieszyło to nas i bawiło.

            Młodszemu pokoleniu obiekt ten kojarzy się z warsztatem blacharskim, w którym znany wolsztyński rzemieślnik p.Grzyl wytwarzał okucia dachowe, rynny, spusty i blaszane naczynia. Zatem w dziejach Wolsztyna obiekt ten spełniał różne przydatne gospodarczo funkcje. Były one zawsze związane z rzemiosłem lub usługami na rzecz mieszkańców miasta i pobliskich wsi.

            Taką usługową funkcję  budynek ten spełniał również w przeszłości, gdy w obiekcie tym znajdował się zakład związany z przetwórstwem włókienniczym zwany foluszem.

            Wolsztyn posiada bogatą tradycję w zakresie włókiennictwa. Najpierw jako osada służebna, a później ośrodek miejski  był zawsze związany z produkcją włókna roślinnego i zwierzęcego oraz jego przetwórstwem. Wskazuje na to  nazwa ,,Bielnik”, odnosząca się obecnie do restauracji,  obiektu  usytuowanego po zachodniej stronie  jeziora. Nazwa  ta została zapożyczona od terenu nazywanego w przeszłości ,,blichem”, miejsca, na którym w słoneczne dni wolsztyńscy tkacze bielili płótno.

            Jednak najbardziej rozpowszechnionym rzemiosłem było włókiennictwo oparte na przetwórstwie runa owczego. Potwierdzeniem tego jest nazwa Wolsztyn (z niem.Wollstein)  w której człon ,,woll” oznacza wełnę czyli półprodukt uzyskiwany  z sierści zwierząt. Zatem w rejonie tym w przeszłości, obok przetwórstwa włókienniczego, była również szeroko rozwinięta hodowla owiec.

            Runo owcze jako surowiec znajdowało zastosowanie w włókiennictwie wełnianym. Niezbędną do produkcji dzianin wełnianych przędzę uzyskiwano metodą chałupniczą. W długie jesienno- zimowe wieczory kobiety na kołowrotkach skręcały włókna runa owczego w wełnianą przędzę. Z przędzy tej, przy użyciu warsztatu tkackiego, krosna otrzymywano dzianinę zgrzebną, która   służyła także za materiał do produkcji sukna.

            Sukno to tkanina wełniana uzyskiwana z dzianiny zgrzebnej o splocie płóciennym, z której przez folowanie otrzymywano spilśnioną powierzchnię. Ze sukna szyto okrycia wierzchnie, regionalne zwane sukmanami. Były one powszechnie noszone  jeszcze na początku XX wieku przez ludność chłopską i mniej zamożne mieszczaństwo.

            Pierwotnie materiał sukienniczy wytwarzano sposobem chałupniczym poprzez ubijanie rozłożonej na stole wełnianej dzianiny drewnianymi ,,klepakami”. Był to proces prymitywny, czasochłonny i uciążliwy o ograniczonym zakresie produkcji, przeznaczonej głównie na użytek własny.

            Na bazie płótna i sukna rozwijały się w mieście usługi krawieckie.  Zawód związany z tym rzemiosłem posiada w Wolsztynie również bogatą tradycję. Dowodzi tego fakt, że pierwszym w historii  miasta burmistrzem został niejaki Piotr zwanym Krawcem.

            Od XVI wieku wzrasta w Europie zapotrzebowanie na sukno. Zanim rozwinęła się rodzima produkcja sukna na skalę rynkową,  materiał ten trafiał do nas za pośrednictwem kupców  z krajów zachodnich, głównie Flandrii. Lecz nie trwało to zbyt długo. Wolsztyńscy tkacze nie mogli pozwolić, aby  pozbawiono ich tak intratnego źródła dochodu. Wnet uporali się z zachodnimi konkurentami, podejmując produkcję tego poszukiwanego na rynku materiału tu na miejscu. Powstają pierwsze w mieście i okolicy  wyspecjalizowane zakłady rzemieślnicze związane z produkcją tkaniny sukienniczej.

            Dla potrzeb ludności niezwiązanej z chałupniczą  wytwórczością tkacką, tkaniny wytwarzały warsztaty-manufaktury. Obiekt taki, w którym w XIX wieku mieściła się jeszcze manufaktura tkacka produkująca tkaninę wełnianą na sukno, zachował się  przy ulicy Krętej, obok restauracji ,,Pod Kasztanami”.

            Obok manufaktur tkackich powstają pierwsze w mieście i okolicy manufaktury  folusznicze, czyli zakłady rzemieślnicze  produkujące sukno na potrzeby rynku. W 1745 roku  naliczono  w samym tylko Wolsztynie 11  zakładów sukienniczych.

            Aby ułatwić miejscowym sukiennikom zbyt na wytwarzany przez nich materiał,  ustanowiono w mieście specjalne jarmarki. Z tej racji Wolsztyn stał się znaczącym ośrodkiem produkcji sukna  i handlu jego wytworami.

Poza Wolsztynem liczącymi się ośrodkami rzemiosła sukienniczego były: Rostarzewo, Rakoniewice, Wielichowo, Śmigiel, Wschowa, Sława, Szlichtyngowa, Kargowa i wiele  dalszych miejscowości.

            Aby foluszniczy zakład mógł powstać i bez zakłóceń funkcjonować, koniecznym warunkiem była woda. Toteż tego typu zakłady wznoszono nad rzeczkami o wartkim nurcie.  Woda stanowiła również siłę, która obracała koło młyńskie  napędzające urządzenie folusznicze.

            Proces folowania odbywał się na mokro. Polegał on na tym, że zgrzebną tkaninę wełnianą rozkładano na  masywnym, obszernym stole, polewano obficie gorącą wodą, po czym ją spilśniano.

            Spilśnianie powierzchni tkackiej w celu uzyskania większej spoistości oraz zaniku widoczności nitek osnowy i wątku, uzyskiwano dwoma metodami. Z tej racji rozróżnia się folusze wałeczkowe i młotowe. W pierwszym przypadku sukno uzyskiwano poprzez obróbkę tkaniny wełnianej za pomocą walcowania lub ugniatania. Druga metoda,udarowa służyła do produkcji sukna bitego.

            W tego rodzaju zakładach odbywał się również proces otrzymywania filcu. Do produkcji tego materiału wykorzystywano  zmierzwioną sierść zwierzęcą, którą przy użyciu ubijaków, (młotów) w celu uzyskania większej gęstości i spoistości scalano w jednolicie zwarty materiał. Filc służył od  dawna i nadal służy do produkcji kapeluszy i innych nakryć głowy jak czapki i berety.

            Zakład foluszniczy przy ulicy Biała Góra powstał przypuszczalnie na początku XIX wieku i  mimo wzmagającej  się  konkurencji przemysłu fabrycznego ( Łódź, Pabianice, Bielsko) przetrwał do pierwszej wojny światowej. Nie wiadomo,  czy był jedynym zakładem  z branży włókienniczo-sukienniczej   w  mieście. Ale na pewno ostatnim.

            Dzisiaj na tym miejscu wznosi  się nowa  budowla, która w niczym nie przypomina funkcjonującego tu przed laty rzemieślniczego zakładu sukienniczego. Szkoda, że tego rodzaju relikty naszej przeszłości znikają tak niespostrzeżenie i  bezpowrotnie.

▲   do góry

 

Wolsztyńskie wiatraki - wspomnienie z czasów dzieciństwa

 

            Od kiedy człowiek obrał osiadły tryb życia i zaczął uprawiać zboża, jego podstawowym pożywieniem stała się mąka  i jej przetwory, głównie chleb.  Zatem mąkę produkowano od zarania  dziejów niemal w każdym chłopskim domu. Z tej racji  mąka w procesie żywienia  stała się artykułem codziennym i powszechnym.  Tę priorytetową pozycję mąka zachowała  do dzisiaj.

            Mąkę otrzymywano pierwotnie przez rozcieranie zboża przy pomocy prostego, kamiennego urządzenia zwanego żarnami. Żarna składały się  z dwóch dopasowanych, okrągłych kamieni: nieruchomego, spodniego (leżaka) i górnego obrotowego zwanego ,,biegunem”.

            Od XIV wieku w krajach zachodniej Europy produkcję mąki przejęły młyny wodne i wiatraki. W tych obiektach kamienie młyńskie,  żarna  zachowały nadal swoją podstawową funkcję. Były one  jednak większych rozmiarów  i działały pod wpływem  siły wiatru lub wody. Doszły jednak nowe, dodatkowe urządzenia, których zastosowanie   wpłynęło na lepszą jakość otrzymywanego produktu.

            Do Wolsztyna  młyny wiatrowe dotarły w XVI wieku  za pośrednictwem osadników , nazywanych w lokalnej gwarze  ,,olędrami . Nieznane dotychczas na tym terenie wiatrowe budowle wznoszono  w całości z drewna. Lokalizowano je na obrzeżu miasta , na terenach przewiewnych i pagórkowatych. Do budowy wiatraków, przyszli przedsiębiorcy-młynarze angażowali cieśli sprowadzanych z krajów zachodnich.

            Na przełomie XVI-XVII wieku, w związku z intensywnym  rozwojem gospodarczo-społecznym kraju, wzrasta znacząco liczba ludności. Wraz ze wzrostem populacji  zwiększa  się zapotrzebowanie na mąkę i jej pochodne: kaszę, śrutę, otręby. Ta współzależność miała z kolei wpływ na wzrost liczebny wiatraków. Toteż liczba ich systematycznie wzrastała.

            Ze względu na nietrwałość materiału z jakiego te obiekty wznoszono, czas ich żywotności był ograniczony. Z tej racji  ilość wiatraków stale się zmieniała. Dlatego trudno dzisiaj ustalić,  ile faktycznie tych  obiektów w obrębie Wolsztyna funkcjonowało. Musiało  być  ich sporo, skoro na początku XX wieku,   w sąsiedztwie Wolsztyna zachowało się jeszcze dziesięć produkcyjnie czynnych  wiatraków.  Dwa z nich były  usytuowane  na zachodnim, a pozostałe na wschodnim obrzeżu  miasta.

            W Niałku znajdowały się dwa  wiatraki. Pierwszy stał  przy drodze do Kiełpin, drugi  na wzniesieniu za dawną szkołą.

            Po wschodniej stronie miasta, wiatraki były rozmieszczone wzdłuż  jego obrzeża.

            Na wzniesieniu, u styku ulicy Gajewskiej z Berzyną znajdował się wiatrak nazywany ,,Berzyńskim Młynem”. Od niego nazwę  przyjęła funkcjonująca tam do 1945 roku knajpa, prowadzona przez znanego ,,hakatystę”  Tr. Thiema.  W okresie międzywojennym odbywały się tutaj  zjazdy i festyny mniejszości niemieckiej”.

            Najbliżej miasta, tam, gdzie obecnie mieści się biblioteka stały  dwa bliźniacze  wiatraki. Zaprzestały one swą produkcyjną działalność z chwilą  powstania gazowni i z planowaną  w tym miejscu budową elektrowni miejskiej. Kolejny wiatrak wznosił się  nie opodal ulicy Lipowej za zakładem olejarskim pp. Kaźmierczaków. Również przy tej ulicy , naprzeciwko cmentarza ewangelickiego, za posesją pp.Hajnów znajdował się wiatrak, który  rozebrano w związku  z rozbudową miasta w tym kierunku

            Wśród tego typu młynarskich zakładów najstarszym zapewne był wiatrak, który wznosił się na styku ulicy Nowej z ulicą Młyńską (obecnie Powstańców Wielkopolskich). Był on usytuowany na gruncie należącym do  komorowskiego kościoła. W okresie międzywojennym znajdował się na tym miejscu sad, którego właścicielami byli pp. Orwatowie.

            Następne dwa  wiatraki znajdowały się tuż za szkołą nr.2, pomiędzy ulicami, Młyńską i Krętą,  na  wzniesieniu zwanym ,,Młyńską Górką”.

            Ze względu na  swe malownicze położenie, unikalną architekturę i niepowtarzalny charakter produkcji, wiatraki te  przetrwały najdłużej i stały się nieodłącznym  elementem   wolsztyńskiego  pejzażu.

            Sylwetka wiatraka towarzyszyła mi zatem od najwcześniejszych lat  życia. Dotyczy to obiektu, usytuowanego przy ulicy Lipowej, który stanowił własność p. Heindricha. Mieszkając  w pobliżu tego wiatraka, miałem jego smukłą sylwetkę  stale w zasięgu  wzroku. Niezależnie od pory dnia czy roku lub warunków atmosferycznych  budowla ta wyzwalała we mnie zawsze mieszane odczucia. Z jednej strony potęgowała ciekawość oraz chęć jej poznania, z drugiej budziła trwogę i lęk. Lęk był w dodatku świadomie, celowo potęgowany przez moją babcię i rodziców, którym zależało, abym ze względu na grożące  niebezpieczeństwo, nie zbliżał się do tego wiatraka.

            Aby mnie odwieść od takiego zamiaru, posługiwali sie różnymi fantastycznymi i przerażającymi opowieściami. Z ich treści wynikało, że w wiatraku przebywają duchy zmarłych młynarzy, dawnych właścicieli. Natomiast podczas burzy gromadziły się w nim ,,złe moce”, które wraz z mieszkającą pod wiatrakiem czarownicą wyczyniały różne ,,cuda i dziwy”. Młynarz też zapewne nie  był  osobą godną zaufania, skoro jego wiatrak i sąsiednie  zabudowania gospodarcze upodobały sobie myszy i  szczury.

            Faktycznie, w czasie burzy, na tle ponurego nieba i w świetle przeszywających błyskawic oraz ogłuszających grzmotów sylwetka wiatraka przedstawiała się szczególnie groźnie. Zaś skrzypienie, trzaski i zgrzyty wydobywające się z tego leciwego obiektu, jeszcze bardziej  potęgowały nieprzyjemne skojarzenia. Co się tyczy myszy i szczurów to oczywiste, że te dokuczliwe gryzonie gromadzą się zawsze tam, gdzie znajdują łatwy dostęp do pożywienia. W młynie czy w stodole   tego  im nie brakowało.

            Kierowane przez rodziców i babcię pod moim adresem uwagi, zakazy czy ostrzeżenia, podbudowywane odstraszającymi opowieściami, nie na wiele się  zdały. Skoro tylko nadarzała się okazja,  natychmiast biegłem w stronę wiatraka do  przyjaznego mi młynarza. Dzięki temu mogłem bezpośrednio zapoznać się  z wewnętrzną konstrukcją tego obiektu, jego urządzeniami i procesem przemiału zboża na mąkę.

            Wiatrak młyński, zwany potocznie ,,koźlarzem”, to wysmukła, prostokątna budowla  wzniesiona w całości z drewna  i  pokryta gontowym poszyciem. W górnej części budowli, pod  dwustronnie spadzistym dachem, na grubym drewnianym wale, były umocowane potężne skrzydła. Wejście do wnętrza wiatraka znajdowało się po przeciwnej stronie skrzydeł  na wysokości  standardowego półpiętra. U wejścia znajdował się niewielki balkonik połączony z ziemią  stromymi schodami. Na tej galeryjce, wsparty o jej balustradę młynarz nieraz  przez wiele godzin  czekał cierpliwie  na  wiatr.

            Wiatrak posiadał konstrukcję ruchomą osadzoną na potężnym słupie. Było to niezbędne, gdy zachodziła potrzeba ustawienia  obiektu  stosownie do kierunku wiatru. Do tego manewru służył drąg, wyprowadzony ze środkowej części wiatraka, który podciągany przez    nawijany na kołowrót łańcuch , obracał cała budowlę  wokół własnej osi.

            Do procesu produkcji, jak wskazuje nazwa, była wykorzystana siła wiatru, która działając na klapy skrzydeł wprawiała je w ruch. Zamontowane na  skrzydłowym wale ogromne koło zamachowe przenosiło tę siłę, za pośrednictwem przekładni zębatych, na urządzenia produkcyjne.

            Proces  zamiany zboża na mąkę, chociaż sam niezbyt skomplikowany, był niezmiernie ciekawy. Na najwyższą kondygnację worki ze zbożem były transportowane przy użyciu wciągarki linowej działającej na zasadzie wielokrążka. Tam zboże było składowane w obszernej skrzyni, skąd  odpowiednim przepustem przesypywało się na ,,przetak”. Przetak to urządzenie sitowe służące do czyszczenia ziarna przeznaczonego na przemiał. Stąd zboże przedostawało się  na środkową  kondygnację, gdzie  ogromne żarna  rozcierały je na  miałką śrutę.

            Zmielone zboże trafiało do ,,pytla”. Pytel to prymitywne urządzenie w postaci  podłużnego worka ,,bez dna” wykonanego z wełnianej tkaniny. Worek ten zwany ,,rękawem”, wstrząsany przez odpowiednie urządzenie, oddzielał mąkę od otrąb. Gotowa mąka trafiała do skrzyni lub  bezpośrednio do worków, które następnie były opuszczane  na podstawiony pojazd.

            W sąsiedztwie Wolsztyna wiatraki młyńskie  prosperowały do drugiej połowy XIX wieku. Dalszą ich  egzystencję zakłóciło uruchomienie w mieście nowoczesnego młyna walcowego. Był on, w odróżnieniu od wiatraków czy młynów wodnych, wyposażony w nowoczesne i  wydajniejsze urządzenia mechaniczne  napędzane maszyną parową. Od tej pory datuje się kres wiatrakowego młynarstwa. Z otoczenia miasta zaczęły znikać wiatraki, te unikalne pod względem  architektonicznym i tak charakterystyczne dla wolsztyńskiego krajobrazu -  przemysłowe budowle.

            Mimo wzmożonej konkurencji młynów parowych część tych zabytkowych obiektów przetrwała  i była  nadal   produkcyjnie czynna. W latach trzydziestych  działały jeszcze wiatraki przy ulicy  Lipowej i Młyńskiej oraz w Niałku.

            W 1936 roku rodzice moi przeprowadzili się na ulicę Nową. Ja natomiast zostałem  uczniem  szkoły nr 2. Urwały się zatem moje kontakty  z wiatrakami,  chociaż  nie tak do końca. W sferze moich zainteresowań znalazł się tym razem wiatrak przy ulicy Młyńskiej, obok którego codziennie przechodziłem  w drodze do  szkoły. Mimo zabiegów nie udało mi się   zaprzyjaźnić z jego właścicielem, ani też  bywać we wnętrzu tegoż wiatraka. Mimo to obiekt ten stanowił dla mnie atrakcję, a to z powodu górki, na której się wznosił.

            ,,Młyńska górka” stawała się popularna w okresie zimy. Gdy   śnieg  pokrył  wzniesienie,  zamieniało się ona wówczas w ogólnie dostępny tor saneczkowy. Przy dobrym rozbiegu i umiejętnym manewrowaniu saneczkami można było dojechać nawet do placu Kościuszki.

            Niedługo  dane było temu  wiatrakowi spełniać swą funkcję. Wyrok nań  wydały władze miasta, dla których niezbędnym stał się materiał,  z  jakiego zbudowane było  wzgórze. Zatem wiatrak przestał istnieć. Rozebrano go i sprzedano   młynarzowi  ze Śmigla . Miał on  nadal mleć zboże, lecz już w innym rejonie.  Widziałem szkielet tego wiatraka, gdy obnażony  z  zewnętrznego okrycia odsłonił swoje wnętrze, ukazując nieczynne   już mechanizmy.

            A potem przyszła kolej na ,,młyńską górkę”. W związku z budową ulicy Gajewskich zlikwidowano to wzgórze, a ziemię wykorzystano jako podkład pod nową nawierzchnię brukową.

            Niewiele dłużej, bo zaledwie do 1940 roku, przetrwał wiatrak przy ulicy Lipowej. Kres jego działaniu położyli Niemcy, którzy w tym sektorze miasta zbudowali osiedle mieszkaniowe. Wysoka, zwarta zabudowa   odcięła temu wiatrakowi dostęp do zachodniego wiatru, a to dla jego  funkcjonowania  okazało się  zabójcze.

            Skończyła się epoka wiatrakowego młynarstwa. Z wolsztyńskiego pejzażu zniknął ostatni wiatrak, relikt zamierzchłej przeszłości. Zachowało się jeszcze wspomnienie, a i to z czasem  pójdzie w niepamięć.

            Pozostaną jedynie pożółkłe karty historii.

▲   do góry

 

Między Odrą a Nysą Łużycką - wspomnienie o Józefie  Prządce

 

            Gdy wojska radzieckie zbliżały się do Wolsztyna, wśród hitlerowców, którzy  ostatni opuszczali  miasto, znajdował  się  zarządca  przedsiębiorstwa  budowlano- opałowego, którego magazyny były usytuowane przy ulicy Strzeleckiej i Wschowskiej. Niemiec ten do Wolsztyna przybył  z krajów nadbałtyckich, dlatego nazywany był ,,Baltendeutschem” lub ,,Treuhaendlerem”. Jako  zagorzały nazista  związał się ze służbami specjalnymi. Z tej racji uczestniczył we wszelkich akcjach skierowanych  przeciwko Polakom. Dlatego  przez wolsztynian  był znienawidzony.  Gdy rządy hitlerowców  dobiegały końca , porozumiał się z dwoma funkcjonariuszami SS, którzy  na terenie zakładów  ,,Hoyera” nadzorowali produkcję dla wojska  i razem z nimi zaplanował opuszczenie miasta.

            Niemiec ten, planując ucieczkę z podległego mu przedsiębiorstwa, zarekwirował samochód  wraz z kierowcą. Wybrał  auto, które posiadało silnik napędzany gazem drzewnym, co przy  powszechnym kryzysie na materiały pędne było  niezmiernie ważne. Taki nietypowy pojazd posiadał po lewej stronie kabiny cylindryczny piec, czyli generator, w którym podczas  spalania drewna  uwalniał się gaz służący do napędu silnika. Na owe czasy było to unikalne  auto, a obsługiwał je znakomity kierowca. 

            Tym kierowcą był,  dobrze znany starszemu pokoleniu wolsztynian, mój wujek - Józef Prządka. Należał  do tej  kategorii pracowników, którzy znaczną część życia spędzili za kierownicą. Przed wojną wykonywał usługi transportowe w firmie pp. Przymuszałów. Na tym stanowisku  przetrwał również okres hitlerowskiej okupacji. Po wojnie był kierowcą samochodowym w Inspektoracie Oświaty, gdzie pracował  do czasu, aż objął podobne stanowisko  w miejskiej OSP. Zatem nieprzerwanie  mieszkał w Wolsztynie, a jako kierowca samochodowy  często bywał w rozjazdach. Znał bardzo dobrze teren i ludzi, więc posiadł spory zasób wiedzy odnośnie ich życia i zachowań w sytuacjach ekstremalnych. On przekazał mi informacje dotyczące atmosfery panującej w mieście przed wkroczeniem wojsk radzieckich. Opowiedział też o swym  przymusowym uczestnictwie w ucieczce  ostatnich hitlerowców   i warunkach,  w jakich  przyszło mu żyć,  gdy przebywał na lewym brzegu Odry.

            Wymienieni wyżej hitlerowscy funkcjonariusze  opuścili Wolsztyn w południe 25 stycznia, niemal w ostatniej chwili, gdy do miasta dochodziły już  odgłosy zbliżającego się frontu. Przez cały czas jazdy droga była pusta, a mijane miejscowości stwarzały  wrażenie wymarłych. Dopiero gdy minęli Kopanicę i przekroczyli  most na Obrze,  napotkali pierwszą osobę - przestraszonego  Niemca. Od  niego dowiedzieli się, że z Babimostu do Kargowej podąża zmotoryzowana kolumna radzieckiego wojska. Ta wiadomość ogromnie ich przeraziła. Zwiększono zatem szybkość, aby jak najprędzej znaleźć się  w Sulechowie. Jeszcze mieli do przebycia około 10 km, gdy zauważyli, że dogania ich   kolumna  wojskowych samochodów. Nie mieli złudzeń,  czyje  to były pojazdy.

            Tajemnicą pozostanie, w jaki sposób udało się mojemu wujkowi  bezkolizyjnie pokonać wąskie, kręte uliczki Sulechowa i jak znaleźli się w Cigacicach. Mieli szczęście, że zezwolono im jeszcze przedostać się na drugi brzeg Odry, bo w zasadzie most był już zamknięty i przygotowany do zburzenia.

            Gdy znaleźli się w połowie drogi do Zielonej Góry, powietrzem targnął potężny wybuch. To zdetonowany został most na Odrze. Przerwano zatem  wojskom radzieckim dalsze natarcie w głąb Niemiec. Od tej chwili uciekający hitlerowscy  poczuli się bezpieczni. Dalej już mogli poruszać się swobodniej i wolniej.

            Do Gubina wjechali już odprężeni. W mieście tym,  jak i w miejscowościach, przez które przejeżdżali,  nie było widać zamieszania, paniki czy psychozy wojennej. Funkcjonowały urzędy państwowe i instytucje użyteczności publicznej. Gwarno było w restauracjach i peryferyjnych gospodach. Większość Niemców zachowywała się tak, jakby do nich nie dotarło, że za Odrą są już Rosjanie. Inaczej te sprawy traktowali  Niemcy, którzy po ucieczce z Polski przebywali czasowo w tych miejscowościach. Milczeli jednak,  gdyż niebezpiecznie  było w zaistniałych okolicznościach ujawniać swoje odmienne poglądy.

            W Gubinie hitlerowscy uciekinierzy zakwaterowali się  w miejscowym hotelu i w nim postanowili poczekać na dalszy rozwój wydarzeń. Nie przypuszczali, że tak  wyczerpującą i denerwującą może być  bezczynność. Doświadczyli tego na sobie, gnieżdżąc się w zatłoczonych pomieszczeniach, zmuszeni wysłuchiwać codziennie tych samych, niepokojących  komunikatów.

            Mijał już drugi tydzień, od kiedy opuścili Wolsztyn. Nie mając konkretnego zajęcia, myśleli, jak by tu sobie uprzyjemnić ten bezużytecznie spędzany czas. Wtedy któryś z hitlerowców  przypomniał sobie, że w Zielonej Górze mieszka jego partyjny kolega, którego wypadałoby odwiedzić. Bez sprzeciwu wszyscy zaakceptowali ten  pomysł.

            Nazajutrz, 8 lutego, wybrali się w podróż do Zielonej Góry. Dzień był pogodny i nic nie wskazywało, że może się  coś nieprzewidzianego wydarzyć. Wprawdzie w radiu przekazywano jakieś informacje o działaniach wojsk radzieckich na zachód od Wrocławia, ale Wrocław od Zielonej Góry rozdziela nie lada przestrzeń. W razie  czego zdążą w porę powrócić do Gubina. A Gubin niczym twierdza jest położony  za dwoma naturalnymi przeszkodami, jakie tworzą rzeki  Bóbr i Nysa Łużycka.

            Podróż  przebiegała w miarę spokojnie , a auto sprawowało się bez zarzutu. Jedynie niepokój  wzbudzał  wzmożony ruch  wojska oraz wyjątkowo doniosły odgłos artyleryjskich wystrzałów. Wiadomo, wojna.

            Po dotarciu do Zielonej Góry bez trudu odnaleźli dom, w którym mieszkał ich partyjny towarzysz. Była to okazała willa usytuowana w ekskluzywnej części miasta, tuż przy  wyjeździe  do Kożuchowa.

            Nie wiadomo, jak ten ich  znajomy zareagował na taką zaskakującą wizytę, i to w tak nieodpowiednim czasie. Jednak trudno,  stało się. Co było do jedzenia, znalazło się  na stole. Były  również trunki. Potwierdzały to często wznoszone toasty i rozmowa prowadzona  w coraz donioślejszym tonie.

            Mój wujek, oczekując na zakończenie wizyty, zainteresował się obejściem. Zajrzał również do garażu.  Stało tam gotowe do drogi auto  po brzegi załadowane bagażem. Wielce go to zastanowiło. To, co przed chwilą odkrył, jak i  wzmożony ruch niemieckiego wojska,  podpowiadały, że dzieje się coś niepokojącego. Dla pewności sprawdził ciśnienie w kołach, podregulował generator, dołożył drewna i czekał. Na szczęście wizyta dobiegła końca. Przy pożegnaniu na auto załadowano skrzynkę  butelek z winem   i  bezzwłocznie skierowano się w drogę powrotną.

            Opuszczając Zieloną Górę, wujek zauważył sporą grupę uciekinierów, którzy w  panice podążali  w kierunku Gubina. Im dalej od miasta,  tym na drodze robiło się tłoczniej. W takich warunkach coraz trudniej było się poruszać. W dodatku przy ograniczonej prędkości silnik zaczął  niebezpiecznie nagrzewać się i nierównomiernie pracować, aż w końcu ustał. Wraz z awarią silnika przygasł również, podniecony drinkami, optymistyczny nastrój hitlerowskich funkcjonariuszy,  Optymizm  prysnął  ostatecznie, gdy na drodze ,wśród uciekającego tłumu, zapanowało zamieszanie. Równocześnie dotarła informacja, że droga z Krosna do Gubina została  opanowana przez rosyjskie wojsko. Zaskoczyła ich ta wiadomość ogromnie, bo tego nie przewidzieli, że wraz z natarciem Rosjan od strony  Wrocławia, podjęte zostaną działania wspomagające z przyczółków pod Nową Solą i Krosnem Odrzańskim. W takich okolicznościach znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Chociaż żołnierzy radzieckich jeszcze nie było widać, to rozlegające się serie  z broni maszynowej i wybuchy granatów potwierdzały, że są już w pobliżu. Jeszcze się łudzili, że w  końcu  uda się uruchomić to niewdzięczne auto i  szczęśliwie przedostaną się do Gubina. Przecież już raz pod Sulechowem wymknęli się doganiającym ich żołnierzom radzieckim.  Dlaczego  teraz miałoby się nie udać?

            Nie udało się. Bezradnych, oczekujących na cud, dopadł radziecki oddział rozpoznawczy. Znajdujący się w pobliżu auta  hitlerowiec , widząc beznadziejność sytuacji, wydobył   pistolet i strzelił sobie w skroń. Pozostałych uczestników tej niefortunnej podróży, w podjęciu tak ostatecznej decyzji,  wyręczyli radzieccy żołnierze.

            Żołnierze, zadowoleni z nadarzającej się okazji, usadowili się na aucie, a mojemu wujowi rozkazali , aby podwiózł ich do Zielonej Góry. Na nic się zdało tłumaczenie , że auto jest niesprawne , bo generator odmówił posłuszeństwa i aby je uruchomić, należy przeczyścić  całe urządzenie,  a to zajmie sporo czasu.  Nie mogli też zrozumieć, że pojazd jest nietypowy, a do jego uruchomienia  potrzeba drewna. Wyjaśnienia wydawały się im niedorzeczne. Uznali, że  kierowca to ,,german”, więc wykręca się od jazdy.  Należy go zatem także rozstrzelać. W takich okolicznościach  sytuacja mojego wuja stawała się dramatyczna. Na szczęście żołnierze  się uspokoili,  gdy odkryli , że na aucie znajdują się butelki z winem. Mieli zatem na pewien czas zajęcie. Żałowali jedynie, że  nie był to  spirytus.

            W końcu mojemu wujowi udało się  uruchomić silnik i auto ruszyło, wioząc  tych  zapijaczonych ,,wojowników” do Zielonej Góry.  Kiedy dotarli do celu, miasta zostało już  opanowane przez wojska 1 Frontu Ukraińskiego, które z przyczółka pod Bytomiem Odrzańskim nacierały w kierunku Gubina, by oprzeć front na Nysie Łużyckiej.

            Po zakończeniu operacji Odra - Nysa rozpoczęto natychmiastowe przygotowania do ostatecznej rozprawy z faszyzmem. Dzień i noc docierały nad Odrę pociągi z wojskiem i frontowym zaopatrzeniem Z tej racji skoncentrowano tu niewyobrażalne siły wojsk pancernych i pieszych. Zapewnienie żywności dla tak ogromnej ilości wojsk było nie lada wyczynem. Ponadto na tych terenach pozostała  ludność  niemiecka, dla której także należało zabezpieczyć minimalną pulę pożywienia.

            Problemem wyżywienia zajmowała się specjalna jednostka  aprowizacyjna powołana przez dowódcę frontu. Zadaniem jej było ujawnienie wszelkich magazynów i składów z żywnością, zewidencjonowanie ich oraz  zabezpieczenie przed zniszczeniem i grabieżą.

            Do takich celów doskonale nadawał się zdobyczny samochód , który był niezależny od wojska i racjonowanego paliwa. Jednak niemożliwym było korzystanie z tego środka transportu bez obznajomionego w jego obsłudze kierowcy. Zatem mój wujek po raz kolejny zmienił swego szefa i wbrew swej woli stał się cywilnym kierowcą w radzieckim wojsku. Od tej pory, wraz z powołanym do tych zadań majorem, objeżdżali przyfrontowe tereny,    sprawdzali folwarczne spichlerze i  magazyny  żywnościowe, ewidencjonowali je, określali ich zawartość oraz wyznaczali osoby odpowiedzialne za ich zabezpieczenie.

         Praca była nietrudna, nawet ciekawa , ale niebezpieczna  ze względu na grasujących   żołnierzy - dywersantów. Głównym jednak mankamentem był brak unormowanego trybu życia, ciągła poniewierka i powszechne pijaństwo, którego nie dało się uniknąć. Na  skutki nie trzeba było długo czekać. Mój wujo zapadł na groźną wówczas chorobę zakaźną - dur brzuszny, zwany pospolicie tyfusem. W takim stanie stał się nieprzydatnym, więc przywieziono go do Wolsztyna. Pamiętam  chwilę, jak  wnoszono go do mieszkania. Był w stanie beznadziejnym. Ze względu na  możliwość zakażenia tą groźną chorobą, nie pozwolono nam zbliżać się do niego.

      Do dzisiaj nie mogę  zrozumieć, dlaczego nie skierowano go do  szpitala, a pozostawiono w domu , gdzie nie było żadnych warunków  izolacji.  Długo chorował , ale w końcu powrócił do zdrowia. Zasługa w tym znakomitego lekarza, specjalisty od chorób zakaźnych - Czesława Śmiałka, który nie szczędził czasu ani trudu i robił wszystko, aby go  wyleczyć. I udało się.  Dzięki temu mogłem odtworzyć wydarzenia, jakie rozegrały się  przed  60-ciu laty na lewym brzegu Odry.

▲   do góry

 

Narodziny monumentu - wspomnienie o Edwardzie Przymuszale

 

            Dnia 1 kwietnia  otrzymałem z Magistratu wezwanie, abym bezzwłocznie zgłosił się w urzędzie miasta. Gdy  tam przybyłem, poinformowano mnie, że zostałem skierowany do pracy przy budowie cmentarza dla radzieckich żołnierzy. W tym celu mam się zameldować w Wojskowej Komendanturze Miasta, gdzie otrzymam stosowny przydział. Tak też uczyniłem.

            Z  listy osób wytypowanych do tej pracy zgłosiło się tylko nas pięciu. Otrzymaliśmy łopaty, a sterany wojną Kazach odprowadził nas na teren przyszłego żołnierskiego cmentarza. Okazało się, że na pochówek dla poległych  żołnierzy radzieckich  obrano miejsce po  zlikwidowanym przez  hitlerowców  dawnym  katolickim  cmentarzu .

            Praca już trwała.  Ściągnięci z okolicznych wsi wozacy przywozili ziemię, z której w tylnej części  cmentarza sypano wzniesienie. Nasze zajęcie polegało na  rozprowadzaniu ziemi i umacnianiu krawędzi skarpy. W miarę potrzeby odrywano nas od tych prac i kierowano do kopania mogił. Zdarzało się to coraz częściej, od kiedy walki znad brzegów Odry przeniosły się w rejon Berlina.

            Mogiły były kopane ściśle według planu, w miejscach oznaczonych palikami i stosownym numerem ewidencyjnym. Co to będzie za cmentarz i dla kogo jest przeznaczony? -  zadawałem sobie pytanie. Wiadomo, że dla poległych żołnierzy. Ale żołnierzy poległych w boju  grzebano  w mogiłach zbiorowych i na terenach ustronnych, a nie w  tak reprezentacyjnym miejscu, pośrodku miasta.

            Kilka dni później  z rozmowy z głównym projektantem cmentarza dowiedziałem się, że na tym miejscu będą spoczywać oficerowie 33 armii 1 Frontu Białoruskiego polegli w boju  na terytorium Niemiec.  Oficerom radzieckim  nie przystoi , by spoczywali na  ziemi wroga. Dlatego  przywożono ich spod Berlina  na cmentarz w Wolsztynie i  chowano w trumnach,  w indywidualnych mogiłach, z wojskowym ceremoniałem.

            Budowany cmentarz  figurował w planach  jako żołnierskie mauzoleum , dlatego zadbano o jego wystrój. Każde drzewo i krzew były starannie zabezpieczone, by nie uległy uszkodzeniu. Dowódcy armii zależało,  aby  miejsce, na którym będą spoczywać jego oficerowie było  godne  zwycięzców.

            Praca przy cmentarzu nie była  uciążliwa. Świadczyliśmy ją społecznie  od godziny 8 do 15-tej. O godzinie 12- tej była przerwa obiadowa. Obiady spożywaliśmy w żołnierskiej stołówce, która mieściła się przy Wojskowej Komendanturze Miasta, obok domu Marcina Rożka. Po trwającej godzinę , a nieraz i dłuższej przerwie ,  trudno było od razu przystąpić do pracy . Siadaliśmy  wówczas  na murowanym ogrodzeniu  oddzielającym cmentarz od ulicy Słodowej i odpoczywaliśmy. 

            Podczas jednej z takich przerw zainteresowałem się tym, co znajduje się za drewnianym parkanem oddzielającym cmentarz od sąsiedniej posesji.  Był tam  ogród, w którym dla potrzeb przyszłego cmentarza wykonywano betonowe nagrobki. W przedniej  części ogrodu zgromadzono materiał  niezbędny do wykonania modelu głównego elementu  pomnika w formie postaci radzieckiego oficera. Model  był  na razie  stertą metalowych prętów, okazałym zwojem drutu  i sporą  hałdą pospolitej, ilastej gliny.

            Wśród takiej scenerii, na prowizorycznej ławce ułożonej z cegieł i kawałka odłamanej deski, siedział  wpatrzony w to rumowisko metalu i gliny, wolsztyński rzeźbiarz i  malarz - Edward Przymuszała.

            O czym tak głęboko dumał, co się w jego umyśle rodziło, to tylko on sam jeden wiedział. Otrzymał zadanie, by stworzyć postać monumentalną, taką, która  by odpowiadała teraźniejszym i przyszłym czasom. By była prosta, zrozumiała, a przy tym niezwykła. Będzie umieszczona na wyniosłym cokole  w centralnej części cmentarza  i znacznym oddaleniu od ulicy. Aby była  z dala widoczna, musi być okazała. Powinna także wśród  zwiedzających wzbudzać zachwyt, podziw  i uznanie .

            W końcu coś wymyślił, bo wstał i zabrał się do pracy. Na ścianie gospodarskiego budynku porozwieszał poszczególne części projektu. Następnie wybierał odpowiedniej grubości pręty  i wypróbowywał  ich giętkość. Kiedy zaś uznał , że się nadają, wyginał z nich odpowiednie kształty, które następnie zespalał drutem w jednolitą całość. Tak powstał szkielet, który przy minimum wyobraźni  można było przyrównać do ludzkiego kośćca.

            Teraz przyszła kolej na glinę. Tę należało rozdrobić i starannie wymieszać  na lepką masę, a do tego konieczna była dodatkowa pomoc. Poprosił mnie. Zacząłem więc wyrabiać wyznaczoną partię gliny. Najprościej by się to robiło na bosaka, ale na to jeszcze było zbyt chłodno.

            Do rozbijania brył wykorzystaliśmy zatem drewniane ubijaki, którymi utwardzano wznoszoną    skarpę. Ja kruszyłem gliniane bryły, Edek zaś zraszał je obficie wodą. Uzyskaną w taki sposób glinianą masą wypełniał i oblepiał metalową konstrukcję. Tak powstała monstrualna figura, która w niczym nie przypominała postaci ludzkiej.

            Teraz nastąpiła pora tworzenia. Rzeźbiarz przy pomocy szpachli w jednych miejscach ścinał glinę, w innych dokładał. Stopniowo z  bezkształtnej bryły zaczęła wyłaniać się postać, zbliżona  kształtem do tej, jaką  obecnie możemy podziwiać na szczycie granitowego cokołu.

            Intencją projektanta pomnika było, aby rzeźba, która na tym miejscu będzie stała po wieczne  czasy , przedstawiała konkretnego człowieka. Podsuwano zatem Edkowi legitymacyjne zdjęcie jakiegoś zasłużonego oficera, ale to nie była taka twarz, jaką sobie  wyobrażał. Przecież to on będzie twórcą głównej postaci i  jego podpis zostanie uwieczniony  na cokole pomnika. Zatem będzie tak, jak on  postanowi. I swego dopiął.

            Sprawnie poszło  wymodelowanie korpusu. Gorzej było z głową, a ściślej  z twarzą. Jej  rysy, wyraz oczu, nos, układ ust, to wszystko było niezmiernie ważne. Samą twarz przerabiał i poprawiał  kilka razy  i stale z efektów swej pracy nie był  zadowolony. Siadał wtedy na ławeczce, wypalał kilka papierosów, przyglądał się wnikliwie tworzącemu  dziełu  , by w końcu stwierdzić, że nie wyszło. Zatem uparcie rozpoczynał  modelowanie od nowa. Poszerzał twarz, pogrubiał rysy, uwydatniał policzki, spłaszczał nos, nadawał  wyrazistości  brwiom. I kiedy już mi się wydawało, że rzeźbiarz osiągnął zamierzony efekt, on nagle przerywał swą pracę, kiwał przecząco głową, oddalał się i rozmyślał.

            Wiem o co Edkowi chodziło. Zależało mu na tym, aby stworzona przez niego postać  była wymowna , dostojna, silna i nieugięta, taka, jaka powinna cechować  oficera - pogromcę faszyzmu, który żołnierskim butem unieszkodliwia rozpostartego na postrzępionej hitlerowskiej fladze czarnego orła. Oczy miały wyrażać smutek i żal po stracie tak wielu młodych, wartościowych istnień ludzkich . Odwiedzających  zaś to miejsce, aby skłaniała do zadumy nad  losem ludzkości nękanej okropnościami wojen.

            Kiedy  nasz mistrz głowił się nad nadaniem posągowi odpowiednich rysów twarzy, odwiedził go Wojskowy Komendant Miasta. Nie wiem, o czym rozmawiali i nie liczyłem, ile papierosów wypalili, ale po jego odejściu w Edka wstąpiło jakieś ożywienie. Zabrał się ochoczo do pracy, zaczął dokonywać poprawek Nie interesowało  mnie, co  zmieniał i nie dociekałem, jak mu to wypadło. Natomiast zaciekawiło mnie jedno, dlaczego od tej pory po każdorazowej poprawce głowę modela przykrywał workiem.  Kiedy go zapytałem, dlaczego to czyni, odrzekł wykrętnie  i zagadkowo: ,, Zobaczysz, jak będzie gotowe’’.

            Bardzo mnie ta jego praca interesowała, więc z zaciekawieniem podpatrywałem wszystkie czynności. Muszę przyznać, że w tej dziedzinie byłem absolutnym laikiem. Pierwszy raz widziałem, jak powstaje rzeźba. Ile to wymaga czasu, wysiłku, pracy i kombinacji, zanim bryła gliny przeobrazi się w dzieło sztuki. Dlatego moje zapytania, uwagi odnośnie jego czynności, a nawet propozycje, mogły go czasem wyprowadzić z równowagi. Kiedy to sobie dzisiaj przypominam, to oblewa mnie rumieniec wstydu, że byłem aż tak naiwny. Nie wiedziałem, że wymodelowana w glinie postać jest jedynie potrzebna do sporządzenia gipsowej formy, według której wykonany zostanie spiżowy odlew.

            Na  moje naiwne zapytania kiwał z politowaniem głową, uśmiechał się, machał dłonią i zabierał się do przerwanej pracy.

            Takim człowiekiem był Edek Przymuszała. 

p;       
*  *  *

            Odlewy metalowych elementów pomnika oraz. postać radzieckiego oficera wykonały Zakłady Cegielskiego w Poznaniu. Zaś pozostałe detale jak:  gwiazdy na cokolikach, tabliczki nagrobne, litery  tekstów zamieszczonych  u wejścia na cmentarz  oraz płaskorzeźby przedstawiające poszczególne formacje i specjalności wojskowe  wykonał inny poznański zakład.

            Uroczyste otwarcie cmentarza i odsłonięcie pomnika  nastąpiło 15 sierpnia 1945 roku.   Tak w Wolsztynie,  przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy, na miejscu dawnego katolickiego cmentarza powstała nowa nekropolia. Spoczywa  tu 362 radzieckich oficerów poległych w walce z faszyzmem  podczas   zmagań bojowych na terytorium Niemiec.

            W otwarciu cmentarza i odsłonięciu  pomnika, przy którego narodzinach bezpośrednio pomagałem, z powodu wyjazdu nie uczestniczyłem. Kiedy po pewnym czasie odwiedziłem tę nekropolię, oddzielał ją od miasta  betonowy mur i  cztery  ścięte baszty z umieszczonymi na nich armatami.  Miały one najwidoczniej strzec  tych , którzy  w tym miejscu  spoczywają, aby  nikt już nie zakłócił im ciszy i wiecznego spokoju.

            Podążając wśród szpaleru nagrobków w stronę monumentu, spojrzałem na cokół. A tam, ku swemu zdumieniu, zobaczyłem pełną zadumy, zatroskaną, dobrze znaną  twarz - Wojskowego Komendanta Miasta.

            Czyżby to była ta tajemnica, której ujawnienia tak uparcie do końca strzegł nasz wolsztyński mistrz Edward Przymuszała? Warto to sprawdzić.

▲   do góry

      

Tragiczny pochówek

 

            Podczas operacji ,, Wisła – Odra”  wojska 1 Frontu Białoruskiego poniosły ogromne straty w ludziach i sprzęcie. Przed rozpoczęciem ofensywy zimowej 45 r. dywizje tego frontu zostały uzupełnione do pełnego składu i liczyły po 10 tysięcy żołnierzy i oficerów. Po dotarciu do Odry dywizje te, według stanu na dzień 1 lutego, liczyły po 5500 żołnierzy.                   

            Najgorzej sytuacja przedstawiała się w 8 armii gwardii. W tej formacji bojowej, w poszczególnych dywizjach, liczba żołnierzy  kształtowała się od 3800 do 4800 osób. Były to niewyobrażalne wprost straty,  gdy zestawi się je ze stanem  sprzed 14 dni.

            Nie mniejsze ubytki odnotowano w sprzęcie bojowym. Dwie pierwsze armie pancerne, gdy dotarły do Odry, miały w sumie 740 czołgów, a rozpoczynając tę operację liczyły po1000 wozów bojowych. Jeszcze gorzej stan strat przedstawiał się w brygadach pancernych. Gdy rozpoczynały  działania  zaczepne na pozycjach wyjściowych nad Wisłą,  liczyły po 100 czołgów. Po dotarciu do Odry stan niektórych brygad pancernych wynosił zaledwie 10 – 12 maszyn.

            O ogromie strat, jakie poniosły wojska 1 Frontu Białoruskiego, świadczą  liczne cmentarze powstałe wzdłuż trasy działań bojowych poszczególnych armii. Największe straty w ludziach odnotowano podczas działań bojowych związanych z przełamaniem głównej linii obrony wroga  w pasie od Warszawy do Gór Świętokrzyskich i podczas forsowania Odry. 

            Poległych podczas operacji ofensywnych żołnierzy  chowano czasowo w miejscach łatwo dostępnych: w parkach, na miejskich skwerach lub w przydomowych]ogródkach . Najczęściej grzebano ich w miejscu śmierci, tam, gdzie polegli - w przydrożnych rowach, lasach  i  na łąkach, bez należytego ceremoniału, zaznaczając jedynie miejsce pochówku stosownym symbolem, emblematem lub tabliczką z nazwiskiem poległego żołnierza.

            Właściwym pochówkiem ze stosownym ceremoniałem wojskowym, jaki przysługiwał każdemu poległemu w boju żołnierzowi, zajęło się Dowództwo Frontu dopiero po zakończeniu działań wojennych. Na Ziemi Wolsztyńskiej i terenach  przyległych ekshumacji i uroczystego zbiorowego pochówku dokonano w miesiącu czerwcu.

            Żołnierzy szeregowych 33 armii, poległych w rejonie Wolsztyna i  w zachodniej części powiatu, złożono na cmentarzach w Siedlcu i Kargowej. Żołnierzy poległych w pasie działań 39 armii pochowano na cmentarzu w Nowym Tomyślu.

            Jako uczeń gimnazjum byłem zobowiązany uczestniczyć  w pochówku radzieckich żołnierzy zarówno w Siedlcu jak i Kargowej. Takie wymuszone uczestnictwo w tego rodzaju obrzędach przyjmowałem każdorazowo ze zmiennymi uczuciami. Jednak uważałem, że poleceniom dyrekcji szkoły należy się podporządkować.

            Szczególnie trwale w mojej pamięci  zachował się dzień 17 czerwca. Gimnazjum nasze uczestniczyło  gremialnie w kolejnym pochówku, tym razem w Kargowej. Przewieziono nas tam odkrytymi wojskowymi ciężarówkami. W mieście tym na miejsce ostatniego spoczynku żołnierzy radzieckich obrano placyk usytuowany po lewej stronie ulicy wiodącej w kierunku Sulechowa.

            Młodzież szkolna, władze polityczne i administracyjne miasta  oraz wojsko pozajmowały stanowiska w pewnym oddaleniu. Ja zaś, jak zwykle wszystkiego ciekaw,  przesunąłem się bliżej w stronę odkrytych mogił. A w nich  były już złożone trumny ze zwłokami poległych żołnierzy. I nagle mnie odrzuciło. Z mogił zionął ogromny odór rozkładających się ciał. To skłoniło mnie do bezzwłocznego oddalenia się z tego miejsca. Okazało się, że takich jak ja było wielu.

Aby wypełnić w jakimś stopniu czas przewidziany na oficjalną ceremonię, udałem się wraz  z kilkoma kolegami na penetrację miasta. Kargowa to niewielka mieścina, więc wnet znaleźliśmy się po przeciwnej stronie miasta. Tam natknęliśmy się na zagon truskawek. W zasadzie sezon zbioru truskawek już minął, ale można było jeszcze sporadycznie spotkać pojedyncze, soczyste owoce.

            Zajęci takim słodkim menu zapomnieliśmy całkowicie o tym, w jakim celu przywieziono nas tutaj. Kiedyśmy się opamiętali i bezzwłocznie powrócili na miejsce pochówku, okazało się, że  jest już po pogrzebowej ceremonii, a auta, które miały nas odwieźć, przed chwilą odjechały. Pozostało nam jedynie czym prędzej udać się na stację kolejową, aby zdążyć na najbliższy pociąg.

            Mieliśmy  szczęście, że nie musieliśmy  zbyt długo czekać. Wracaliśmy zatem do Wolsztyna wprawdzie ze znacznym opóźnieniem, ale wygodnie, siedząc na ławach w przystosowanym do przewozu pasażerów bydlęcym wagonie.

            Kiedy pociąg zbliżał się do Powodowa, na biegnącej wzdłuż torów kolejowych szosie zauważyłem duże skupisko ludzi czymś bardzo podnieconych.  Na drodze  były porozrzucane kawałki desek i płaty pomiętej blachy, w rowie zaś leżał wryty w ziemię wrak wojskowego samochodu, jednego z tych, które odwoziły moich kolegów. Zrozumiałem, że wydarzyło się coś strasznego.

            Gdy pociąg wjechał na stację w Powodowie, na peronie znajdowała się spora grupa  moich  klasowych kolegów, pasażerów z tego rozbitego auta. Z ich relacji dowiedziałem się, że kierowcy powracający z pogrzebu swoich towarzyszy broni urządzili sobie wyścigi. Z pewnością byli pijani, bo tylko w takim stanie mogło im wpaść do głowy, aby wyprzedzać się na  wąskiej szosie i to w dodatku obsadzonej obustronnie drzewami.  Taka zabawa  musiała nieuchronnie zakończyć się tragicznie.  I tak też się stało.

            Podczas kolejnego wyprzedzania jedno z aut zaczepiło skrzynią  o przydrożne drzewo. Efekt bezmyślnej zabawy to trzech zabitych oraz spora liczba poważnie rannych i poturbowanych. Wśród zabitych znaleźli się Florek Lemański, Włodzimierz Mencel oraz  ich klasowy kolega – Kłosiński..

            Najdotkliwiej odczułem stratę Florka Lemańskiego, gdyż byłem z nim najbliżej związany. Zostaliśmy przypisani do tej samej szkoły, uczęszczaliśmy do jednej klasy i przez dwa lata siedzieliśmy  obok siebie w ławce. Nawet w czasie hitlerowskiej okupacji , zmuszeni uczęszczać do Niemieckiej Szkoły dla Polskich Dzieci, także siedzieliśmy razem.

            Dopiero po wojnie los nas rozdzielił. On uczęszczał do klasy prowadzonej w trybie normalnym, ja zaś znalazłem się w zespole pobierającym naukę systemem semestralnym. Mimo to nadal podtrzymywaliśmy związki koleżeńskie, jakie zawiązały się w przeszłości.

            Uczęszczaliśmy do tego samego gimnazjum, zatem  mieliśmy okazję spotykać się często na szkolnym wybiegu. I nagle, w jednej chwili,  to wszystko  bezpowrotnie runęło. Nikt nie był w stanie  przewidzieć, że za trzy dni będę znowu uczestniczył w pogrzebie, lecz tym razem, między innymi, mojego najlepszego kolegi.

            Straty tej długo nie mogłem przeboleć. Jednak czas robi swoje.

            Po ukończeniu trzeciego semestru przeniosłem się do Liceum Pedagogicznego w Sulechowie, a po jego ukończeniu rozpocząłem pracę nauczycielską , najpierw w Mochach, a później w Dąbrowie Starej. Byłem zatem nadal  bezpośrednio związany z Wolsztynem  i wszystek wolny czas spędzałem w tym mieście, w domu rodziców.

            Z racji tego, że  moje rodzinne miasto jest położone pomiędzy dwoma jeziorami wiele wolnego czasu spędzałem nad wodą i na wodzie. Jeden z moich kolegów posiadał żaglówkę, z której często korzystałem. Była ona przycumowana na rzece Dojcy  przy posesji, na której mieli zdeponowany swój sprzęt pływający pracownicy Urzędu Skarbowego.

            Odpowiedzialnym za pozostawione tam mienie i klucze od tego obiektu był długoletni pracownik tego urzędu pan Lemański, ojciec Florka. Był to człowiek zacny, cieszący się powszechnym szacunkiem i poważaniem. Często zatem przyszło mi korzystać  z jego uprzejmości,  gdy zapragnąłem popływać żaglówką po jeziorze. Ponieważ byłem mu znany, więc interesowało go wszystko na mój temat, np. gdzie pracuję i jak sobie w tej pracy radzę. Chociaż rozmawialiśmy  przy takich okazjach o wszystkim, to ani razu nie zostało wymienione imię  Florka.  Wyczuwało się jednak, że o nim myślał. Pewnego razu nagle przerwał naszą rozmowę. Milcząc, przez chwilę wpatrywał się we mnie jakimś przejmująco smutnym wzrokiem, w końcu uczynił gest, jakby pragnął mi coś przekazać, lecz nagle odwrócił się i pełen boleści, załamany oddalił się do swojej pracy.

            Zrozumiałem tę jego reakcję. Stratę jedynego syna można sobie  z czasem wytłumaczyć. Ale nigdy zapomnieć.

▲   do góry

 

Alosza

 

            Radziecki Komendant Miasta, na mocy obowiązującego prawa wojennego,  posiadał do swojej dyspozycji oddział żandarmerii wojskowej.  Żołnierze –żandarmi, w  odróżnieniu  od żołnierzy liniowych nosili na przedramieniu czerwoną opaskę,  Kilku spośród tych żandarmów było mi osobiście znanych. Często miałem z nimi kontakt w czasie obiadu, gdy pracując przy  cmentarzu dla radzieckich oficerów, korzystałem z żołnierskiej stołówki.

            Wśród poznanych żandarmów wyróżniał się szczupły,  niewysoki wzrostem, stale roześmiany blondyn o imieniu Alosza. Był to chłopak pełen werwy, o żywiołowym temperamencie, nad wszystko uwielbiający muzykę. Nawet podczas pełnienia warty pogwizdywał lub potakiwał  w rytm docierających  z   sąsiedztwa,  dźwięków.

            Szczególnie upodobał sobie  wolsztyńskie dziewczęta. Jak tylko któraś z nich znalazła się w pobliżu stanowiska wartowniczego, od razu nawiązywał z nią rozmowę, żartował, umawiał na randkę. Należy przyznać, że te jego spontaniczne zaloty nie były  niektórym dziewczętom obojętne. Zwłaszcza pewnej mieszkance Widzimia, którą nader często można było spotkać w towarzystwie Aloszy. Nic w tym nadzwyczajnego, przecież był chłopakiem młodym, urodziwym i pełnym humoru.
           
            Mimo tych  oczywistych walorów, Alosza nie był pozbawiony wad. Słabą jego stroną była skłonność do nadużywania alkoholu. Odkąd w miejscowej gorzelni opróżnione zostały zbiorniki ze spirytusu, widok pijanego żołnierza na ulicach miasta nie był zjawiskiem odosobnionym. Mimo, że żołnierzom za przebywanie  w miejscach publicznych w stanie zamroczenia alkoholowego groziły surowe kary, to większość ich z tym problemem jakoś sobie radziła.

            Alosza jednak  nie był wstanie  sobie z tym  poradzić.  Alkohol i dziewczyny, to dla niego było za wiele.  To go zgubiło.

            Pewnego czerwcowego popołudnia dobiegł mnie odgłos serii oddanej z broni maszynowej. Strzały w jasny dzień, w mieście po zakończeniu wojny, nie wróżyły nic dobrego. Zaniepokojony tym odgłosem udałem się bezzwłocznie do centrum miasta. Kiedy dotarłem do placu Kościuszki  dowiedziałem się, że strzały zostały  oddane w  parku położonym między remizą OSP a gazownia miejską. Sprawcą zaś tego zamieszania był radziecki żołnierz, który pijany biegł za dziewczyną i strzelał.

            Coś mi podpowiadało, że tym żołnierzem może być Alosza. I nie pomyliłem się. Moje przeczucie okazało się trafne. Zatem nietrudno było też odgadnąć, jakiej to dotyczyło dziewczyny. Przecież tylko  tę jedną  można było często spotkać w mieście jak  umizgiwała się do radzieckich żołnierzy. Wiadomo, że takim prowokacyjnym zachowaniem rozbudzała namiętności  u młodych wojskowych żandarmów.

            Udało się jej również rozniecić namiętności u Aloszy. Jak to  często się zdarza podnieconemu alkoholem młodzieńcowi, zapragnął ją posiąść. Ona, widząc co jej grozi, postanowiła ukryć się w pobliskim parku. Alosza nie zdawał sobie sprawy z następstw,  oddał w jej kierunku  serię  z ,,pepeszy”.

            W mieście zawrzało. Rosyjski żołnierz usiłował zgwałcić polską dziewczynę i w dodatku do niej strzelał. W sprawę wmieszał się  burmistrz miasta p. Chojnacki.

            Wojskowy Komendant zareagował natychmiast. Po sprawcę, tego głośnego incydentu i obyczajowego skandalu, wysłał wojskową żandarmerię. Odnaleźli go bez trudu, jak zamroczony alkoholem spał na parkowej ławce. Żandarmi w  mig  obezwładnili pijanego do nieprzytomności Aloszę, podprowadzili  do auta i zawieźli przed oblicze  Komendanta. Ten w mig uporał się  ze sprawą. Zatem Aloszę wyprowadzono,  na zaplecze stołówki, a. krótka seria oddana  z ,,pepeszy ” sama  podpowiedziała jak zakończył się ten nierozważny incydent.

            Wieczorem, wojskowy ,,gazik” przewiózł  zbitą z czterech desek trumnę na jeniecki cmentarz Złożono ją, w niedbale wykopanej mogile, tuż za wejściem  po lewej stronie  alejki.

            Biedny Alosza. Na pewno nie spodziewał się, że może go coś tak okrutnego spotkać. Przebył taką daleką drogę wojenną, znosił trudy żołnierskiego życia i narażał się na nieprzyjacielskie kule.  W końcu doczekał się zakończenia wojny.  Kiedy już tak blisko miał do domu, zginął z rąk najbliższych kolegów zmuszonych wykonać wyrok bezdusznego komendanta.  Takie surowe jest prawo wojny, a on je złamał . Za to spotkała go tak okrutna kara.

            Podczas pobytu w Wolsztynie zawsze odwiedzam cmentarze. W tym także cmentarz jeniecki, by choć przez chwilę wspomnieć tego wesołego  chłopaka, który tak tragicznie skończył.

▲   do góry
 

Wyprawa po ,, złote runo”

 

            Najbardziej przeciążoną po wojnie linią kolejową, jaka przebiegała  przez wolsztyński węzeł dworcowy, była trasa łącząca  Poznań z Zieloną Górą. Dało się to odczuć szczególnie po 17 lipca, kiedy  w wyniku postanowień Konferencji Poczdamskiej ostatecznie ustalona została granica Polski z Niemcami. Na tej podstawie Polska odzyskała prastare ziemie piastowskie.  Nazwano je Ziemiami Odzyskanymi. Z tej racji ludność niemiecka musiała te tereny  opuścić, a pozostawione przez  nią  mienie powinno być przejęte przez  repatriantów zza Bugu oraz osadników  z Polski centralnej.

            Pierwszymi osadnikami na  Ziemiach Odzyskanych byli pełnomocnicy rządu delegowani  przez organizacje polityczno - społeczne.  Zadaniem tych przedstawicieli było tworzenie na przywróconych Polsce ziemiach nowej władzy  i administracji państwowej, Mieli oni także zabezpieczyć pozostawione tu mienie przed dewastacją lub grabieżą, zanim dotrą transporty z przesiedleńcami ze wschodu. Tych przedstawicieli tworzących na Ziemiach Odzyskanych zalążek polskiej władzy  i administracji państwowej  nazywano ,,pionierami”.

            Oprócz ,, pionierów” przywracających Polsce te dawne piastowskie ziemie, znaleźli się  również tacy, których celem było zawłaszczanie  poniemieckiego   mienia. Tych grabieżców, którzy Ziemie Odzyskane traktowali jako rodzime ,,eldorado” nazywano szabrownikami, a uprawiany przez nich proceder- szabrem.

            Szaber to termin określający rabunek, grabież, zawłaszczanie pozostawionego lub porzuconego mienia. Zatem w świetle prawa szabrownik to pospolity przestępca podlegający ściganiu i karaniu. Ale prawo karne w owym czasie na Ziemiach Odzyskanych jeszcze nie funkcjonowało. Zatem tego rodzaju proceder uchodził szabrownikom bezkarnie, a   przynosił im znaczące korzyści .Nic dziwnego, że tak wielu było wówczas gotowych narażać się na ryzyko czy ponosić trudy podróży. Każdy podążał na te ziemie  w nadziei, że szczęście go  nie ominie i dane  mu będzie pozyskać wartościową rzecz lub przedmiot . A cenne w owych czasach  było wszystko. Toteż wszystko, co dało się  przenieść lub przewieźć, podlegało zawłaszczeniu.

            Potwierdzeniem tego były walizy, paki, skrzynie i podręczny bagaż, jaki przewożono we wnętrzu lub na dachach wagonów. Część tego bagażu   rozładowywano  w Wolsztynie, reszta jechała dalej. Z jaką zazdrością spoglądano na  powracających  zza Odry, którzy tak byli  obładowani pakami i różnorakim sprzętem, że bez pomocy oczekujących na nich na dworcu członków rodziny, nie poradziliby sobie z takim ogromem bagażu.

            Wyobraźnia też robiła swoje. Jakież to bogactwa muszą zawierać z takim trudem taszczone walizy. Toteż z każdym dniem rosła liczba podróżnych udających się na te ,,złotodajne ziemie” w nadziei, że może i im uda się posiąść upragnione bogactwo.

            Ta psychoza udzieliła się również i mnie. Jako członkowi kolejarskiej rodziny przysługiwała mi zniżka na przejazdy PKP. Zatem dlaczego  z takiego przywileju nie skorzystać? Najlepiej  samemu przekonać się, jak wygląda to polskie ,,eldorado”. A może   uda się zdobyć coś wartościowego lub pożytecznego. Dlaczego nie spróbować?

            Zmówiłem się z kolegami, którzy wybierali się do Zielonej Góry. Znali oni dobrze to miasto, gdyż posiadali tam krewnych, których już nieraz odwiedzali.  Postanowiłem, że będę  im w tej podróży towarzyszył. Tato nie był mojemu pomysłowi przeciwny. Oponowała jedynie mama. Taki wyjazd w nieznane i to na noc budził uzasadnione obawy  Wiązał się  również z pewnym ryzykiem. Ale w końcu uległa. Nie byłem przecież już dzieckiem. Skończyłem 16 lat.

            Zatem w pierwszych dniach sierpnia wyruszyłem w podróż, za Odrę, na   poszukiwanie ,, złotego runa”. Już na dworcu  był taki tłok , że  trudno było  przedostać się  na peron. A tam nie lepiej.  Dlaczego aż tylu podróżnych naraz, w tym samym czasie co ja, postanowiło wyjechać do Zielonej Góry?

            Pociąg powinien już dawno nadjechać, a tu nawet go jeszcze nie słychać. Żaden z zapytanych kolejarzy nie był w stanie odpowiedzieć,  kiedy w ogóle jakiś pociąg  przyjedzie. A osób zainteresowanych  przyjazdem pociągu ciągle przybywało. Wreszcie z oddali dotarł jakiś przytłumiony gwizd. Na peronie od razu się ożywiło. Każdy chwytał za walizy i lokował się w dogodnym do wsiadania punkcie. A pociągu jeszcze długo nie było widać ani słychać. Dopiero po dłuższym wyczekiwaniu  dobiegł  jednostajny stukot kół pociągu, który właśnie minął wiadukt w Adamowie  i powoli  staczał się  w kierunku Wolsztyna.

            Osłonięty kłębami pary pociąg, dysząc resztkami sił, wtoczył się na peron wolsztyńskiego dworca . Nic dziwnego, że tak się zasapał, przecież wiózł już komplet  pasażerów. Wszędzie ich było pełno. We wnętrzu wagonów, na jego stopniach, a nawet dachach.

            Pociąg już od pewnego czasu stał przy peronie, a  nikt z podróżnych nie zamierzał go opuścić. Jak zatem ta dodatkowa ilość oczekujących na peronie  zdoła się w nim pomieścić? O dostaniu się do wnętrza wagonu nie było mowy. Stopnie też były zajęte. Pozostały jedynie jeszcze wolne dachy i bufory. Poczekam, może znajdzie się gdzieś dla mnie wolne miejsce. Było to możliwe, gdyż nie posiadałem żadnego bagażu. Ale na próżno wyczekiwałem. W końcu zająłem miejsce na buforach.

            Po przyjeździe pociągu na stację parowóz otoczyła grupa mechaników, którzy sprawdzali poszczególne jego części. Bili w coś niemiłosiernie dużymi młotami, dokręcali  śruby, dobijali jakieś kliny. Inni znowu sprawdzali hamulce i złącza wagonów. Czas odjazdu pociągu już dawno minął, a tu nic nie wskazywało , że wkrótce odjedzie.

            Wreszcie, po dłuższym oczekiwaniu,  uniesiono semafor i podano sygnał do odjazdu. Świst uchodzącej przez nieszczelne cylindry pary, prędki obrót kół napędowych , głębokie odsapnięcie lokomotywy i nic. Po chwili wyczekiwania ponowiono próbę uruchomienia lokomotywy, tym razem już stopniowo, powoli. Wreszcie udało się, wagony drgnęły, a  stukot naprężających się łączy  wskazywał, że stopniowo wprawiały się w ruch. Pociąg ruszył. 

            Zniecierpliwieni i znużeni wydłużającą się podróżą pasażerowie odetchnęli z ulgą. Jednak wielu z nich zadawało sobie  niepokojące  pytanie. Jak długo potrwa tym razem jazda? Kiedy znowu będzie trzeba korzystać z nieprzewidzianego postoju, jak parowóz odmówi posłuszeństwa? Mieliśmy szczęście. Na razie poszczególne stacje pociąg pokonywał sprawnie. Gorzej było  pomiędzy Smolnem Wielkim a Sulechowem, z chwilą, kiedy pociąg rozpoczął ,,wspinaczkę” na tak zwaną  Wysoczyznę Lubuską.

            Na tym odcinku linia kolejowa przebiega przez pokryte lasem morenowe wzniesienie. Niewielkie usypisko, a stanowiło trudność nie do pokonania. Można było się tego spodziewać, bo pociąg stopniowo wytracał prędkość, a sapanie parowozu stawało się coraz bardziej przeciągłe, aż w końcu  ustało. Kolejna, niezamierzona przerwa w podróży.

            Ci, co jazdę kontynuowali na stopniach wagonów lub  tak jak ja, pomiędzy wagonami, na buforach, poschodzili i oddalili się w pobliskie  zarośla. Inni natomiast  porozkładali się na skraju lasu i przyjęli pozycję wskazującą na dłuższy wypoczynek Widocznie byli to stali uczestnicy tych ,,wypraw”, gdyż znali  doskonale słabości lokomotywy i miejsca, gdzie mogą wystąpić komunikacyjne utrudnienia.

            Aby ten odcinek przebyć, należało cały pociąg wycofać na znaczną odległość, a następnie z rozbiegu, przy maksymalnej prędkości spróbować pokonać to niefortunne wzniesienie. Część pasażerów  z zainteresowaniem obserwowała manewr maszynisty i wzmożony wysiłek palacza, który bez wytchnienia ogromną szuflą ładował węgiel w przepastną czeluść  parowozowego paleniska.

            Po takim przygotowaniu startowym pociąg ruszył i w miarę sprawnie  nabierał rozpędu.

            Jednak im bardziej przybliżał się do najwyższego punktu wzniesienia, tym  jego prędkość się wytracała. Część  pasażerów zdążyła już zająć swoje miejsca  na stopniach wagonów. Inni odłożyli to na później. Podążając krajem torowiska, towarzyszyli wolno przesuwającym się wagonom. Wreszcie wzniesienie zostało pokonane i pociąg bez przeszkód zbliżał się do Sulechowa.

            Następny dłuższy postój zapowiadał się w Czerwieńsku.  Na tej stacji pociąg był przetaczany na tory wiodące z Krosna do Zielonej Góry. Zajęło to sporo czasu, gdyż parowóz  musiał również  zaopatrzyć się w wodę. Zniecierpliwieni pasażerowie pocieszali się jednak tym, że do kresu podróży pozostało już niewiele drogi. To prawda. Ale pokonanie trasy z Wolsztyna do Zielonej Góry zajęło niemal całą noc. Na stację docelową pociąg wjechał, gdy wskazówki na dworcowym zegarze wskazywały godzinę czwartą   rano.

            Wagony w mig opustoszały. Większość  pasażerów  znała bardzo dobrze miasto, zatem czuła się tu jak u siebie w domu. Podążali więc oni pewnie  pustymi ulicami do krewnych lub znajomych, którzy do Zielonej Góry przybyli już wcześniej, aby  w tym mieście się osiedlić. Inni znowu, tak jak ja, podążali przed siebie bez celu, nie znając miasta ani obowiązujących w nim reguł. Zatem znajdowali się już z góry na pozycji przegranej. I to się potwierdziło.

            Jak się później okazało, znaczna część tych  ,,osadników” pozajmowała domy jedynie dlatego, aby móc bezkarnie  uprawiać  szabrowniczy proceder . Jako ,,obywatele’’  Zielonej Góry buszowali  po sąsiednich posesjach, znosząc wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość, do swoich mieszkań. Stąd pozostali członkowie  rodziny przewozili te dobra w głąb kraju,  do stałego miejsca zamieszkania .

            Zastanawiało mnie, na co niektórym podróżnym potrzebne były ostro zakończone metalowe pręty . Do czego służyły, mogłem  przekonać się już tu, na miejscu. Przy ich użyciu  nakłuwano ziemię , poszukując zakopanych przedmiotów.

            Faktycznie, niektórzy Niemcy uciekając przed radzieckim frontem lub zmuszeni później do opuszczenia tych terenów , zakopywali cenniejsze przedmioty w ziemi. Wiedzieli o tym doskonale nasi rodzimi szperacze, gdzie tego rodzaju schowków należy szukać. Zatem kłuto bez opamiętania tę niczemu niewinną ziemię.

            Stosując takie metody, nielicznym udawało się natrafić na coś, co stawiało w ziemi opór i mogło wskazywać na ukryte przedmioty. Wtedy w ruch wprawiano łopaty i w  większości przypadków   wydobywano skrzynki zawierające cenną porcelanę miśnieńską , złocone lub posrebrzane komplety sztućców, narzędzia chirurgiczne, a w warsztatach przemysłowych np. skórzane pasy transmisyjne.

            Znużony długą podróżą i odrętwiały po nieprzespanej nocy błądziłem w nieznanym mi mieście i nawet nie wiem,  kiedy znalazłem się na jego peryferiach. Stał tam samotnie domek jednorodzinny z  ogrodem pełnym  soczystych, słodkich malin. Pierwszy raz w życiu pojadłem  tych smacznych owoców do woli. Zapragnąłem  także zabrać je do Wolsztyna.

            Z tej racji znalazłem się  we wnętrzu budynku, aby poszukać jakiegoś przydatnego naczynia.  Z tym nie było większych trudności, bowiem  na strychu, wśród wielu różnorodnych przedmiotów, znalazłem stosowne  wiaderko. Tam również mogłem zobaczyć, do czego zdolni byli szabrownicy. W poszukiwaniu  ukrytych skarbów powyłamywali deski z podłóg,  zerwali sufit, a w pokoju na piętrze zniszczyli  ściankę działową.

            Oburzony takim wandalizmem zająłem się zbiorem malin. Wobec olbrzymiej ich ilości w mig napełniłem wiaderko. Jeszcze słońce nie wskazywało południa, gdy  udałem się w drogę powrotną na dworzec. Należało się spieszyć, bo pociąg do Poznania miał wkrótce odejść.

            Kiedy przybyłem na dworzec i znalazłem się  na peronie, zastałem  tam już niewyobrażalną  ilość podróżnych, którzy z ogromnymi bagażami oczekiwali na podstawienie pociągu.

            Kiedy wreszcie pociąg nadjechał,  był  już w pełni załadowany pasażerami i bagażem. Byli to stali  uczestnicy podróży, dobrze  zorientowani w obowiązujących układach. Wiedzieli, na której z bocznic znajduje się przygotowywany do drogi pociąg i z kim należy załatwić , aby się w nim  przed czasem  znaleźć. Podróżnym czekającym  na peronie pozostało jedynie walczyć o zajęcie  bezpiecznego miejsca na zewnątrz wagonu. Szczęściarzem stawał się ten , któremu udało się zająć budkę hamulcowego. Pozostali natomiast mieli do wyboru dachy lub łącza wagonów .

            Nie wiem jakim sposobem, przy takim natłoku, udało mi się przedostać do wnętrza przedziału. Wprawdzie stałem  w ciasnocie, ale na tyle swobodnie , że nie musiałem trzymać wiaderka,  które  umieściłem  pod ławką.

            Znaczna część  pasażerów wraz ze swym ,,podręcznym” bagażem była zmuszona podróżować na  dachach  wagonów. Mimo ostrzeżeń kolejarzy, by przewożony tam bagaż  był rozkładany równomiernie i dobrze zabezpieczony przed zsunięciem, to i tak przy przejeździe przez most na Odrze  część pakunków pospadała. Można było zobaczyć, jak te wybrzuszone walizy i pękate toboły płynęły  swobodnie niesione wartkim nurtem rzeki.

            Co za pech. Tyle z takim mozołem zdobytego dobra przepadło na zawsze. Toteż  nie zdziwiło  mnie, gdy po przejechaniu mostu, długo jeszcze docierały do wnętrza przedziału przekleństwa  i złorzeczenia.

            Od Sulechowa  pociąg wlókł się niezmiernie powoli. Nie mogłem się   doczekać, kiedy wreszcie dotrę do kresu podróży. Przy tym nurtowała mnie obawa, jak  mi się uda w takim ścisku wydobyć spod ławy wiaderko i wydostać się z nim na zewnątrz., by nie rozsypać jego zawartości. A należało się tym już zająć. Pociąg właśnie minął Powodowo i z każdą minutą zbliżał do Wolsztyna.  Jakaż ulga . Wreszcie  będę w domu.

            Przy pomocy jakiegoś uczynnego współpasażera udało mi się  wydobyć spod ławy moje wiaderko i wydostać  z nim na peron. Jakież było jednak moje przerażenie , gdy odkryłem, że w wiaderku, zamiast dorodnych,  soczystych malin, znajduje się brunatna pulpa. To pech. Co ja teraz pokażę mamie i  memu młodszemu rodzeństwu?

            Po mojej wyprawie po ,,złote runo” pozostało kilka butelek malinowego soku, wiaderko,   ogromne zmęczenie  i  niezbyt miłe wspomnienie.

▲   do góry

 

Gimnazjum i Liceum  w Wolsztynie
- w hołdzie profesorom i wychowawcom

 

            Ależ ten czas leci!   Zdaje mi się,  że to  tak niedawno, a to minęło 70 lat, odkąd gimnazjum i liceum  z budynku obecnej szkoły nr 1 zostało przeniesione  do gmachu przejętego po byłym Seminarium Nauczycielskim. 

            Zatem niebawem świętować będziemy siedemdziesięciolecie, gdy pierwsi abiturienci ze świadectwami dojrzałości opuścili mury tej szkoły. Od tej pory co roku powiększało się ich grono, które w perspektywie minionych lat urosło do rzędu kilku tysięcy wychowanków obejmujących  prawie cztery pokolenia.

            Większość z przedwojennych abiturientów jeszcze do niedawna zajmowała wybitne stanowiska w różnych dziedzinach naszej gospodarki państwowej, na uczelniach, w szkołach i wojsku, innych los rozrzucił po świecie.

            Znacznego spustoszenia w ich szeregach dokonała  wojna i okupacja hitlerowska. Tym zaś,  którym dane było przeżyć ten koszmarny okres, czas przyprószył siwizną skronie, a trudy życia przygarbiły plecy i usiały zmarszczkami twarze. Miniony okres  dla  gimnazjum i liceum to spory rozdział historii. Ileż razy zmieniali się w ciągu tych lat jego dyrektorzy, ileż razy ulegał zmianie skład grona profesorskiego... Burze dziejowe wstrząsały jego gmachem, przeobrażały się stosunki polityczne, społeczne i ekonomiczne, zmieniały się pokolenia.

            Dla nas, pokolenia wojennego,  spojrzenie w przeszłość to także nawrót w odległy już dzisiaj świat, w daleką, jakże wyjątkowo trudną, a zarazem piękną młodość.  Po pięciu latach  okupacji hitlerowskiej danym nam było znowu zachłysnąć się wiewem wolności i zaraz jąć się od podstaw budowy nowej Ojczyzny. Ojcowie nasi stanęli przykładnie do pracy przy odbudowie  zdewastowanych zakładów przemysłowych. My, młodzież, nadrabiając zaległości naszego ubóstwa umysłowego, na jakie nas skazał okupant, zasiedliśmy w ławach szkolnych.

            Patrząc z perspektywy  minionych lat na tę szkołę, ciągle widzę  ten ,  wzniesiony w 1913 roku przez  pruskiego zaborcę okazały, monumentalny gmach, usytuowany za biało pomalowanym parkanem i masywną bramą. Obiekt ten wyzwalał we mnie zawsze mieszane uczucia  ciekawości, podziwu i lęku. Ale dopiero dziś  dostrzegam wyraźnie, jaką wybitną rolę odegrała ta szkoła w trudnych, powojennych latach w przygotowaniu nas do zadań, jakie nam wyznaczyła historia.

            Dobra to była szkoła. Uczyła szacunku dla wiedzy,  rozumu,  intelektu i tolerancji. Kształciła nas i wychowywała swoim wielkim autorytetem wynikającym z wybitnych walorów duchowych i umysłowych nauczycieli i wychowawców. Oni to, Profesorowie i Dyrektor, powagą wiedzy, niezłomnością charakteru, głębokim patriotyzmem, serdecznym oddaniem się młodzieży, stwarzali aurę, w której rozwijały się nasze umysły, biły serca i wykuwały charaktery. Wpływom tych ludzi wielu  zawdzięcza nie tylko uzyskanie matury, ale ważniejszej od niej wiedzy i wiary  w potrzebę dalszego doskonalenia się intelektualnego. Potrzeba ta była efektem programu pracy dydaktyczno – wychowawczej szkoły. Wiązała się również z inną szlachetną potrzebą -  pracy dla dobra ogółu.

            W tych trudnych międzywojennych i powojennych czasach szkołą kierował Józef Dutkowski, człowiek wszechstronnie wykształcony, erudyta. Uczył, że rozwój i rozkwit Polski zależy od moralnego i fizycznego zdrowia jej  obywateli. Żarliwie propagował wśród młodzieży idee uczciwości, rzetelności i pracowitości, nadając tym pojęciom charakter narodowy   i społeczny oraz przypisując im przemożny wpływ na kształtowanie nieugiętej siły narodu.

            Mocno utkwiła w mojej pamięci sylwetka nauczyciela matematyki prof. Charońskiego, na którego lekcjach panowały  przykładna cisza i skupienie. Byliśmy przecież w kręgu tajemnej wiedzy, ale chyba jeszcze bardziej w kręgu osobistego czaru tego nauczyciela, który urzekał nas nie tylko walorami swego umysłu, ale przede wszystkim zaletami swego serca. Był wszędzie tam, gdzie ważyły się nasze losy, gdzie o nasze dobro chodziło. Był przecież naszym klasowym wychowawcą, a tym samym  zaufanym powiernikiem i rozjemcą. Nie było zatem między nim a nami żadnej przegrody, żadnego dystansu. Rozumiał nas jak nikt inny, znał nasze wzloty i upadki. Jemu zawierzaliśmy wszystkie nasze młodzieńcze niepokoje, a on z pobłażliwym uśmiechem brał w swoje dłonie nasze życiowe powikłania i dziwnie łatwo, delikatnie, bez rozgłosu rozwiązywał wszelkie trudności, rozładowywał napięcia.

            Obok niego widzę postać polonisty Wiktora Hajduka. Indywidualność  to przebogata  o szerokich zainteresowaniach, umysł głęboki, z krwi i kości humanista. Był nie tylko znakomitym polonistą, ale i tęgim filologiem klasycznym. Na lekcjach języka polskiego odkrywał nam kulturę ojczystą we właściwy mu żywy, porywający sposób, wzbogacając  nasze serca i umysły. Żył w świecie piękna, zarówno formy jak  treści i czynu, i w taki sposób nas prowadził. Piękno było mu wewnętrzną potrzebą, przepływało przezeń wezbranym, głębokim nurtem, który nas ogarniał i porywał.

            Tymi wzniosłymi walorami nasycał także całe życie szkolne, treść lekcji, zajęć pozalekcyjnych i pozaszkolnych.

            Niezatarte w mojej pamięci pozostały zajęcia  kółka polonistycznego, któremu prof. Hajduk patronował. Czas  spędzany w tym zespole był prawdziwą biesiadą ducha. Z zapartym tchem wchłanialiśmy porywające słowa ,,Ody do Młodości” czy wzniosłe strofy ,,Wielkiej Improwizacji”. Jakże niezwykły  był to autorytet, skoro swoim bezgranicznym zaangażowaniem udało  mu się otworzyć nasze oczy i serca na czar działania pięknego, żywego, polskiego słowa.

            Oto wybrane jedynie trzy postacie z grona tych, którzy tworzyli atmosferę  wolsztyńskiego gimnazjum i liceum, w którego klimacie kształtowały się moje ideały życiowe. A przecież nie byli oni odosobnieni. Nie sposób zapomnieć nauczycieli - przyjaciół, którzy przez cały czas mojego pobytu w murach tej szkoły byli żywym symbolem szlachetności i dobroci, którzy pozostali wierni do końca tej samej zawsze aktualnej zasadzie:  wychowania uczciwego, prawego obywatela, żarliwego patrioty przepojonego duchem prawdziwego humanizmu.
Dlatego wielkość ich serca, głębię umysłu i piękno ducha – wskrzeszam, by je przekazać potomnym!

▲   do góry

 

Przygotowanie do walnej rozprawy z hitlerowskim najeźdźcą

Radziecka ofensywa zimowa – styczeń 1945 roku

 

Pod koniec października 1944 roku w Kwaterze Głównej  Armii Czerwonej odbyła się narada strategiczna z udziałem dowódców, poszczególnych frontów, biorących udział w operacjach zaczepnych na ziemiach polskich. Po wszechstronnej analizie sytuacjina poszczególnych odcinkach frontów Naczelne Dowództwo postanowiło na początku                1945 roku przygotować  i zrealizować potężne uderzenie zaczepne, które będzie prowadzone na kierunku Warszawa-Berlin.

            Do realizacji tej operacji wyznaczono trzy fronty:

           1 Front Białoruski, na którego dowódcę Kwatera Główna mianowała marszałka

            Związku Radzieckiego Gieorgija Żukowa.

           1 Front Ukraiński, dowodzony przez marszałka Związku Radzieckiego Iwana Koniewa

           2 Front Białoruski dowodzony przez marszałka Związku Radzieckiego Konstantego    

           Rokossowskiego.

            W związku z powyższym ustalono także zadania i określono cele, jakie zamierzano osiągnąć podczas realizacji poszczególnych faz operacyjno - strategicznych.

            I tak w ramach pierwszej fazy operacji założono rozgromienie  nieprzyjaciela na znacznej części ziem polskich i dotarcie armii radzieckich do linii: Bydgoszcz- Poznań- Wrocław.

            W ramach drugiej fazy zaplanowano dotarcie do rzeki Odry i uchwycenie na lewym jej brzegu ważnych strategicznie przyczółków.

           Realizacja trzeciej fazy dotyczyła już działań na odcinku Odra - Berlin i była związana     z  rozbiciem i zniszczeniem sił hitlerowskich, zdobyciem stolicy faszystowskich Niemiec i  zakończeniem drugiej wojny światowej.;

            Z tak nakreślonych zadań wynika, że cały wysiłek podczas operacji zimowej - 45 postanowiono skupić na kierunku warszawsko - berlińskim, czyli w pasie natarcia 1 Frontu Białoruskiego. Front ten zajmował pozycje wyjściowe po wschodniej stronie Wisły od Warszawy do Puław. Na tym stosunkowo niedługim odcinku, na lewym brzegu Wisły, posiadał dwa najbardziej wysunięte na zachód przyczółki: pod  Magnuszewem i Puławami .

            Na lewo od 1 Frontu Białoruskiego znajdował się 1 Front Ukraiński, który zajmował linię obrony od Sandomierza do Jasła. Na tym odcinku  posiadał spory przyczółek&.

            Na prawo od Warszawy, wzdłuż rzeki Narwi , znajdował się 2 Front Białoruski. Fronty te miały za zadanie wspierać i zabezpieczać główne działania 1 Frontu Białoruskiego na kierunku berlińskim.

            Zasadnicze znaczenie dla działań operacyjno- zaczepnych stanowiły przyczółki. Na ich niewielkim obszarze gromadzono siły zbrojne , magazynowano zapasy żywności i amunicji, tworzono pozycje wyjściowe do bezpośredniego uderzenia na wroga. Jednak podstawę tworzyły związki i oddziały bojowe. Ilość ich i jakość była zależna od sił przeciwnika. A ten nadal  był groźny.

            Pod koniec 1944 roku Niemcy, chociaż prowadziły wojnę na dwa fronty, były jeszcze zdolne do działań obronnych i stawiania aktywnego oporu .Na froncie wschodnim niemieckie siły zbrojne liczyły 3,1 miliona żołnierzy,  28,5 tysiąca dział i moździerzy, około 4 tysięcy czołgów i dział pancernych i około 2 tysiące samolotów bojowych.[1] Jednak było to za mało, aby dorównać radzieckiemu potencjałowi wojennemu.

 

 

            W owym czasie pod względem liczebności wojska i uzbrojenia armie radzieckie  przewyższały siły wroga pod każdym względem.. 

            Pod koniec 1944 roku radzieckie wojska czynne liczyły około 6 milionów żołnierzy, 91,4 tysiąca dział i  moździerzy, 2993 wyrzutnie rakietowe, około 11 tysięcy czołgów i dział pancernych, ponad 11,5 tysiąca samolotów.[2]

            Dysponując tak znaczną przewagą w sprzęcie i ludziach, armie radzieckie mogły sobie pozwolić na postawienie przeciw zgrupowaniom wroga takiej ilości sił, które przesądzały       z góry o powodzeniu podjętej operacji.

            Przygotowując 1 Front Białoruski do działań operacyjno- zaczepnych, zgromadzono  na jego pozycjach wyjściowych i tyłach następujące formacje i związki bojowe:

-         69 armię gen. W Kołpakcziego,

-         5 armię uderzeniową gen. N. Bierzarina,

-         61 armię ogólnowojskową gen. Biełowa,

-         8 armię gwardyjską gen. Czujkowa,

-         1 armię pancerną gwardii gen. Katukowa.

-         2 armię pancerną gwardii gen. Bogdanowa.

-         3 armię uderzeniową gen. W. Kuzniecowa

-         47 armię ogólnowojskową gen. Pierchorowicza,

-         16 armię lotnictwa bojowego gen. Rudenki

            Ponadto w odwodzie znajdowała się 1 armia Wojska Polskiego dowodzona  przez gen. Popławskiego i 2 Korpus Kawalerii.[3]

 

     Na pozycjach wyjściowych pod Puławami skoncentrowano:

-         39 armię ogólnowojskową,

-         33 armię ogólnowojskową,

-         11 korpus pancerny,

-          9 korpus pancerny.      

Odwód stanowił 7 korpus kawalerii  dowodzony przez gen. Konstantinowa.[4]

            W pojęciu strategicznym były to niewyobrażalne siły, którymi można  było obsadzić cztery samodzielne fronty. Świadczy to jak ważne zadanie miał do spełnienia marszałek Żukow  i jakie  znaczenie dla Kwatery Głównej posiadało powodzenie tej operacji.

            Zgodnie z dyrektywą Kwatery Głównej zadaniem 1 Frontu Białoruskiego było przełamać linię obrony nieprzyjaciela w rejonie Warszawy i na południowy zachód od tego miasta. Po rozbiciu i zlikwidowaniu w tym rejonie sił wroga  armie radzieckie miały nacierać jednocześnie w dwóch kierunkach: na Łódź i Bydgoszcz  oraz na zachód, w pasie na południe od Łodzi, aż do nawiązania styczności z wojskami 1 Frontu Ukraińskiego.

             Celem tych działań było zrealizowanie w jak najszybszym czasie zadań objętych pierwszą fazą operacji, której nadano nazwę : Warszawa - Poznań.

 

            Na przestrzeni objętej  powyższą operacją i w pasie natarcia 1 Frontu Białoruskiego Naczelna Komenda Wehrmachtu (OKW) skoncentrowała wyborowe siły bojowe wchodzące w skład grupy armii ,,A”, którą dowodził gen. płk. J, Harpe. Wojska te zostały rozmieszczone w rejonie Warszawy i Łodzi oraz na południe od tego zgrupowania. w rejonie: Radom, Skarżysko-Kamienna , Kielce.

            Na podejściach do tych zgrupowań, wzdłuż lewego brzegu Wisły, przy użyciu cywilnej ludności polskiej hitlerowcy przygotowali szeroki pas ziemnych umocnień obronnych i zapór przeciwczołgowych.

            Podobny pas obrony, złożony z rowów i zapór przeciwczołgowych oraz gęstej sieci ziemnych stanowisk ogniowych połączonych transzejami, hitlerowcy przygotowali wzdłuż Warty w okolicach Sieradza i Koła oraz dalej w kierunku Inowrocławia i Bydgoszczy.

            W tym pasie nieprzyjaciel zamierzał zatrzymać natarcie wojsk radzieckich, gdy nie uda się tego dokonać w rejonie Łodzi i Radomia. Linia ta stanowiła zarazem podejście                     do kolejnego pasa obrony, który wyznaczały miasta: Kołobrzeg, Piła, Poznań, Wrocław zamienione przez  hitlerowców w miasta - twierdze. Na tej przestrzeni, w rejonie Kołobrzegu, znajdował się system umocnień, złożony z betonowych bunkrów  zwany ,,Wałem Pomorskim” i liczne zgrupowanie wojsk niemieckich w rejonie Piły.

 

        Dowództwo 1 Frontu Białoruskiego, mając dobre rozpoznanie agenturalne zarówno co do ilości sił tam skoncentrowanych jak i systemu obrony, zdawało sobie sprawę, że przełamanie tych umocnień, rozbicie i zlikwidowanie znajdujących się na tej drodze zgrupowań wroga  nie będzie ani proste,  ani łatwe.

 

Ofensywa  ruszyła

 

            Zimową operację strategiczno – zaczepną  rozpoczęły wojska 1 Frontu Ukraińskiego   natarciem z  przyczółka sandomierskiego rankiem 12 stycznia 1945 roku. Już w pierwszym dniu walk przełamano główny  pas obrony wroga i dywizje pierwszego rzutu posunęły się            20 km  do przodu. Wprowadzone w drugim dniu do walki: 3 armia gen . Rybałki i 4 armia pancerna gwardii gen. Leluszenki zakończyły działania bojowe w rejonie Sandomierza               i wyszły  na przestrzeń operacyjną , rozbijając po drodze nadciągające odwody nieprzyjaciela.

         Natarciu wojsk pieszych tempa nadawały związki i oddziały pancerne, które nie napotykając  na drodze  większych utrudnień i  przeszkód, pokonywały wyznaczoną przestrzeń , z prędkością trzydziestu km na dobę.

         17 stycznia 3 armia pancerna oraz 5 armia gwardii  gen. Żadowa  opanowały Częstochowę . Rozpoczęły się również walki na podejściach do Krakowa. W ciągu sześciu dni natarcia  wojska 1 Frontu  Ukraińskiego posunęły się 150 km do przodu i osiągnęły linię

Radom, Częstochowa, Miechów, Tarnów.

         Bardzo korzystna sytuacja wytworzyła się na kierunku zachodnim. Sprzyjała ona kontynuowaniu  bezpośredniego natarcia  w kierunku Odry.  Wykorzystując tę okoliczność,

 24 stycznia  3 armia pancerna zdobyła Opole i dotarła do rejonu Wrocławia. Ponieważ  Wrocław został zamieniony w twierdzę , zatem zdobywanie tego miasta pozostawiono armiom pieszym.

        Natarcie strategiczno-zaczepne z przyczółków nad Narwią wojska 2 Frontu Białoruskiego rozpoczęły  w dniu 13 stycznia. Zadaniem tej operacji było  rozwijanie natarcia w pasie Ciechanów - Lipno, do rejonu Malborka. Celem zaś tego działania było             odcięcie wschodnioniemieckich zgrupowań wroga od Pomorza i niedopuszczenie                   do wycofania się tych sił na lewy brzeg Wisły, a także zapewnienie armiom  prawego skrzydła 1 Frontu Białoruskiego nacierającym Bydgoszcz  bezpiecznego działania.

  

Uderzenie główne

 

      Uderzenie główne, zwane operacją warszawsko – poznańską, 1 Front Białoruski rozpoczął rankiem 14 stycznia. Wyszło ono  z obydwu przyczółków jednocześnie.

      Do zaatakowania przedniej linii obrony nieprzyjaciela w rejonie Magnuszewa wyznaczono 5 armię uderzeniową. Przed przystąpieniem do działań zaczepnych, z każdej wchodzącej w jej skład dywizji wydzielono po dwa bataliony piechoty. Celem tych oddziałów było nawiązanie bezpośredniego kontaktu bojowego z wrogiem i rozpoznanie jego stanowisk ogniowych.

      Atak został poprzedzony 30 minutowym ostrzałem artyleryjskim skierowanym             

na przednią linię obrony wroga. Ostrzał artyleryjski a następnie brawurowy atak oddziałów wydzielonych  przerwał pierwszą linię obrony nieprzyjaciela i zepchnął wojska niemieckie na dalsze pozycje. Wtedy artyleria ponowiła ostrzał, kładąc huraganowy  ogień na rozpoznane punkty oporu. Ponadto poderwano do walki lotnictwo, które skutecznie wywiązało się z powierzonego zadania, niszcząc dalsze zgrupowania wroga i składy jego frontowego zaopatrzenia.

       Wróg jednak nie dawał za wygraną. Wzdłuż całej linii frontu toczono zacięte walki,

które trwały nieprzerwanie do późnych godzin wieczornych. W drugim dniu, w celu przełamania głównego pasa obrony nieprzyjaciela, do działań operacyjno – zaczepnych,              na prawo od 5 armii,  włączono 61 i 8 armię gwardyjską. To poskutkowało.

      Po przełamaniu głównego pasa obrony wroga w powstałe wyłomy wprowadzono

1 i 2 armię pancerną oraz  2 korpus kawalerii. To zachwiało taktyczną i operacyjną obroną nieprzyjaciela , a   armiom radzieckim otwarło pole do szerokiego manewru frontowego.

 

 

* * *

 

       Uderzenie pomocnicze  z przyczółka pod Puławami na główną linię obrony wroga        przeprowadzono  siłami 39 i 33 armii. Armie te, włączając się  do walki, napotkały  na zacięty opór. Dlatego już w pierwszym dniu działań , do przełamania linii obrony wroga  na odcinku działania 39 armii, wprowadzono 11 korpus pancerny.

            Również  dla wzmocnienia działań 33 armii w drugim dniu do walki włączony został 9 korpus pancerny. Siły te, dążąc do okrążenia i rozbicia kielecko - radomskiej grupy nieprzyjaciela, uderzyły na Skarżysko - Kamienną. W tej operacji z wojskami lewego skrzydła 33 armii współdziałała  4 armia pancerna  gen. D. Leluszenki z 1 Frontu Ukraińskiego. Całość operacji  wspierał wprowadzony do walki  w drugim rzucie 7 korpus kawalerii gen. Konstantinowa.

            W tym czasie wojska 39 armii wspierane przez 11 korpus pancerny  kontynuowały natarcie na Radom. Po zdobyciu miasta i rozbiciu wroga, siły te rozpoczęły natarcie w kierunku przepraw na rzece Pilicy. Zaś 33 armia ,wspierana przez 9 korpus pancerny , po zakończeniu operacji w rejonie Skarżyska - Kamiennej, rozbiciu i zlikwidowaniu zgrupowania wroga  na północ od Gór Świętokrzyskich , rozpoczęła  natarcie frontalne w kierunku Piotrkowa Trybunalskiego i Kalisza. Zatem w trzecim dniu natarcia ,16 stycznia,  w południowym pasie operacji, pomiędzy Nidą a Pilicą, nie było już zwartych działań wroga , które były by zdolne stawić  zdecydowany opór nacierającym armiom radzieckim.

 

Operacja warszawska
 

            Nieco inaczej przedstawiała się sytuacja na północ od rzeki Pilicy, w rejonie Warszawy i Łodzi, gdzie hitlerowcy zdążyli zgrupować większość swoich wyborowych sił.

            W celu rozbicia i zlikwidowania tego skupiska wroga poszczególne armie prowadziły działania bojowe w następujących kierunkach:

            5 armia uderzeniowa, po przełamaniu obrony nieprzyjaciela na pozycjach wyjściowych, kontynuowała natarcie w kierunku  Ozorkowa i  Łęczycy.

            8 armia gwardii nacierała na lewo od 5 armii w ogólnym kierunku na Zgierz, okrążając Łódź od strony północnej.

            2 armia pancerna gwardii, po wprowadzeniu jej w wyłom na odcinku  5 armii, opanowała rejon Sochaczewa i Żyrardowa, przez co odcięła drogę odwrotu warszawskiemu zgrupowaniu wroga.

            1 armia pancerna, po rozbiciu znacznych sił wroga w pasie na zachód od Wisły, rozwinęła natarcie w kierunku Łodzi, oskrzydlając to miasto od strony południowej. 16 stycznia do walki wprowadzono 47 armię ogólnowojskową , 61 armię uderzeniową i 2 korpus kawalerii.  Zadaniem tych sił było prowadzenie operacji bojowych w kierunkui na północ od tego miasta.

            47 armia ogólnowojskowa, po sforsowaniu Pilicy, nacierała wzdłuż Wisły i po rozwinięciu swoich dywizji, częścią  sił uderzyła od południa, na Warszawę. Wraz z tą armią , po prawym jej skrzydle, nacierała 2 dywizja 1 Armii Wojska Polskiego.

             61 armia, po sforsowaniu Pilicy, nacierała równolegle do 2 armii pancernej gwardii i częścią swych sił uderzyła na Warszawę od zachodu.

            2 Korpus Kawalerii prowadzony w wyłom za 2 armią pancerną gwardii, okrążył Warszawę od zachodu i nacierał wzdłuż Wisły w kierunku północnym. W ten wyłom została  wprowadzona ( w drugim rzucie) 3 armia uderzeniowa, która swym działaniem wspierała 2 korpus kawalerii w natarciu na Bydgoszcz.           

            Na  południowym podejściu do Warszawy broniła się jeszcze 9 armia niemiecka dowodzona przez gen. S. Lutwitza. Siły  te , w wyniku szybkiego manewru oskrzydlającego Warszawę przez 47 armię radziecką ,  znalazły się w krytycznym położeniu, a po dotarciu 2 armii pancernej gwardii do rejonu Żyrardowa i Sochaczewa, groziło im całkowite odcięcie od zaplecza zaopatrzeniowego.

            W podobnej sytuacji znalazły się wojska niemieckie broniące dostępu do Warszawy. Jedynie pospieszne wycofanie się z miasta i jego obrzeży mogło uchronić te wojska od totalnej zagłady. Tak też uczynił gen. S Lutwitz, za co został przez Hitlera zdymisjonowany.

             Po klęsce wojsk niemieckich w obrębie Warszawy i w pasie na zachód od Wisły Hitler dokonał zmiany na stanowiskach zgrupowania Armii ,,A”. Gen. Harpego zastąpił gen. Schornerem, a dowódcę 9 armii - gen. T. Bussem.

            Usiłując ratować beznadziejną sytuację w rejonie  Warszawy, Niemieckie Naczelne Dowództwo Wojskowe przerzuciło do rejonu Łodzi dywizję pancerną ,,Grossdeutschland” oraz pięć dywizji z zachodu. Ale wojska te zostały rozbite, zanim zdążyły  się  rozwinąć.           Po tej nieudanej próbie Niemcy stracili wszelką nadzieję, że uda się im  zatrzymać postęp wojsk radzieckich  na terytorium Polski.

            17 stycznia oddziały 1 Armii Wojska Polskiego wyzwoliły Warszawę. Za nimi od zachodu do miasta wkroczyły oddziały 47 i 61 armii radzieckiej. To co zastały było przerażające. Same ruiny i zgliszcza.

            Od zdławienia  powstania sierpniowego oddziały  hitlerowskie, niszczyły Warszawę z  wyrafinowaną zaciętością.  Zakłady przemysłowe równano z ziemią, a domy mieszkalne podpalano lub wysadzano w powietrze. Dziesiątki tysięcy mieszkańców wymordowano, a pozostałych przy życiu wypędzono z miasta lub wywieziono do obozów koncentracyjnych.

           Czego hitlerowcy nie zdążyli zniszczyć zaraz po upadku powstania uczynili to teraz. Żołnierze polscy i radzieccy wkraczający do Warszawy zastali to miasto martwe.

 

Kierunek Poznań

 

            Po przełamaniu i rozbiciu głównego zgrupowania wroga w rejonie Warszawy, Radomia i Łodzi wojska 1 Frontu Białoruskiego bardzo szybko posuwały się do przodu. Natarcie frontalne poprzedzały dywizje pancerne i związki szybkiego reagowania. Nie napotykając  na

poważniejsze przeszkody czy punkty oporu wroga, dywizje te odrywały się od czoła frontu, wysuwały znacząco do przodu i swymi działaniami stwarzały dogodne warunki do sprawnego posuwania się armiom ogólnowojskowym. Te,  nie napotykając na  poważniejsze zakłócenia, rozwijały swoje natarcie w tempie 25 - 30 km na dobę.

         Tempo i niebywały rozmach armie 1 Frontu Białoruskiego osiągały na kierunku zachodnim. 19 stycznia 1 armia pancerna gwardii wyzwoliła Łódź i rozpoczęła natarcie na linii Turek - Września. Rankiem 22 stycznia siły przednie 1 armii pancernej gen. Katukowa dotarły do Poznania i rozpoczęły walkę na podejściu do tego miasta. Wkrótce do walki o Poznań włączyły się główne siły uderzeniowe: 69 armia gen. Kołpakcziego i 8 armia gwardii gen. W. Czujkowa.

 

            W tym czasie wojska lewego skrzydła 1 Frontu Białoruskiego ( 39 i 33 armia poprzedzane przez korpusy pancerne 9 i 11) dotarły do  linii  Poznań – Wroclaw i na południowy zachód od Jarocina,w rejonie Gostynia, spotkały się z wojskami 1 Frontu Ukraińskiego. Tym samym zakończona została operacja warszawsko - poznańska. Osiągnięta została, wyznaczona planem operacyjno – strategicznym, linia łącząca miasta: Bydgoszcz- Poznań- Wrocław.

            W takim przypadku przerywa się dalsze działania bojowe, wymienia oddziały pierwszego rzutu, podciąga odwody, reperuje sprzęt i uzupełnia zaopatrzenie frontu. Tym razem z tego  zrezygnowano.

            Ponieważ w pasie działania 1 Frontu Białoruskiego i 1 Frontu Ukraińskiego nieprzyjaciel nie stawiał większego oporu, za zgodą Kwatery Głównej postanowiono przejść bezpośrednio do realizacji drugiej fazy operacji i rozwijać  natarcie w kierunku północno-zachodnim. Operacji tej nadano nazwę: Wisła- Odra.

 

Marsz ku Odrze

  

         Przed podjęciem dalszej operacji strategiczno - zaczepnej Dowództwo 1 Frontu Białoruskiego z sił zgrupowanych na pozycjach wyjściowych w rejonie Poznania wydzieliło

 sześć dywizji i przysposobiło je do działań bojowych w mieście. Kierownictwo nad  tą operacją powierzono gen. W. Czujkowowi. Pozostałymi zaś siłami: 1 armią pancerną   i 69 armią ogólnowojskową oraz 5 armią uderzeniową  rozpoczęto  natarcie w kierunku: Międzyrzecz - Gorzów Wlkp.

             Aby osłonić główne siły nacierające ku Odrze przed niespodziewanym atakiem wroga od strony Pomorza, postanowiono, aby zgrupowane na północny zachód od Bydgoszczy wojska radzieckie rozwinęły na linii: Piła – Grudziądz front zabezpieczający. Przy tej okazji zostało rozbite i zlikwidowane pilskie zgrupowanie wroga.

 

Po jednodniowej przerwie natarcie wznowiły także wojska zgrupowane na południe od Poznania. Siły te, rozmieszczone  wzdłuż linii Luboń, Śrem ,Gostyń , zajmowały kolejno następujące odcinki     frontu : Po stronie prawej, na styku. działań operacyjnych grupy środkowej, nacierała 39 armia, której drogę torował 11 korpus pancerny. Kierunek natarcia tym siłom wyznaczał odcinek Odry na przestrzeni Słubice- Krosno Odrzańskie.

 -Na  lewo od tych wojsk nacierała: 33 armia ogólnowojskowa wraz z 9 korpusem pancernym. Celem działań  zaczepnych tej grupy wojsk był pas Odry rozciągnięty od Krosna Odrzańskiego do Nowej Soli. Oba te ugrupowania bojowe wspierał 7 korpus kawalerii, którego oddziały prowadziły rozpoznanie zwiadowcze.  Zatem zasięg operacyjny tych sił zamykał się w polu, którego granice wyznaczały linie  przeprowadzone na przestrzeni: Poznań – Słubice  i  Gostyń -  Nowa Sól.

       Wieczorem 25 stycznia oddziały rozpoznawcze tego odcinka frontu dotarły do rejonu Wolsztyna.

 

             Na lewo od 33 armii nacierała 3 armia pancerna 1 Frontu Ukraińskiego. Armia ta po obejściu Wrocławia kontynuowała swój nieprzerwany marsz wzdłuż prawej strony Odry

i po dotarciu (28 stycznia) do Głogowa, w rejonie Bytomia Odrzańskiego, utworzyła przyczółek strategiczny. Z tego miejsca na początku lutego wyszło uderzenie, którego celem było opanowanie obszaru położonego między Odrą a Nysą Łużycką.

 

          W środkowym pasie działań operacyjnych  oddział rozpoznawczy 1 armii pancernej gwardii, nie napotykając na poważniejsze przeszkody, w dniu 26 stycznia osiągnął międzyrzecki  system obrony. Ponieważ ta linia  nie została jeszcze w pełni obsadzona niemieckim wojskiem więc  opanowano ją z marszu. Po zakończeniu działań bojowych w tym rejonie Dowództwo 1 Frontu Białoruskiego zadecydowało, aby główne natarcie skierować bezpośrednio ku Odrze.

         W tym celu został utworzony oddział specjalny wyłoniony z głównych sił 5 armii uderzeniowej. W dniu 29 stycznia, działając przez zaskoczenie, wojska tego oddziału wyszły w rejonie Kostrzyna nad  Odrę. Przez całą dobę trwały zacięte walki o sforsowanie tej rzeki. Rankiem, 31 stycznia, cel został osiągnięty. Na zachodnim brzegu Odry , na północ od Kostrzyna ,udało się utworzyć ważny przyczółek strategiczny, z którego16 kwietnia wyszło główne uderzenie na Berlin.

          Zakończona została druga faza operacji objęta planem działania 1 Frontu Białoruskiego

nosząca nazwę: Wisła - Odra.
  

Walki o Poznań
 

          W tym czasie  trwały walki o wyzwolenie Poznania. Wielu poznaniaków, kierując się

poczuciem patriotycznego nakazu, włączyło się ochotniczo do walki o wyzwolenie swego miasta. Ramię w ramię z żołnierzami radzieckimi zdobywali i likwidowali stanowiska ogniowe hitlerowskiej obrony rozmieszczone wzdłuż Warty.

Jednak najcięższe boje stoczono o poznańską cytadelę. W walce o tę twierdzę, poza zmasowanym bombardowaniem przez radzieckie lotnictwo, wykorzystano najcięższe działa, przy  użyciu których kruszono potężne mury tej  prusackiej fortecy.

Pierwotnie zakładano, że w fortach i samej cytadeli zostało okrążonych ok. 20 tys.

hitlerowskich żołnierzy. Jak się później okazało,  było ich ponad 60 tysięcy. Wróg zepchnięty w tak dużej sile w obręb twierdzy, mimo nieustannych ataków z ziemi i powietrza, bronił się zajadle. Z determinacją walczyli także poznaniacy, którzy  wespół z żołnierzami radzieckimi zdobywali poszczególne bastiony. Walczyli ofiarnie, ale także ponosili dotkliwe straty. Jak wspólnie walczyli i ginęli, tak wspólnie spoczęli, obok siebie,; w prostych żołnierskich mogiłach, na stokach poznańskiej cytadeli.

Walki w Poznaniu  ustały ostatecznie 23 lutego, to jest z chwilą, kiedy ostatni żołnierz niemiecki opuścił podziemia  fortów.


 

[1] Dane liczbowe podano za Gieorgij  Żukow, Wspomnienia i refleksje, tom 2, Warszawa 1976, s. 326.

[2] Tamże, s. 327.

[3] Tamże

[4] Tamże